Thursday, 13 September 2018

Jan KULMA - "Dykteryjki przedśmiertne" (rewitalizowane)



Czytając  „Moje  młode  lata”  Rubinsteina,   zajrzałem  do  tej  recenzji   ze  względu  na  znamienny  incydent  z  1945 roku  i  przy  okazji  zauważyłem   przerażający  brak  zainteresowania    REWELACYJNĄ  pozycją  na  LC   8,7 (10 ocen  i  3  opinie),  jak  i   małą  ilość   plusów  danych  mojej  recenzji  cztery  lata  temu,  gdy  to  dopiero  startowałem  i  miałem  mało  znajomych.  Ze  względu  na  to,  że  to  pozycja  WYBITNA,   postanowiłem    moją  recenzję  rewitalizować, by  o  tej  książce  prypomnieć.  Poniższa  recenzja  jest  bez  poprawejk,  w  formie  sprzed  4  lat
Książka  przedstawiająca  OBIEKTYWNIE,  RZETELNIE,  UCZCIWIE  współczesną  historię  Polski  i  dlatego     polecam  jako  ODTRUTKĘ   zainfekowanym   RUSOFOBIĄ,  POLSKĄ  MEGALOMANIĄ  i  KSENOFOBIĄ 
Dżadża  /ang. „jaja”/  zaczynają  się  już  we  wstępie:  interwencja  policji  u  autora-staruszka /rok 2006/ /str.8/
„Było  doniesienie,  że  pan  Jasio (!)  chce  popełnić  samobójstwo”.  Zaraz,  zaraz – Joanna  wybucha  - co  wy  do  tego  macie ?.   A  on:  „Wszyscy  jesteśmy  katolikami,  a  samobójstwo  to  grzech  śmiertelny”.  A  więc  to  tak:  mamy  już  w  Polsce  policję  religijną,  działającą  zgodnie  z  Magisterium  Kościoła  Katolickiego.  Dziwne,  co ?”
Wielość   dykteryjek  powala  i    wskutek  tego  nie  mam  koncepcji   jak  pisać  opinię,  by  nie  pogubić  „perełek”.  Zacznę  od  cytatów,  a  potem  pomyślimy  o  formie.  Zaczynam  smutno: / str.15/
„..Dziś  nikt  się  nie  wstydzi,  że  tylu  rodaków  jest  bez  pracy  i  że  kiepsko  im  się  żyje.  Żyjemy  w  obcym,  bezwstydnym  kraju....”.
Rozdzialik 2 „Bić  Żyda”,  traktujący  o  antysemityzmie  w  przedwojennym  harcerstwie  kształtowanym  przes  NSZ,  jak  i  w  samym  NSZ-ecie  kończy  trafna  uwaga; /str.17/
„Lewica,  gdy  dorywa  się  do  nadmiernej  władzy,  staje  się  grożna  i  nawet  zbrodnicza.  Jednak  prawica  nie  tylko  jest  tak  samo  grożna  i  równie  zbrodnicza,  ale  zaledwie  dorwie  się  do  władzy  to  juz  marzy,  aby  gnać  przez  Błonia  na  krakowski  Kazimierz  i  bić,  bić   bić  Żyda !”.
Po  ponurym  początku  czas  na  pogodę,  a  ona  nadchodzi  z  pięknym  wspomnieniem  o  Zofii  Morawskiej,  o  księdzu  Marylskim,  w  ogóle  o  Laskach  w  rozdziale  4 pt „Laski”. 
