Monday, 6 January 2014

"Poznaj samego siebie"

Konkurs  Fundacji  na  rzecz  myślenia  im. Barbary  Skargi


                                     PRÓBA     ODPOWIEDZI
na  pytanie:  
            czy  nauka  i  technika  potrafią  sprostać  starożytnemu  wezwaniu
                         POZNAJ   SAMEGO   SIEBIE 

Napis    GNOTHI   SEAUTON   umieszczony  nad  portykiem   świątyni  Apolla  w  Delfach  przypisuje  się  jednemu  z  siedmiu  mędrców  greckich  -  Solonowi.    Niestety,  ostatni  abiturienci  znający  grekę,  należeli  do  pokolenia  mego  ojca;  ja,  rocznik  1943,  miałem  możliwość  poznania  tylko  podstaw  łaciny,  przeto  bliższe  jest  dla  mnie   COGNOSCE   TE  IPSUM.   Bez  względu  jednak  na  różnorodność  brzmienia   w  poszczególnych  językach,  sama  treść  wezwania  wzbudza  we  mnie  trwogę.  Bo  czyż  Blaise  Pascal  nie  powiedział,  że  „...poznanie   człowieka  rodzi  rozpacz” ?   A  przecież  jestem  człowiekiem,  i  to  najbliższym  sobie.  Mimo  to,  podjąłem   decyzję  o  przystąpieniu  do  pisania  tego  eseju,  a  ułatwiło  mnie  ją  miłoszowskie   „takiego  traktatu  młody  człowiek  nie  napisze..”,   jak  najbardziej  aktualne  w  tym  przypadku,  jako,  że  tylko  „starczy”  stan  umożliwia  /pod  warunkiem  bogatej  przeszłości/,  obok  apriorycznego,   poznanie  aposterioryczne.

Zgodnie  z  wymogami  eseju  /poznanymi  przeze  mnie  dopiero  w  trakcie  studiowania  na  torontańskim  Seneca  College/  zaczynam  od  sformułowania  tezy:

NAUKA  I  TECHNIKA   NIE   POTRAFIĄ   SPROSTAĆ  STAROŻYTNEMU   WEZWANIU:   POZNAJ  SAMEGO  SIEBIE;

  co  gorsza,  utrudniają   realizację  tego  zamierzenia.  Tak  patronka  fundacji,  jak  i  wielu  innych  mądrych  ludzi  podkreślają,  „że  wszystko,  co...  ..ważne,  dawno  zostało  powiedziane,..  ..i  że  to  co  robimy,  to  na  ogół  powtarzanie  rzeczy  dawnych  w  zmodyfikowanym  wedle  obyczajów naszej  cywilizacji  języku”  /Kołakowski/.    Rozważania  filozoficzne  pozostawiam  profesjonalistom,  a  sam  ośmielam  podzielić  się  spostrzeżeniami  szarego  człowieka.

Poważnym  czynnikiem  utrudniającym  realizację  tytułowego  postulatu  jest  postęp  cywilizacyjny,  który  skutkuje  m.in.  postępującym  regresem  epistolografii.  Przecież  do  połowy  XX  wieku  wszelkie  osobiste  refleksje  znajdywały  ujście,  przede  wszystkim,  w  listach  kierowanych  do,  tak  naprawdę,  szerszego  grona  adresatów  niż  wymienieni  na  kopercie.  Odnoszę  często  takie  wrażenie,  gdy  znajduję w nich szczegóły  niewątpliwie  znane  bezpośredniemu  adresatowi.  Drugą  formą  były  dzienniki,  pamiętniki,  kroniki  etc,  w  których  zapisywano  swoje  przemyślenia,  jak  i  przedstawiano  rozterki  dręczące  duszę  i  umysł  piszącego.  Starania  przedstawienia  swoich  myśli  w  formie  pisanej  zmuszały  do  ich  sprecyzowania  i  usystematyzowania,  przez  co  były  cenną  drogą  do  lepszego  poznania  samego  siebie.  

