Friday, 20 December 2013

BRZOZOWSKI,   STASIUK,    BORGES

                                                      MOJE    STYCZNIOWE   LEKTURY                          
                                                                                                            STYCZEŃ, 2012

Koktajl     może    oszałamiający,  lecz    par  excellence  autentyczny.

Zaczynam   od   najtrudniejszego,   najbardziej   kontrowersyjnego   pisarza   tj   Stanisława   BRZOZOWSKIEGO   /1878-1911/,   filozofa   i   krytyka   literackiego,   autora   „Legendy   Młodej   Polski”,   „Płomienii”,   jak   i   właśnie    przeczytanego   przeze   mnie   „Pamiętnika”.   Nim   przejdę   do   meritum   tj   jego   twórczości    zmuszony   jestem   „odfajkować”   jego   proces,   który   stał   się   pierwowzorem   dla   działania   różnych   plugawców   z   IPN-u.
  
W   1908   roku   BRZOZOWSKIEGO   oskarżono   o   współpracę   z   OCHRANĄ   na   podstawie   rewelacji   byłego   jej   agenta   -   Michaiła   Bakaja.   Mimo   jawnej   bezpodstawności   oskarżenia   rusofobiczne   społeczeństwo   w   przytłaczającej   większości   uwierzyło   w   winę   pisarza;   uwierzyło,   bo   chciało   uwierzyć.   Wg   Adama   PRAGIERA /1886-1976/   była   to   zemsta   ciemnogrodu   za   DEKORONACJĘ  endeckiego   i   tromtadrackiego   mitomana   Henryka  SIENKIEWICZA.  Przypominam,   ze   rzadko   dziś   używana   „tromtadracja”   to   krzykliwe,   efekciarskie   wygłaszanie   patriotycznych   haseł;   ludzie,   którzy   w   ten   sposób   głoszą   takie   hasła,  to   filistrzy,   drobnomieszczanie,   KOŁTUNERIA,   pokrywająca   krzykiem   i   PATOSEM   swoje   ubóstwo   ideowe.   Przypomnę,   że  np   Jeremiego   Wiśniowieckiego,   głownego   bohatera   sienkiewiczowskiego   „Ogniem  i   Mieczem”,   Norman   Davies   w   „Bożym   Igrzysku”   nazywa  /str.437/:
... „pospolitym   bandytą,   łupieżcą   wdowich   majątków,   renegatem   i   zdrajcą”...
.
    Poszukiwania   w   archiwach   OCHRANY   śladów   agenturalnej   działalności   BRZOZOWSKIEGO   nie   przyniosły   definitywnego   rozstrzygnięcia,   tzn   że   pisarz   nie   potrafił   udowodnić,   iż   nie   jest   „wielbłądem”.   Nie   wydając   wyroku   w   tej   sprawie,   która   przeszła   do   historii   jako   „SPRAWA   BRZOZOWSKIEGO”,   zwracam   uwagę   na   fakt,   że   obecnie   w  analogicznych  oskarżeniach   formowanych   przez   „chory”   IPN,   brak   dowodów   w   archiwach   „bezpieki”   interpretowany   jest    przez   schizofreników   Kaczyńskiego   na   NIEKORZYŚĆ   oskarżanego.   BRAK   DOWODÓW    świadczy   wg   nich   o   ZNISZCZENIU   AKT   agenta   przez   UB,   tym    samym   o   jego   WAŻNEJ   roli.    Aby   pogrążyć   BRZOZOWSKIEGO   w    oczach   rusofobicznego   ciemnogrodu   przypisano   mu   sprzeniewierzenie   pieniędzy   z   kasy   „BRATNIAKA”.

  No   cóż,   po   20   latach   działania    Wielkiej   Orkiestry   Świątecznej   Pomocy   Jurka   OWSIAKA   oszołomy   i   ich   mocodawcy   „czarni”,   zawistni   o   „taką   kasę”,   starają    się   zdeprecjonować   SUKCES   tej   akcji,   wytykając,   że   OJCIEC   OWSIAKA   BYŁ   ATEISTĄ   I   MILICJANTEM.   Jak   pisze   Mancewicz   w   „TP”   „dekonspiracja”   Owsiaka   to   drobiazg   wobec .....
...„demaskacji   GOMBROWICZA   -   jako   autora   niepotrafiącego   pisać,   i   PICASSA   -   jako   malarza   nieumiejącego   malować.   Obaj   symbolizowali   sztukę   zdegenerowaną.   Owsiak   zaś   jest   ilustracją   zdegenerowanego   społeczeństwa.   Żal   prawicy,   ma   kuku   na   muniu”.