Wielką  wartość  „Dykteryjek...”  stanowią  obiektywne  stwierdzenia,  bez  ulegania  obecnej  propagandzie,  nazywanej  „political  corectness”.  I  tak  mamy  stwierdzenie  o  Stalingradzie: /str.24/
„ ..’STALINGRAD’  stał  się  NADZIEJĄ  całego  świata.  Taka  była  prawda,  choć  dziś  -  po  latach -  NIE  WYPADA  wspominać  o  tym  mieście,  bo  przecież  ten  ohydny  Stalin...”. /podk.moje/
Bardzo  istotne  jest   przypomnienie  reakcji  świata  na  zbrodnię  katyńską: /str.25/
„Gdy  13 kwietnia  1943  Niemcy  pokazują  na  cały  świat  groby  polskich  oficerów,  zamordowanych  w  1940  przez  Sowietów  -  cały  antyhitlerowski  swiat  twardo  mówi:  „Nie  z  nami  te  numery,  panie  Brunner !”.  Świat  powtarza  za  Rządem  Radzieckim:  to  Niemcy  popełnili  ten  mord,  a  teraz  chcą  ohydnym  oszczerstwem  przerzucić  swoją  zbrodnię  na  Rosję.  Nawet  jeśli  ktoś  wiedział,  kto  mordował  Polaków  w  Katyniu,  to  i  tak  by  tego  nie  powiedział.  SOWIECI  od  1941  BYLI  ALIANTAMI...” /podk.moje/
W  tym  rozdziale  również  o  manifestacyjnym  zachowaniu  Rubinsteina,  gdy  dla  Polski  ZABRAKŁO  MIEJSCA  w  ONZ: /str.26/
„..25 czerwca  1945  w  San  Francisco  powołano  do  życia  Organizację  Narodow  Zjednoczonych  i  wtedy  50  państw  podpisało  Kartę  Narodów  Zjednoczonych.  Ale  na  tej  uroczystości  nie  było  flagi  polskiej...  ..Sytuację  uratował  Artur  Rubinstein. Poprosili  go,  aby  otworzył    uroczystość,  a  on  stanął  przy  fortepianie  i  powiedział:  „Zagram  hymn  mojego  narodu,  który  pierwszy  chwycił  za  broń  przeciwko  złu,  a  którego  flagi  nie  ma  tu  na  Sali”.  I  zagrał  „Jeszcze  Polska  nie  zginęła”.  I  to  jak  zagrał !”.
Nie  rozumiem  użytego  tu  sformułowania  „uratował”,  bo  niby  co  miał  uratować ?  Chyba  raczej  zaprotestował,  czy  też  zademonstrował  swoje  oburzenie.  Nim  powstała  ONZ,  mieliśmy  jednak  Powstanie  Warszawskie  dyskutowane  „ad  usranem  mortem”.  Posłuchajmy  trzeżwego  głosu  Kulmy,  który  uczestniczył  w  nim: /str.33/
„Więc  to  wszystko  nie  miało  sensu ?  Chyba  nie  miało....     ..załóżmy,  że  Powstanie  wygraliśmy,  że  Niemcy  uciekali  z  Warszawy,    się  za  nimi  kurzyło.  No  i  co?  Za  kilka  miesięcy,  albo  i  wczesniej,  weszliby  Rosjanie  i  zrobili  to  samo,  co  zrobili  w  Wilnie.  Czyli  wcieliliby  Polaków  do  Armii  Kościuszkowskiej,  a  niepokornych  wysłali  na  białe  niedżwiedzie,  najbardziej  zaś  opornych – rozstrzelali.  Nie  ma  sensu  doszukiwać  się  sensu  w  Powstaniu.  Musiało  być  jako  coś  koniecznego...”