W  znaczącym  stopniu  odeszliśmy  od  pisania  ręcznego,  a  przecież  słowo  drukowane  /pisane  na   maszynie,  komputerze  etc/  powoduje  utratę,  w  jakiejś  mierze,  specyficznej  indywidualności,  „duszy”  czy  intymności.  Ostatni  „mohikanie”,  prowadząc  z  najbliższymi  korespondencję,  poslugują  się  piórem,  umożliwiając  głębsze  odczytanie  znaków  graficznych.  Wiąże  się  to  również  z  tematem  poznania  siebie  samego,  gdyż  odnalezione  własne  notatki  sprzed  lat,  pisane  ręcznie,  wydają  się  bardzo  bliskie,  jakoś  znajome,  podczas,  gdy  te  „wyprintowane”  tchną  obcością.

Postęp  techniczny  „pomniejszył”  świat.  W  czasach  mego  dzieciństwa  wyprawa  z  Saskiej Kępy  do  Wawra  była  poważnym  przedsięwzięciem,  a  dla  dziecka,  jakim  wtedy  byłem – fascynującą  przygodą,  szczególnie  ze  względu na  „ciuchcię”,  pędzącą  miejscami  z  prędkościa  40  km/godz.  Dzisiaj  to  prawie  sąsiadujące  dzielnice  Warszawy,  a   podróż  do  Londynu  trwa  krócej  niż  wspomniana  i   budzi  emocje  równe  zeru.  Podobnie,  wysłuchiwane  komunikaty  z  „kołchożnika”  wzbudzały  większe  zainteresowanie  niż  nieskończona  ilość   bieżących  informacji  atakująca  nas  przez  internet.   Ten  nadmiar  bodżców  powoduje  nasze  zobojętnienie,  i  w  następstwie,  zmniejsza skłonność  do  refleksji,  a  te  przecież  są  kluczem  do  poznania  samego  siebie.

W  sąsiedztwie  mieszkała  niepełnosprawna  dziewczynka,  którą,  w  pogodne  dni,  opiekunowie  wystawiali  na  wózku  inwalidzkim,  przed  kamienicę.  Wszyscy  ją  znali,  przejmowali  się  stanem  jej  zdrowia  i   specjalnie  do  niej  podchodzili,  by  zamienić  z nią  parę  słów,  a  dzieciarnia  gromadnie  ją  oblegała  i  marzyła  o  przejażdżce  jej  wózkiem.  Póżniej,  we  wszystkich  domach,  rozmawiano  o  nieszczęśliwej  dziewczynie  i  tak,  w  każdym  mózgu  „kodowała”  się  informacja  o  chorobie  sąsiadki. Obecnie,  poza  chwalebnymi,  dość  licznymi,  ale -  wyjątkami,  ogarnia  nas  znieczulica,  gdyż    ludzkie  tragedie  powszechnieją,  ulegają  marginalizacji,  wskutek  nadmiaru  informacji  o  nich.  Oglądanie  telewizji   przynosi  nigdy  niekończące  się  pasmo  nieuleczalnych  chorób,  głodu  i  nędzy,  na  które  przestajemy  reagować.  Dochodzi  więc  do  paradoksu:  im  więcej  informacji,  tym  mniej  refleksji  i  mniej  empatii,  niezmiernie  istotnej  w  zadumie  nad  własnym  postępowaniem   i  swoim  ego, id, superego.  

Nadrzędnym  czynnikiem  jest  czas,  którego  coraz  bardziej  nam  brakuje,  mimo  udogodnień  cywilizacyjnych  i  przedłużeniu  życia,  na  przestrzeni  zaledwie  stu  lat,  o  conajmniej  jedną  trzecią.  Wczesna  specjalizacja,  „wyścig  szczurów”,  zanik  życia  rodzinnego,  w  tym  wspólnych  posiłków,  stwarzających  okazję  do  rozmowy,  utrudniają  nabywanie  i  rozwijanie  „wartości  humanistycznych”,  a  powszechna  edukacja,  coraz  mniej  skłania  do  myślenia,  oceniając  nabyte  wiadomości  „testami”. 
  