Aby   zakończyć   „SPRAWĘ   BRZOZOWSKIEGO”   wspomnę,   że   MIŁOSZ   poruszył   ją   w   „CZŁOWIEKU   WŚRÓD   SKORPIONÓW,   STUDIUM   O   STANISŁAWIE   BRZOZOWSKIM” /inst.Lit.Paryż, 1962/,   z   kolei   MICHNIK   nawiązał   do   niej   w   ocenie   ataków   na   MIŁOSZA:   „...takiej   nagonki   nie   znała   polska   literatura   od   czasu   sprawy   Brzozowskiego”,   najjaśniej   natomiast   wyłuszczył   swój   pogląd   GIEDROYĆ:

   „Zawsze   mówiłem,   że   gdyby   przykładać   do   pisarzy   bezwzględne   miary   polityczne   i   moralne,   LITERATURA   POLSKA   PRZESTAŁABY   ISTNIEĆ.  Dlatego   uważam,   że   należy   odróżniać   autora   od   jego   dzieła   i   osądzać   dzieło   osobno.   Inaczej   będziemy   mieli   nieustającą   sprawę   Brzozowskiego.   Co   do   mnie,   oceniam   to,   co   ktoś   napisal,   nie   wchodząc   w   to,   kim   on   był   czy   jest.....      Przyznaję   pierwszeństwo   dziełu”.

    Niewątpliwie   mądra   deklaracja  i   przede  wszystkim   odważna.   Skromnie   przyznaję,   że   chyba   do   niej   nie   dorosłem,  bo   Dąbrowską,  Andrzejewskim,   Iwaszkiewiczem   czy   Brandysami   dalej   się   brzydzę A   propos   Brandysów.   Czułem   się   ostatnie   20   lat   dziwnie,   gdy   wyczytywałem   peany   na   cześć   nieskazitelnie   moralnego /??!!!/  Kazimierza   Brandysa,   którego,   wierny   naukom   mego  Ojca,   zwykłem   opluwać.   No  i   okazało   się,   że   to   JA   miałem   rację.    W   ostatnim   „Tyg.  Powszechnym”   Franaszek,    autor   biografii   Miłosza,   wspomina   o   PASZKWILANCKIM   opowiadaniu   pt   „Nim   będzie   zapomniany”   napisanym   przez   DYSPOZYCYJNEGO   pana   Kazia,   po   ucieczce   Miłosza   na   Zachód.   Ponadto,   muszę    przypomnieć,   że    tenże   Kazio   popełnił   najsłynniejszy   plagiat      w   literaturze   polskiej,   publikując   rozchwytywane   w   latach   60-tych   „Listy   do   pani   Z”   jako   swoje   dzieło,   a   nie   jako   przekład   z   oryginału   włoskiego.   „Political   corectness”   powoduje   pomijanie   obecnie  „tego   dzieła”   w   jego   bibliografii.
           
Wstęp   do   „Pamiętnika”   napisała   PROFESOR   Marta   WYKA,   córka   PROFESORA    Kazimierza   WYKI.   Czterdzieści   siedem   stron.  Przebrnąłem   przez   ocean   nudy,   wynotowując    zaledwie   pół    strony  ciekawostek.  Tak,   rzadko   wybitni   ludzie   mają   wybitne   potomstwo  i   vice   versa.   A  no   właśnie:   rodzicami   naszego   bohatera   byli   Feliks /zm.1899/   i   Wanda   z   Barańskich   Brzozowscy;   ojciec   był   zubożałym   ziemianinem,  człowiekiem   „słabym,   zaplątanym   w   nałóg   pijaństwa”   /Wyka, str.XIII/,   pełniącym   funkcję  administratora   w   dobrach   hrabiego  POLETYŁŁY,   matka   zaś.....   Najlepiej   oddajmy   głos   pisarzowi:  /Pamiętnik.  Str.170/ 

„Matka   moja   jest   najsilniejszym   charakterem   ludzkim,   jaki   spotkałem   w   życiu.   Tak   ustalonej  w   samym   organizmie,   tak   bezwzględnej,   bez   wysiłku   sięgającej   po   każdy   środek,   zarówno   najniewinniejszy,   jak   najprzewrotniejszy   -   zimnej   woli   trudno   sobie   wyobrazić.   Paradoks   i   tragedia   tej   duszy   polega   na   tym,   że   ta   straszna   siła   działa   w   próżni   i   działając   w   ten   sposób   przepoiła   się   nią,   stała   się   prawdziwie   demoniczną   potęgą   wrogą   życiu,  niszczącą   je   w   samych   korzeniach.   Obcowanie   z   tą   kobietą   zostawia   w   duszy   pustkę   ogołoconą   ze   wszystkiego   -   rozpaczliwą.   Jej   myśli   -   to,   co   ona   mówi,   wnętrze   jej   odbijające   się   w   słowach,   odruchach   -   robią    wrażenie   nagiej   zwartej   ściany,   która   i d z i e  -   idzie   wprost   na   nas;   jest   to   jakby   grób,   który   wali   się   na   nas....    Nigdy   nie   wyleczę   się   z   tego,   co   wytworzył,    wyziębił,   zniszczył   we   mnie   wpływ   Matki”.