Nigdy  nie  mogłem  zrozumieć  irracjonalnego  strachu  przed  „ruskimi”,  wskutek  którego  uciekałem  jako  jednoroczny  bobas  z  warszawskiej  Saskiej  Kępy  do  odległych  ok.100  km,  położonych  w  lasach -  Bobrowiec  koło  Mszczonowa.  O  tym  strachu  pisze  Kulma  w  11 Rozdziale: /str.37/
„to  całkiem  niepojęte,  ale  bardziej  baliśmy  się  Rosjan,  niż  Niemców,  których  poznaliśmy  przecież  z  najgorszej  strony.  Bo  jednak  Niemcy  to  NASZA  EUROPA,  nasz  świat.  Prawda,  że  mordowali,  ale  oni  nie  kradli,  nie  gwałcili.  Tak  to  czuliśmy  i  z  lękiem  czekaliśmy  na  tych  ZE  WSCHODU,  NA    DZICZ....”  /podk.moje/
Z  „ruskimi”  przyszli  Polacy /str.38/;
„...którzy  przeżyli  KATORGĘ  na  wschodzie  i  teraz  wracali  do  ojczyzny.  Ale  tak  już  zostało  na  zawsze, że  CI,  CO  PRZYSZLI  jako  armia  ZE  WSCHODU,  TO  GORSI  POLACY.  PRAWDZIWI  POLACY  WALCZYLI  POD  MONTE  CASSINO!  GŁUPI  JESTEŚMY  W  NASZYCH  ZAPIEKŁYCH  UPRZEDZENIACH.” /podk.moje/
I   AK-owiec  Kulma,  przedstawiciel  polskiej  inteligencji,  pochodzący  z  „dobrej”  rodziny, kończy  rozdział  słowami,  które  wyjąl  z  moich  ust: /str.39/
„... kto  dzisiaj  mówi,  że  w  roku  1945  wpadliśmy  z  deszczu  pod  rynnę  i  że  Polska  z  okupacji  niemieckiej  dostała  się  pod  jeszcze  gorszą  okupację  sowiecką -  to  mówi  NIEPRAWDĘ.  NIE  WYPADA  TAK  MÓWIĆ”  /podk.moje/
90-letniego  autora  stać  na  rozbrajajacą  szczerość  i  bezkompromisowość.  Widzimy  to  w  porównaniu  Krakowa  i  Warszawy,  które  kończy  stwierdzeniem : /str.45/
„Krakowianie  nie  przeżyli  koszmaru  wojny.  Żyli  sobie  jak  w  raju.  A  generał  Koniew  ominął  Kraków  i  całe  miasto  nie  straciło  ani  jednego  domu.  Kraków  nie  brał  udziału  w  wojnie.  A  po  wojnie,  w  ramach  nadrobienia  tej  wygodnej  kolaboracji,  okazywał  swoją  bojowość /nieco  spóżnioną/,  dzielnie  manifestując  antyradzieckość  i  antyreżimowość.  Taki  był  krakowski  patriotyzm.  A  Warszawa ?  Cały  jej  wojowniczy  patriotyzm  wyczerpał  się  w  czasie  wojny  i  Powstania.  Teraz  CHCIAŁA  ODBUDOWAĆ  STOLICĘ  I  KRAJ....”  /podk.moje/
Dolewa  oliwy  do  ognia,  kpiąc:
„Ale   dziś  należy  chwalić  patriotyzm  krakowski.  Krakowianie  potrafili  robić  takie  piękne  protesty !    I    POGROMY”.  /podk.moje/
W  1945  Kulma  podejmuje  studia,  i  już  mamy  „perełkę:  porównanie  „i”  z  rachunku  zespolonego /czyli  pierwiastek  kwadratowy  z  minus  jeden/  z  Akwinaty  „est  qui  est,  et  quid  est  nescimus”  /jest  który  jest,  a  czym  jest  nie  wiemy/. Przyjemnie  jest  poczytać  erudytę.
W  rozdziale 18  autor  opisuje  przebieg  rozmowy  w  1949  z  Andrzejewskim i  podaje   konkluzję  jaką  z  niej  wyciągnął: /str.54/
„Zrozumiałem,  że  JAŁOWA  wrogość  antyradziecka  to  strata  życia  i  zostawienie  Polski  na  pohybel.  I  choć  wszyscy  -  łącznie  z  Kremlem  panującym  nad  całym  obozem  -    przeciwko  nam,  to  my  musimy  robić  swoje.  I  to  robić  skutecznie!  I  żeby  tym  razem  Polak  był  mądry  przed  szkodą”. /podk.moje/
Autor  lubi  czasem   komuś  łatkę   przypiąć,  a  ja  to   z  lubością  wychwytuję;  i  tak  mam,  na  str.70,  mówiąc  o  kpt. Żytyńskim,  kierowniku  literackim  DWP,  dodaje:
„...wuj  satyryka  -  pożal  się  Boże! -   niejakiego  Marcina  Wolskiego..”.                cha! cha!
