Monday, 27 January 2014

ANDRZEJ ZAORSKI - "Ręka, noga, mózg na ścianie"





Andrzej  ZAORSKI  -  “Ręka, noga, mózg  na  ścianie”

Dobrze  by  było,  gdyby  książka  ta  stała  się  obowiązkową  szkolną  lekturą   w  nauczaniu  historii  okresu  PRL-u,  bo  w  formie  „lekkiej,  łatwej  i  przyjemnej”,  poprzez  liczne  anegdoty,  autor  przedstawia  realia  życia  w  tym  „najweselszym  baraku” w obozie   Krajów   Demokracji  Ludowej.  O  prawdziwości  jego  przekazu  świadczę,  jako  równy  wiekiem  warszawiak,  systematycznie  chodzący  na  wagary  do  kin  „Przyjażń”  „Młoda  Gwardia”,   mieszczących  się  w  Pałacu  Kultury,  jak  i  uczęszczający  na  rózne  zajęcia  w  mieszczącym  się  tam  Pałacu  Młodzieży.  Zaorski  -  do  kółka  dramatycznego,  a  ja  na  szkolenie  drużynowych  harcerskich,  próby  orkiestry  dętej  i  oczywiście,  na,  jedyny  z  prawdziwego  zdarzenia,  basen. /dwa  pozostałe – na  AWF-ie  i  przy  Konopnickiej  nie  mogły  z  nim  konkurować/.  Podobnie  jak  jego  zachwycił  mnie  tam  przycisk  do  spuszczania  wody,  czemu  daje  wyraz  na  str.17  „Reszki”
Moją  wyobrażnię  poruszył  srebrzysty  guzik  w  ścianie  ubikacji  -  szczyt  radzieckiej  techniki  i  automatyzacji  -  po  którego  naciśnięciu  uruchamiała  się  spłuczka.  Ciekawskiego  i  wszędobylskiego  chłopca  zainteresowały  drzwiczki  w  ścianie  toalety.  Po  ich  sforsowaniu  za  pomocą  scyzorkyka,  znalazłem  sie  na  zapleczu  kabin.  Tam  wyjaśniła  sie  tajemnica  bajkowych  guzików. Otóż,  do  każdego  z  nich  był  przyczepiony  z  tyłu,  za  ścianą,  kawał  chamskiego  drutu,  zwisający  z  prozaicznego,  żeliwnego  rezerwuaru.  W  ten  sposób  pierwszy  raz   zetknąłem  się  z  efektem  „fasady”,  typowym  dla  realnego  socjalizmu”.
I  słusznie  pisze  o  „fasadowości”,   bo  był  to  jeden  z  objawów  powszechnego  zakłamania,  które  doprowadziło  do  „socrealizmu”  we  wszystkich  gałęziach  życia.  Pisarze  pisali  „słuszne”  książki,  malarze  tworzyli  „słuszne”  obrazy,  Wajda  i  inni  reżyserowali  „produkcyjniaki”,  politycy  wygłaszali  „słuszne”  przemówienia,  miliony  członków  partii   stosowało  formę  „towarzyszu”,  by  poza  godzinami  „urzędowymi”   razem  pić  wódkę,  słuchać  „Wolnej  Europy”  i  śmiać  się  z  ostatnich  dinosaurów,  którzy  uparcie  dalej  wierzyli  w  idee  marksitowsko-leninowskie. 
A  takim  dinosaurem  był  ojciec  Andrzeja  i  jego  młodszego  brata  Janusza,  /tak, tego  reżysera/  -  Tadeusz,  jedenaste  dziecko  w  biednej  rodzinie  chłopskiej,  który  w  II  RP  zaznał  nędzy,  a  w  Polsce  Ludowej  stał  się  beneficjentem  „awansu  społecznego”  i  doszedł  do  stanowiska  wiceministra  Kultury.  Zamieszkanie  wśród  dygnitarzy  na  górnym   Mokotowie  owocowało  „odpowiednimi”  kolegami  już  w  szkole  podstawowej,  którzy  stali  się  najefektywniejszymi  prześmiewcami   działań  własnych  rodziców.      
Schizofreniczne  rozdwojenie  jażni,  a  może  lepiej  - współistnienie  sprzecznych  rzeczywistości  w  PRL-u,  doprowadzało  do  paradoksalnych  wydarzeń,  z  ktorych  jedno  opisał  „Zaor”  na  str.28  „Orła”:
  „....około  marca  68,  pisaliśmy  z  moim  kolegą,  Krzysztofem  Wierzbickim  zwanym  „Dziubem”,  scenariusz  filmowy  Potrzebna  była  maszyna  do  pisania,  wziąłem  wiec  służbową ojca.  Dziub,  który  dobrze  pisał  na   maszynie,  zabrał  ją  do  domu.  Jego  młodsza  siostra,  Kojka,  przepisala  na  niej  jakieś  ulotki,  które  zostały  póżniej  rozrzucone  w   czasie  demonstracji  na  uniwersytecie.  Nazajutrz  przeprowadzono  u  nich   rewizję  i  zarekwirowano  maszynę,  na  której  jak  wół  „stało”:  Ministerstwo  Kultury  nr...  Moj  ojciec  ucieszył  się,  jakby  mu  ktoś  w  kieszeń  narobił”.  Byłoby  śmiesznie,  lecz  nie  jest,  bo  Kojka  wyleciała  ze  studiów  i  przesiedziała  ponad  pół  roku  w  więzieniu.
Andrzej  nigdy  nie  ukrywał  korzyści  płynących  z  ministerialnego  stanowiska  ojca.  Sam  podaje  na  str 95  „Reszki”:   „..jako  synek  wiceministra  także  korzystałem  z  części  tych  udogodnień  Nawet  dwa  razy  otrzymałem  przydział  na  samochód!...”,  lecz  na  swój  aktorski  i  reżyserski  sukces  uczciwie  sam  zapracował,  realizując  swoje  dziecięce  marzenia.
Ta  świetnie  napisana  książka  była  terapią  po  udarze  mózgu  i  okazała  sie  skuteczna,  czego  świadectwem  jest  własnoręcznie  napisana  dedykacja  na  egzemplarzu  przesłanym  mnie  przez  wspomnianego  „Dziuba”:  „Wojtkowi  „Gołebiowi”  z  przyjacielskim  pozdrowieniem  Andrzej  Zaorski.  Milanówek, grudzien  2007”.

Muszę  na  koniec  podkreślić,  że  niezrównaną,  wszechstronną  sympatią  Andrzej  się  cieszy,  dzięki  swojej  delikatnosci  i  kulturze  osobistej,  której   świadectwem  jest  omawiana  książka.