Przytoczyłem   ten   fragment   również   po  to,   by   zaprezentować   memu   potencjalnemu   czytelnikowi,   który   według   wszelkich   znaków   na   ziemi   i   niebie   nie   sięgnie   po   Brzozowskiego,   nieznośny,   wg   mnie   manieryczny   jego   styl.   /Czyż   nie   wystarczałoby   napisać:   Matka   była   despotką/.     Jest   on  /styl/ wynikiem   szczytowego   egotyzmu.   Brzozowski   w   „Pamiętniku”   wielokrotnie   podkreśla,   że   „..nędzą   polskiej   literatury...  jest   brak   myśli”,   a   ponadto,   że   „...nie   ma   dziś   w   piszącej   Polsce   poza   mną   nikogo,    kto   by   czuł    właściwie   znaczenie   zagadnień   filozoficznych...”.   Samochwała !   Również   jego   manifest  jest   dla   mnie   próbą   podkreślenia   swego   znaczenia:   „Życie   nasze,   ja   nasze   -   to   jest   posterunek,   gdy   my   go   opuścim,   utraci   go   już   cała   ludzkośc   na   zawsze.   Poczucie   walki   i   odpowiedzialności   -   epicki    stan   duszy   niezbędne   są   do   moralnego   zdrowia”.

Teraz   najważniejsza   uwaga,   od   której   powinienem   wogóle   zacząć.    „Pamiętnik”   jest   jedyną  pozycją   Brzozowskiego,   którą   przeczytałem.   Zamówiłem    „Pisma   Wybrane”,   może   zdążę   je   przeczytać   i   omówić.   Obecnie   porządkuję   tylko   opinie   innnych.   I   tak,   ze   względu   na   to,  że  trend   czczenia   Brzozowskiego   wśród   intelektualistów    nadal  obowiązuje   zacznę   od   przeciwnej   strony   tj   jego   przeciwników.    O   sporze   Irzykowski-Brzozowski    raczej   póżniej,   teraz   opinia   Jerzego   STEMPOWSKIEGO,   wyrażona   w   liście   do   GIEDROYCIA:   „Mnie   odstręczała   od   Brzozowskiego   niekonsystencja   jego   myśli,      której   -   jak   w   bouillabaisse   -   pływa   czternaście   gatunków    ryb   i   wszystkie   niedogotowane.   Tu   kawałek   Marksa,   tu   kawałek   Macha,   tu   kawałek   Newmana...”.    „Przeintelektualizowanie”   Brzozowskiego   wykpił   najdobitniej   satyryk,   autor   bajek,   Jan   LEMAŃSKI  /1866-1933/    w   wierszu   „ERUDYTA”.   Oto   fragment:
 „Co   stworzyli   Fichci,   Hegle,                                                                                                       Kanci,   Comci -  umiem   biegle.                                                                                               .                 Wszystkie   zagraniczne  „geisty”                                                                                                    .             Znam:   Ibseny,   Marksy,   Kleisty                                                   .                                                    I Amiele   i   Sorele:                                                                                                                                    Wszystkich,   wszystko   na   proch   mielę.                                   .                                                     Wiem,   co   płonie,   a   co   tli   się                                                                                              W Goethem,   w   Heinem,   w   Novalisie;                                                                                            Co   w   Shakespearze,   w   Macauleyu,                                                                                              W Millu,   w   Keatsie   i   w   Shelleju                                                                                              Wiem,   co   Dante   rzekł,   Carducci;                                                                                         
  Wiem,   co   Machiavel   uczy.                                                                                                           Nikt   nie   żywił   się   tak   niczem,                                                                                                         Jak   ja   Fryderykiem   Nietzschem.                                                                                                     Wiem,   co   Budda,   co   Mahomet;                                                                                                         Co   jest   Krishna,   co   Bafomet;                                                                                                      Wiem,   co   pisał   Tomasz   z  Kempis;                                                                                               Wiem,   kto   kocha   zło,   kto   tępi;                                                                                               Wiem,   gdzie   zła,   gdzie   dobra   rola,                                                                                                  Jak   jaki   Savonarola....                                                                                                                   Tak,   lecz   MOJE   własne   DZIEŁO   -                                                                                          Moje   własne    -   LICHO    WZIĘŁO”     /podkr.moje/