Prztyczka  też  daje  IPN-owi  wykazując  jego  niewydolność  w  porównaniu  ze  służbami  z 1953 r /str.72/;
„..współczuję  panom  pracującym  w  Instytucie  Pamięci  Narodowej.  Bo  ich  pamięć  kończy  się  na  teczkach  usbeckich,  esbeckich  i  na  Informacji  Wojskowej.  Oni  muszą  ślęczeć  w  pocie  czoła  nad  faktami,  które  dla  mojej  informacji  wojskowej  były  w  zasięgu  telefonu.  A  oni  dzisiaj  nie  mogą  nawet  marzyć  o  tym,  co  moja  informacja  wojskowa  mogła  wyśledzić.  IPN  nigdy  nie  dotrze  do  tych  prawdziwych  agentów  radzieckiej  ambasady,  i  tajnych  współpracowników  KGB i  GURU,..  i  tajnych  agentów  sekretarza  KC  PZPR.  No  i  przede  wszystkim  nikt  dzisiaj  nie  dojdzie  do  tych  najważniejszych  tajnych  wtyczek – osobistych  wtyczek  Bermana”.
Przykrą  prawdę  nam  serwuje  porównując  sukcesy  nasze  w  PRL-u  z  obecnymi” /str.73/
„Po  wojnie  nie  sprzyjały  nam  warunki.  Sprzedano  nas  pod  kuratelę   Moskwy  i świat  cały  to  zaklepał.  Ale  właśnie  w  tych  kiepskich  czasach  był  istny  wysyp  talentów  sportowych.  Ba,  zrodziło  się  nam  pokolenie  ludzi  utalentowanych.  Teatr    pękał  od  wielkich  aktorów,  reżyserów, scenografów.  W  filmie  stworzyliśmy  Polską  Szkołę  Kina.  W  plakacie  byliśmy  w  czołówce  świata....  ..Żal  tylko,  ze  tak  było  wtedy,  a  skończyło  się,  kiedy  Polska  stała  się  wreszcie  wolna.  SMUTNE,  ŻE  TERAZ  TEJ  WOLNEJ  POLSCE  JAKOŚ  ZABRAKŁO  WIELKICH  TALENTÓW. Choć  płaci  się  za  to  krocie  pieniędzy.  Widocznie  nie  wszystko  można  kupić...”.
Po  1956,  trochę  lżej; Kulma  przypomina  dowcip  z  tego  okresu /str.79/:  Bar  mleczny. 
„Kto  prosił ruskie?”   „-Nikt  nie  prosił,  same  przyśli”.
I  w  tym  rozdziale /27-ym/  pamięta  o  IPN-ie:  „...Instytut  PAMIĘCI  Narodowej  usiłuje  zniszczyć  całą  PAMIĘĆ  o  naszym  kraju”. /podk.moje/.
Lata  60-te  Kulmowie  robią  „karierę”,  co  Joanna  komentuje  dwuwierszem:  „Bo  człowiek  życie  dać  gotów/  za  uznanie  w  oczach  idiotów”.
I  tak  dotarliśmy  do  części  epickiej,  którą  czyta  się  z  równą  przyjemnością  i  na  luzie”,  a  ja  zmęczony  wyławianiem  „perełek”  z  dokumentowania  dalszych  połowów  zrezygnowałem.
PS   Poza  opublikowaną  recenzją  dopisałem  następujące  uwagi:
W  rozdziale  44 pt  Człowiekiem  ona  była”,  poświęconym  „stalinówce”,  symbolowi  zła,  Wandzie  Wasilewskiej,  szczegółowo  podaje,  jak  bardzo  ona  pomagała  Polakom  w  repatriacji,  mimo  upływu,  w  wielu  przypadkach,  150  lat  od  czasu  zsyłki  ich  rodzin.
W  rozdziale  61  pt  Prawdziwi  Polacy”,  sam  tytuł  definiuje  o  czym  mowa.  Zaczyna  się    oskarżaniem  przez  emigracyjnych,  angielskich  prawdziwych  polaków” /ja  zawsze  piszę  małymi  literami,  bo  to  nie  narodowość,  lecz  charakter/   elit  intelektualnych  w  Kraju  o  „kolaborację  z  reżimem”,  a  kończy  retorycznym  pytaniem: /str.156/
„....uciekliśmy  od  Prawdziwych  Polaków  z  Birmingham.  A  dokąd  mamy  dziś  uciekać  od  Prawdziwych  Polaków,  od  których  teraz  zaroiło  się  w  kraju ?”
