Friday, 24 January 2014

"KRZYK KWEZALA" - ŁUKASZ GOŁĘBIEWSKI




ŁUKASZ   GOŁĘBIEWSKI  -  „KRZYK  KWEZALA

Płodność  autora  jest  imponująca;  portal  „Lubimy  czytać”   proponuje  31  jego   pozycji.  Uprawia  jednocześnie   beletrystykę,  publicystykę,  reportaże  i  książki  podróżnicze,  ale  przede  wszystkim  jest  wybitnym  specjalistą  „na  rynku”  książki.   Wydaje  „Magazyn  Literacki  Książek´ i  „Bibliotekę  Analiz”.
  W  ostatnich  dniach  błyszczał  świetnymi  reportażami  ze  swojej  podróży  do   Etiopii /p.  strona  „Xenna-moja  miłość”/.  Omawiany  „Krzyk  Kwezala”  jest  niewątpliwie  pokłosiem  jego  wędrówek  po  Meksyku,  które  uwiecznił  w  książce  wyd. w  2007 r  pt „Meksyk  -  kraj  kontrastów”.
Kwezala..”  przeczytałem,  i  to  z  przyjemnością,  jak  i  rosnącym  zaciekawieniem,  lecz  opowiedzieć   go  nie  mogę  ze  względu  na  NIEWYMAWIALNOŚĆ  wielu  nazw  używanych  przez  autora.  Bo  rzecz  się  dzieje  w  TENOCHTITLANIE,  gdzie   czczono  boga – QUETZALCOATLA,  lecz  był  też  Dom  Boga – HUITZILOPOCHTLA  i  Światynia  Turkusowego  Pana  XIUHTECUHTLI.  Miasta  to  QUIAHUIZTLAN,  TEOETICPAC  i  OCETELOLCO.  Nawet  zwykła  błyskawica  -  to  XONECUILLI..  Jeno  słabość  autora  do  płci  pięknej,  skłoniła  go  do  nadania  jej  przedstawicielkom  „ludzkich”  imion.  I  tak  mamy  Malinche,  Marię  Luisę,  Chimalmę  i  Cintli,  a główna  bohaterka  - Tecuichpo,  też,  po  jakichś  100  stronach,  da  się  wymówić.

Szeroki  wachlarz  zainteresowań  autora  znajduje  odzwierciedlenie  w  tekście,  dzięki  temu  książka  jest  i  edukacyjna,  i  „krwista”, i  erotyczna.  Z  powtarzających  się  określeń  zapamiętałem:  obsydianowy  topór, obsydianowe  ząbki,  obsydianowe  ostrze  oraz  oliwkowe  sutki.  Obsydian  to  szkliwo  wulkaniczne,  najczęściej  czarne, o  szklistym  połysku,  a  oliwkę  wszyscy  znają. Uczepiła  się  mnie  też  ładnie  brzmiąca  nazwa  białej  sukienki   /pod  którą  jest  naga  -str.51/ - huipilli.
Pobudziło  mnie  uprawianie  antropomorfizmu,  choć  osobiście  wolałbym  zmienić  się  w  jakieś  inne  zwierzę  niż  salamandra.  W ogóle  dowiedziałem  sie  wielu  b. interesujacych  rzeczy, jak  np,  że  Aztekowie  nie  znali  konii, i  to  w XVI  wieku.
Ukończywszy  lekturę  trafiłem  na  dziesięciostronicową  notę  Od  autora,  której  przeczytanie  mnie  zdenerwowało.  Bo  nie   zauważyłem  jej  wcześniej.  Wina  wspólna  Wydawnictwa  i  moja;  oni  powinni  umieścić  ją  na  „przodku”,  a  ja,  mimo  wszystko,  ją  przed  lekturą  znależć.  Bowiem  notka  ułatwia  wejście  w  świat  obcy  przeciętnemu  czytelnikowi,  ponadto jest  bardzo  uczciwa  i  rzeczowa:  Gołębiewski  opisuje  warsztat  pracy,  wyjaśnia  co  jest  prawdą  historyczną,  co  hipoteżą,  co  ewentualnie  mogłoby  się zdarzyć,  a  co  jest  czystą    licentia  poetica. Znajdujemy  tam  też  trafne  samookreślenie  swojej  pracy:  „To  powieść  zupełnie  nowa  dla  mnie  samego...   ...Chciałem  aby  to  była  najbardziej  współczesna  opowieść  o  Tenochtitlanie..”.  I  to  się  autorowi  udało,  więc  ja  ochoczo  ją  polecam.