Jak   mówiłem   o   Brzozowskim     WYPADA    mówić   DOBRZE,   lecz   dobrze   nie   wyklucza   różnie.   Sam    Brzozowski   podkreśla    nieustannie   swoją   katolickość,   podkreśla   tak   żarliwie,   a   wręcz   zbyt   żarliwie,   aby   kato-Polak   mu   uwierzył.    Podobny   efekt   wywołuje   swoimi   wyznaniami   Miłosz,   nie   wspominając   o   Michniku,   który   tak   „czarnych”   się   boi,   że   przyznaje   wprawdzie   w  końcu   I  tomu,   że   „nakreśliłem   obraz   Kościoła   zbyt   rozjaśniony”,   lecz   w   sześciu   dalszych   lizusostwo   kontynuuje.   Co   do   opinii   o   Brzozowskim,   zacznę   od   Normana    Daviesa,   który   widzi   w   nim   JEDYNEGO   PIONIERA   POLSKIEGO   MARKSIZMU.    Dodajmy,   że   wg   tegoż   Daviesa,   polski   marksizm  wydal   ZALEDWIE   dwóch   myślicieli   dużej   klasy:   Adama    Schaffa /ur.1913/   i   jego  ucznia,   Leszka   Kołakowskiego   /ur.1927/,   obu   wyrzuconych   póżniej   z   Partii.  Giedroyć    z   kolei   wielokrotnie   powtarza,   że   „wychował”   się   na   lekturach    Brzozowskiego   i   Żeromskiego.   /Wymienia   również   Potockiego,   Micińskiego   i   Berenta/.   Wg    Wyki,   „pisma   Brzozowskiego   odegrały   /wielką  rolę/  w   ukształtowaniu   światopoglądu   filozoficznego   tzw   „warszawskiej   szkoły   idei”......     Do   szkoły   tej   należeli:   Leszek   Kołakowski,   Bronisław   Baczko,   Andrzej   Walicki,   Jerzy   Szacki,   Zygmunt   Bauman   i   inni.   „Patronem”   ich   był   Juliusz   Kroński,   heglista,   filozof,   który   wpłynął   równie   zdecydowanie   na   światopogląd   wybitnego   pisarza   -   czyli   Czesława   Miłosza  w   jego   wojennym   i   bezpośrednio   powojennym   okresie.   Młodych   filozofów   „warszawskiej   szkoły   idei”   pociągnął   przede   wszystkim   historyzm   Brzozowskiego   i   jego   nieustanne   próby   związania   jednostki   z   dziejowym   światem.   To   właśnie   w   tym   kręgu   filozoficznym   doszło   do   pierwszego   po  II   wojnie   tak   dynamicznego   odrodzenia   pisarstwa   filozoficznego   Brzozowskiego,   a   także   jego   „filozofowania”    rozumianego   jako   sposób   życia   duchowego,   będącego   w   nieustannym   ruchu.   Najważniejszą    pracą,   jaka   powstała   w    tym   kręgu   wybitnych   brzozowszczyków,   była   książka   Andrzeja   Walickiego   „S. Brzozowski -  drogi   myśli” /1977/”.

Pozwoliłem   sobie   na   długi   cytat   z   Wyki,   ze   względu   na   „mnogość”   nazwisk,   jak   również,   by   dać   przykład  możliwości   drzemiących   w    Pani   Profesor   w   dziedzinie   „utrupiania”   najciekawszego   tematu.   Bo   dla   mnie   to   bełkot.   Ponadto,   zbędne,   a    właściwie   wadliwe   jest    dodawanie   po   heglista  wyjaśnienia   filozof,   jak   to     czyni   autorka   w   przypadku   Krońskiego,   który   nota   bene  szeroko   był   znany   pod   imieniem   Tadeusz  /1907-1958/  i   przede   wszystkim   symbolizował   karierowiczowską   „żydokomunę”.   Więcej   o   nim   w   eseju   „Miłosz”,  a  tu   przytoczę   tylko   słuszne   stwierdzenie   jego   z   1948  r:   „To   nie   komunizm   i   nie   Polska   dzisiejsza   są   temu   winne,   że   ludzie   żle   piszą.   Winę   za   to   ponoszą   po   prostu   sentymentalizm   i   romantyzm”.    Co   do   zgrupowania  w/w   wybitnych   intelektualistów   w   „kręgu   brzozowszczyków”   widzę   tylko   nieodpowiedzialną   ciągotę   do   uproszczonej   klasyfikacji   /zaszeregowywania/   ludzi,   natomiast   „jego   nieustanne   próby   związania   jednostki   z   dziejowym   światem”    dotyczyły   jednej   jednostki   -   jego   samego.

Wracamy   do   pozytywnych   opinii   o   Brzozowskim.   Andrzej   Kijowski   uważa,   że   B.   jako   „nowoczesny   myśliciel   religijny   -    zyskuje   pozycję,   która   zapewnia   mu   miejsce   obok   Pierre’a   Teilharda   de   CHARDIN,   Simone   WEIL,   Thomasa   MERTONA”,   a   Andrzej   Mencwel   umieszcza   „Pamiętnik”   wśród   NAJWYBITNIEJSZYCH   DZIEŁ   LITERATURY   POLSKIEJ   XX  w.   Zakończmy   uwagą   Wyki   o   „Pamiętniku”:   „W   ostatnim   dziele,   jakie   wyszło   spod   jego   pióra,   Brzozowski   złożył   szczególny   hołd   czczonej   przez   niego   koncepcji   HOMO   FABER.   Pozostal   twórcą   i   wytwórcą   aż   do   cielesnego   finału”.    /Homo   faber   to   twórca/.   Nie   wiem   co   Pani   Profesor   chciała   powiedzieć,   ale   ŁADNIE   powiedziała.