W  rozdziale  64  pt „O  roku  ów”/1968/  cudowne  koligacje.  Kulmowie  podpadli  Kilańskiemu /mężowi  Szaflarskiej,  a  wtedy  z  kolei  Gałczyńskiej/.  Pomoc  znajdują  u  Lechickiej:/str.162/
Bo  Ania  Lechicka,  wzruszona  naszą  historią,  opowiedziała  wszystko  mężowi,  czyli  Kuśniewiczowi,  a  Kuśniewicz  urzęduje  w  redakcji  „Literatury  na  świecie”  i  ma  biurko  koło  Putramenta,  który  telefonuje  do  Kraśki,  sekretarza KC....”                             
A  ten  jest  wszechwładny.
Bardzo  otrzeżwiający   dla  uprawiających  kult  Kolbego  winien  być  fragment  z  rozdziału  66,  gdzie  Kulma  wspomina    tego  antysemitę  i  faszystę: /str.164/
„Mnie  odżyły  wspomnienia  z  lat  trzydziestych,   kiedy  kolega  przyniósł  do  szkoły  „Rycerzyka  Niepokalanej”,  a  całe  gimnazjum  zbiegło  się,  aby  zobaczyć  tego  głupca,  co  czyta  PRAWICOWO-OENEROWSKA  PRASĘ  MAKSYMILIANA KOLBEGO...” /podk.moje/
Nie  mogę  pominąć   też  słynnego  pytania  Gierka  kończącego  ten  rozdział /str.165/
”Towarzysze  pomożecie ?”.  A  wielotysięczny  tłum  odpowiedział  „Pomożemy”.  Dziś,  po   latach,  kpi  się  z  tego,  wyśmiewa,  ale  wtedy  była  to  ZAPOWIEDŻ  nowej  polszczyzny,  NOWEGO  UKŁADU  WŁADZY  ZE  SPOŁECZEŃSTWEM....” /podk.moje/
W  końcówce  rozdziału 72  pt  „Wielki  Guru”  tzn  Adam  SCHAFF,   czytamy  o  tytułach  tego  Wielkiego  Człowieka:  doktor  h.c. uniwersytetu  w  Paryżu,  Wiedniu,  Madrycie,  Szef  Europejskiego  Ośrodka  Nauk  Społecznych  w  Wiedniu. 
Na  dalszych  stronach  dominuje  część  opisowa,  tak,  że  ja  odnotowuję  dopiero  b.  ciekawy  rozdzial  111  o  Opus  Dei /b.krytyczny/,  jak  również  112  pt  „Jak  Polak  z  Polakiem”   o  stosunkach  na  Litwie,  kończący  się  słowami: /str.265/
Dziwnie  Polakowi  rozmawiać  z  Polakami  na  Litwie.  Dla  większości  z  nich  Litwini  to  mordercy  w  czasach  Drugiej  Wojny   Światowej,  a  teraz  okupanci  naszych  prapolskich  ziem. I  trudno  tłumaczyć,  że  Wilno  przez  wieki  było  stolicą  Wielkiego  Księstwa  Litewskiego,  a  dopiero  w  roku  1920  Żeligowski  zrobił  prawdziwy  zajazd,  czyli  NAPAŚĆ  i  włączył  Wilno  do  Polski....  ..Teraz  Litwini  żyją  z  Polakami  jak  pies  z  kotem.   Obie  strony  stosują  wobec  siebie  chwalebną  zasadę:  wet  za  wet,  oko  za  oko, ząb  za  ząb....      ..i  tylko  smutek  człowieka  ogarnia,  że  w  tej  diabelskiej  sprawie  żywy  udział  bierze  Kościół,  bo  na  tym  Pan  Bóg  żle  wychodzi..”
Kulmę  /i  mnie/  najbardziej  obchodzi  Polska  i  dlatego  też  zakończę  refleksją  ze  str.313:
„Taki  rozlam  w  kraju  to  przykra  rzecz.  A  tym  bardziej  głupia,  że  dzieje  się  w  momencie,  kiedy  wreszcie  uwolniliśmy  się  od  półwiecznej  zależności  od  bloku  radzieckiego  i  kiedy  sami  o  sobie  możemy  decydować.  Niby  jesteśmy  sami,  ale  już  nie  sami,  bo  jedni  sami  przeciwko  drugim  samym...”