Technika,  umieszczona  w  tytułowym  pytaniu,  nie  tylko  więc  nie  „sprosta”,  lecz  wręcz  utrudnia  poznanie  samego  siebie.  Zobaczmy  więc,  jak  z  drugim  elementem  pytania  tj  z  nauką. 

Rozwój  nauk  ścisłych  rozważę  na  przykładzie  mojej  profesji  tj  chemii,  której  rozwój  zdeterminował  postęp  we  wszystkich  dziedzinach  życia.  Gdy  kończyłem  studia  w  /pamiętnym/  marcu  1968,  nowością  był   NMR /nucleus  magnetic  resonance/,  a  laser  miały  tylko  laboratoria  związane  z  wojskiem.  Dziś  oba  urządzenia  są  dostępne  w  każdej  nowoczesnej  przychodni.  Uczono  nas  o  kilkunastu  składnikach  atomu,  a  dziś  obowiazują  teorie  o  niewyobrażalnej  ilości  cząsteczek,  łącznie  z  supermodnym  bozonem  Higgsa.  Spektrografię  masową  poznałem  dopiero  w  1995 r ,  gdy  zachcialo  mnie  się  studiować  w  torontańskim  Seneca  College.  Z  dziedzin  pokrewnych  - określono  genom  człowieka;  powszechnie  identyfikuje  się  ludzi  wg  DNA itd itd.  No  i  co  z  tego?  Nauki  ścisłe  w  żaden  sposób  nie  mogą  „sprostać”  tytułowemu  wezwaniu,  bo  nie  leży  ono  w  sferze  ich  działań.  Może  więc  nauki  humanistyczne? 
  
Podobno  pięć  nazwisk  wyznacza  wielkie  etapy  filozofii:  PLATON /onto-teologia/, KANT /filozofia  transcendentalna/,  HEGEL /rozum  jako  historia/,  BERGSON /czyste  trwanie/  i  HEIDEGGER /fenomenologia  bycia  odróżnionego  od  bytu/.  Czy  któryś  z  nich  poznał  samego  siebie?  Wątpię.  Ale  wielkich  pozostawiam  profesjonalistom,  a  ja  wracam  na  ziemię.

Do  podjęcia  prób  sprostania  temu  zadaniu  upoważnieni,  moim  zdaniem,  są  tylko  starcy,  doświadczeni  bogatym  poznaniem  aposteriorycznym.  Ponadto  tylko  oni,  a  wśród  nich – JA,  mają  na  to  czas  i  niezbędny,  względny  spokój.  Do  nowości  naukowych  podchodzą  z  rezerwą,  a  za  zdobyczami  techniki  już  nie  nadążają.    Teoretycznie  więc  możliwosci  są,  lecz  co  z  chęciami?  I  tu  zaczynam  poddawać  w  wątpliwość  sens  całego  wypracowania,  bo  czy  ja  mam  dosyć  odwagi,  by  poznać  samego  siebie?  Musiałbym  przeanalizować   swoje  postępowanie   w  różnych  chwilach  życia,  zweryfikować   motywy,  ocenić  prawdziwość  ówczesnej  argumentacji  czyli   zdobyć  się  na  totalny,  samokrytyczny  „rachunek  sumienia”,  przyznać  się  do  błędów  i  umartwiać  się  odkrytą  prawdą  o  sobie.   A  po  jaką  cholerę  mnie  to?  Masochistą  nie  jestem i  przeto  rezygnuję  z  usiłowań  poznania  samego  siebie.

Co  do  postawionego  pytania,  to  nauka  i  technika  nie  sprostają,  bo  wprost  zniechęcają  do  zajmowania  się  takimi  pierdołami.  Vita  brevis,  więc  radujmy  się  i  kochajmy  póki  sił  starcza.