Czas   na   moje    podsumowanie.   Sądzę,   że   moje   rozczarowanie    „Pamiętnikiem”   wynika   z   upływu   czasu.   Nie   wziąłem   dość   głęboko    pod   uwagę   faktu,   że  został   on   napisany   ponad   STO   LAT    TEMU   /przełom   1910-1911/.   Moja   „wtórna”   znajomość   myśli   Brzozowskiego,   przyćmiła   możliwość   odczucia   nowatorstwa   jego   poglądów.   Np.   Swedenborga   i   Blake’a   poznałem   uprzednio   z   Miłosza   „Ziemi   ULRO”,    a   poglądami,   trochę    wyimaginowanego   wroga,   tj   Irzykowskiego     zachwycałem   się   w   wieku   lat   16   tj   53   lata   temu,   gdy   odkryłem    w   bibliotece  mego   Ojca  -   „PAŁUBĘ”.   Ukuty   od   tytułu   „PAŁUBIZM”   zapamiętałem   jednakże   jako   oręż   walki   z   Leonem   CHWISTKIEM,   a   nie   z   BRZOZOWSKIM.   A   może   się   mylę?   A   może   Brzozowski,   uważający   się   za   „pępek   świata”   zbyt   pochopnie   traktował   kazde   słowo   wypowiedziane   przez   Irzykowskiego   za   atak   na   siebie?   /Ku   pamięci:   Karol   IRZYKOWSKI   /1873-1944/   ranny   w   Powstaniu   Warszawskim,   umarł   w   szpitalu   w   Żyrardowie.    Pogrzeb   mial   miejsce   4.11.1944   r.,  w   jego   imieniny/.   Dzięki   „Pamiętnikowi”   zainteresowałem   się   Newmanem,   Sorelem   i   Carlylem   i   za   to   dziękuję.

Jeszcze   przypomniała   mnie   się   cenna   uwaga   Sławomira   Sierakowskiego  /ur. 1979,   red.nacz.  „Krytyki   Politycznej”,    wydawca   m.in. pism   Brzozowskiego/:  „nieuchronną   częścią   losu   INTELIGENTA   jest    obustronne   niezrozumienie,   a   nawet   odrzucenie     przez   społeczeństwo.....   Mamy   w   Polsce   dwie   zinstytucjonalizowane   w   sferze   publicznej   tożsamości:   NARODOWO-KATOLICKĄ   i   SCEPTYCZNO-LIBERALNĄ.   Miłosz,   podobnie   jak   Brzozowski,   obie   odrzucał   wprost”.

To   teraz   Andrzej   STASIUK.    Pierwszą    wzmiankę   o   nim    znajduję   w   swoich   notatkach   pod   datą   11.08.2007 r.:  „W  Tyg. Powsz.   bardzo   ładny   list   pożegnalny    Andrzeja   STASIUKA  i   Moniki   SZNAJDERMAN    po   samobójczej   śmierci     Mirosława   NAHACZA   /1984-2007/,  Łemka,   autora  książek   pt  „Osiem   cztery”,   „Bombel”,  „Bocian   i   Lola”.   Przy   okazji:   proza   Stasiuka   bardzo   mnie   się   podoba”.     Zgodnie   z   moją   metodologią   pisania,   wyjasniam,   że   ŁEMKOWIE   to   naród   zamieszkujący   pierwotnie   Beskid   Wschodni,   czytaj   Bieszczady,   UNICESTWIONY   skutecznie   przez   Polaków   w   ramach   akcji   „WISŁA”,   którego   resztki   przesiedlono   na   „Ziemie   Zachodnie”;    przedstawicielem   tej   grupy   etnicznej   był   malarz   „prymitywista”   NIKIFOR.

STASIUK   /ur.1960/,   wraz   z   żoną   Moniką   Sznajderman   /Wyd.Czarne/,   mieszka   w   Bieszczadach,   w   WOŁOWCU,   pod   Gorlicami.   Stąd   też   znajomość   z   Nahaczem,   jak   i   miejscową   historią.   STASIUK     pisze:   „Dziś   Wołowiec   ma   15   domów,   połowa   z   nich   właśnie   co    powstała.....   Kiedyś   było   domów   137:   do   akcji   „Wisła”...    do   tego   szaleństwa...    Zaraz   obok   są   pegeery...  Wznosili   obory   z   materiału   z   rozbieranych   cerkwi...”.    Żeby   zdążyć   zapoznać   mego   czytelnika   z   poglądami   autora,   nim   zostanie   przez   kato-Polaków   spalony   na   stosie,   szybko  przedstawiam    największy   „problem”   ludu   polskiego   w   ujęciu   STASIUKA:

„Pod   koniec   wojny   UDRĘCZONY   POLSKI   LUD,   w   chałupach   krytych   słomą,   z   dzieciakami   po   siedem,   osiem   w   każdej   chałupie,   z   jednym   prosięciem....   miał   kim   GARDZIĆ;   bo   byli   RUSCY.    Wyklęty   człowiek   miał   kogoś   gorszego   od   siebie.  Gdy   zaczynają   się   opowieści   o   NIEMCACH,   to   zupełnie   coś   innego.   Jacy   przystojni,   jakie   mundury   mieli   piękne,   cholewy   wybłyszczone....    I   CO   ZROBISZ   Z   TĄ   POTOCZNĄ   POLSKĄ   ŚWIADOMOŚCIĄ?.....     jest   to   problem   POLSKIEJ   TOŻSAMOŚCI,   ta   NIEUKOJONA   TĘSKNOTA   ZA   ZACHODEM,   NIEODWZAJEMNIONA    MIŁOŚĆ”.
    
STASIUK    słusznie   zauważa,   że   do   Polski:    .....”z  Zachodu    przyjeżdża   ludzi   bardzo   mało,   nie   czują   jakoś   potrzeby   oddychania   naszym   powietrzem...”.   My   zaś   jeżdzimy,   by   zaczerpnąć  tamtego   powietrza,   by   się   nim   zachłysnąć,   a   potem   wrócić   i    żyć   z   jeszcze   większymi   kompleksami.   Na   Zachód   również   „wybrał   się    HERBERT   by   napisać   KOSZMARNĄ,   ZAKOMPLEKSIONĄ   książkę...”   /chodzi   tu   o   „Barbarzyńcę   w   ogrodzie”/.
Karierę    pisarską   zaczął   od   „Mojej   Europy.   Dwa   eseje   o   Europie   Środkowej”   napisanej   wspólnie   z   Jurijem   ANDRUCHOWYCZEM.     Póżniej   był   Jeep   i   niezliczone   podróże,   po   Bałkanach,   Albanii,   oczywiście   Polsce   i   wreszcie    Wschodzie   Europy,   dalej,   dalej   aż   po   Mongolię.   Wyspecjalizował    się   w    krotkich   opowiadaniach,   ktore   łączy   głęboki   humanizm.   Był   laureatem   Nagrody   Fundacji   im.  Kościelskich  /1995/,   oraz   „NIKE”  /2005  za  „Jadąc   do   Babadag”/.  Pamiętam   jego   „Opowiadania   galicyjskie”,   zbiór   „Przez   Rzekę”   oraz   „Dziennik   pisany   póżniej”.    I   własnie   w   tej   chwili   skończyłem   ponowną   lekturę   opowiadań   „Przez   Rzekę”.     Świetne,    wspomnieniowe,   wiernie   odtwarzające   realia   życia   w   PRL-u,   a   w   tym   nieustannie   spożywany   alkohol.    Co   ciekawsze,  stosunkowo   młody   Stasiuk   bije   na   głowę  modnego   /pseudo/pisarza   PILCHA    w   oddawaniu   realizmu   tamtych    czasów.    Lecz   czemu   ponownie   sięgnąłem   po   te   opowiadania,   które,   owszem,   są   dobre   lecz   ani   lepsze,   ani   gorsze   od    pisanych   przez  Marka   Nowakowskiego   czy   Irka   Iredyńskiego?    Otóż,   leżąc   w   ośrodku   rehabilitacyjnym   przeczytałem   świetne   jego   opowiadanie   w  TP  nr.47   pt   „Bóg   z   radia”,    które   zainspirowało   mnie   do   skreślenia   paru   słów   o   autorze.   Aby   było   ciekawiej   i   pełniej     udałem   się   do   biblioteki,   gdzie   niestety   nic   poza   wspomnianymi   opowiadaniami   „Przez   rzekę”   nic   nie   znalazłem.   Toteż   piszę   niniejsze   będąc   fizycznie   ograniczony   i   przeto   przechodzę   do   cytatów   z   bulwersującego   opowiadania.   Autor,   jadąc   przez   Polskę   w   Wielki   Piątek   obserwuje   otwarte   kościoły,   a   w   nich   pobożnych   Polskich   katolików,   co   komentuje:

„Czuwają   u   zwłok   Żyda.   Zabitego   przez   naród   niewierny.   Od   wieków   przychodzą   o  tej   porze,   lamentują   i   oskarżają.   Nic   nie   rozumieją.   Ani   księża,   ani   stare   kobiety.   Zamiast   oskarżać,   powinni   dziękować,   że   ktoś    to   zrobił   za   nich.   Że   ktoś   Go   zabił   za   nich.   Inaczej   sami   by   przecież   musieli,   żeby   SIĘ   WYKONAŁO.   Dwa   tysiące   lat   obłudy...”

STASIUK   nie   odpuszcza,   prowokuje   dalej,   a   może   po   prostu   jest   pewien,   że   „rydzykowe”   po   katolicki    Tygodnik   Powszechny   nie   sięgną,   bo   to  nie   ich   katolicyzm:
„Ale   im   się   udało...   Żydzi   zrobili   za   nich   wszystko.   Od   początku   do   samego   końca.   A   ci   stali   z   rozdziawionymi   gębami   i   nic   nie   mogli   pojąć.   Nie   mogli   pojąć,   że   ktoś   ich   wyręczył,   bo   byli   zbyt   tchórzliwi,   zbyt   obłudni,   zbyt   dziecinni,   by   zrobić   sobie   prawdziwego   Boga.   Przyszli   na   gotowe   i   potem   już   nigdy   nie   mogli   tego   wybaczyć”.
Wątek   „swojego”   Boga   to   przede   wszystkim   Dostojewski   /p.  esej   „Dostojewski/,   jak   i   JANION   /p.  esej   „Niesamowita   Słowiańszczyzna/.    Stasiuk   jest   chyba   pod   ich   wpływem:
„...muszą   opłakiwać   Żyda   z   gipsu,   z   plastiku,   a   przecież   powinni   jakiegoś   porządnego   Boga,   polskiego   z   krwi   i   kości,   z   naszego   mięsa”.

Do   izolacji,   do   zamknięcia   się   kato-Polaków   w   oblężonej   twierdzy   prowadzi     ks.  Rydzyk:
„...szef   ze   swoją   mową,   z   tym   kleistym   językiem,   który   ledwo   się   obraca,   ledwo   brnie,   lecz   kala   wszystko,   czego   dotknie.    W   tej   jątrzącej   bajdule,   w   tej   cykorowatonapastliwej   ględzie,   w   tej   pleciudze   pomówień,   w   tym   faryzejskim   postękiwaniu,   w   tym   posapywaniu  fałszerskim   nie   ma   nikogo   żywego.   Są   tylko   „ONI”    i   „MY”.   I   ani   żywej   duszy.   Jakby   żaden   Bóg   nie   wcielił   się   w   człowieka,   tylko   miał   zjawiać   się   na   zawołanie,   by   pognębić   „onych”   oraz   „mych”   wywyższyć”.

Kończy   STASIUK   inwokacją,   którą   przybija   wyrok   śmierci   dla    siebie   z   ręki    „rydzykowego”   plemienia:
„Panie,   wiem,   że   jesteś   zajęty,,,,   ale   uważam,   że    powinieneś   rozpędzić   mój   naród   na   cztery   wiatry.   Powinieneś   przepędzić   ten   naród   od   siebie   jak   tych   przekupniów   ze   świątyni.  Na   jakąś   pustynię   ich   wygnać,   żeby   się   tułali   jak   Żydzi.   Żeby   im   się   nie   wydawało,   że   mają   do   Ciebie   jakiś   grupowy   dostęp,   że   ich   będziesz   grupowo   rozpatrywał   i   liczył   im   te   wszystkie   plemienne   zasługi,   które   oni   sobie   wyobrażają,   zapisują   i   potem   w   nie   wierzą.   Że   to   są   zasługi   przed   Tobą.      Panie,   ja   bym   ich   na   Twoim   miejscu   rozgonił   po   całym   świecie   jak   naród   Izraela   i   dopiero   by   się   okazało,    ile   są   warci....     Jakby   nie   mieli   żadnego   Ruska,   Niemca   ani   Żyda   na   usprawiedliwienie......     Dopiero   by   było   wiadomo,   czy   oni   wierzą,   czy   tylko   robią  narodowy   interes.”

Jeszcze    dodaje   osobiste   życzenie   dla   kato-Polaków:   „...żeby   nie   musieli....   wysyłać   przekazów   z   ostatnim   groszem   dla   zbójeckich   jaskiń   w   eterze”.   Tak,   lubię   Stasiuka,   a   zakończę   smutnym   dowcipem   też   przeczytanym   u   niego:   „Dlaczego   Matka   Boska   taka   zasmucona?   -   -   Bo   JĄ   zrobili   Królową   tego   burdelu”.

No   i   czas   na   Jorge’a   Luisa   BORGESA   /1899-1986/,   pisarza   argentyńskiego.   Wzmiankowałem   o  nim   w   eseju   „ECO”,   jako,   że   autor   biografii   Umberto   ECO   -   SCHIFFER   przyjąl   za   motto   następującą   myśl   Borgesa   z   „Biblioteki   Babel”:

„WSZECHŚWIAT   /który   inni   nazywają   BIBLIOTEKĄ/   składa   się   z   nieokreślonej   i   być   może   nieskończonej,   liczby   sześciobocznych   galerii.   Jak   wszyscy   ludzie   biblioteki,   podróżowałem   w   młodości;   odbywałem   pielgrzymki   w   poszukiwaniu   jakiejś   książki,   być   może   katalogu,   katalogów....”

a   sam   Eco   ślepego   strażnika   biblioteki   w  „Róży”   obarczył   imieniem   JORGE,   nawiązując   tym   samym   do   niewidomego   BORGESA.    Mnie   to   mierzi,   lecz    pozostaje   w   zgodzie   z   moją   negatywną   opinią   o    Umberto   ECO.    W   swoich   notatkach   znajduję   pod   datą   4.09.2010:   „dwa   zbiory   opowiadań   Borgesa;   wszystko   do   dupy;   „przeintelektualizowane”,  a   poza   tym   wszystkie   wady   wytykane   argentyńczykom   przez   Gombrowicza”.   Teraz   mam   przed   sobą   zbiorek   opowiadań   „Księga   piasku”.   Niestety,   zarzuty   pozostają   aktualne.  Szkoda,   że   wydawca,   bądż    tłumaczka   -   skądinąd   urocza   staruszka   poznana   przypadkowo   przeze   mnie  -  Zofia   Chądzyńska  /por.   wspomnienie   o   kanapie   pod   hasłem   „CORTAZAR”/  nie   opatrzyli   opowiadań   przypisami,   może   wtedy   tekst   byłby   bardziej   zrozumiały   dla   przeciętnego   czytelnika   takiego   jak   ja.    Ta   zmora   „przeintelektualizowania”   obniża   wartość   twórczości   Borgesa,   Cortazara,   Saula   Bellowa   czy   Umberto   Eco.    Uciążliwa   jest   też   u   omawianego   powyżej   Brzozowskiego,   a   karykaturalną   formę   przyjmuje   w   recenzjach   filmowych   niejakiej   pani   Piotrowskiej   /w  „TP”/,   nafaszerowanych   nazwiskami   i   skojarzeniami,  po   przeczytaniu   których   potencjalny   widz   pozostaje   sam   z   hamletowskim   pytaniem   „iść   czy   nie   iść  do   kina”.  Wydawca  informuje   na   obwolucie  „Księgi   piasku”,   że   autora:  „erudycyjne   gry  i   twory  wyobrażni;   fikcje   metafizyczne.....   wydarzenia   fabularne  /autor/  opatruje   odautorską   refleksją”.  I   nim   przejdę   do   przykładów   tych   „refleksji”,    przypomnę   główny   zarzut   stawiany   przez   Gombrowicza   pisarzom   argentyńskim:   to   pisanie   „pod   Paryż”;   chęć   zdobycia   uznania   „przez   Paryż”,   ktora   prowadzi   do   sztuczności,   sztywności   i   naszpikowania   tekstu   erudycyjnymi   popisami,   przy   jednoczesnej   zatracie   naturalności.   Przejdżmy   teraz   do   tekstu.

W   pierwszym   opowiadaniu   pt   „Tamten”   autor   słucha   kreolskiej   ballady   „La   Tapery”   Eliasa   Regulesa /?/  i   wspomina   Alvara   Meliana   Lafinur   /?/.   Następnie   wymienia   książki   jakie   miał   w   swojej   szafie   pięćdziesiąt   lat   temu:   słownik   łaciński   Quicherata /?/,   „Germanię”   Tacyta   /55-120/,   „Tablas   de   sangre”   Rivery   Indarte /?/,   „Sartor   Resartus”   Carlyle’a   /1795-1881/    biografię   Amiela   /1821-81/   oraz   książkę   o   obyczajach    seksualnych   ludów   bałkańskich /?/.   Następnie   porównuje   dyktatora   Perona  /1895-1974/   z   Rosasem  /1793-1877/.   Teraz   czas   na   Dostojewskiego   /1821-81/,   którego   wymienia   „Biesy”   i   „Sobowtóra” /?/.   Tego   ostatniego   zaś   porównuje   z   bohaterami   Conrada  /1857-1924/.   Oświadcza,  iż   inspiracją   dla   jego   „Czerwonych   hymnów”   był   „Błękitny   wiersz”   Rubena   Daria  /1867-1916/  i   „Szara   piosenka”   Verlaina  /1844-96/.   Przytacza   myśl   „pewnego   Greka” /?/:   „Człowiek   wczorajszy   nie   jest   człowiekiem   dzisiejszym”,   a    następnie   każe   nam   podziwiać   „przesławne   zdanie”:   „L’hydre-univers   tordant   son   corps   ecaille   d’astres”,   prawdopodobnie   wypowiedziane   przez   Hugo   /1802-85/.   Zrozumienie   tego   „przesławnego   zdania”   pozostawiam   moim   czytelnikom,   bo  ja   francuskiego   nie   znam.   Borges   nie   pomija   Whitmana   /1819-92/,   który   ponoć   wspomina   „noc  nad   morzem,   kiedy   to   był   naprawdę   szczęśliwy”,    a   następnie   przytacza   fantazję   Coleridge’a   /1772-1834/:   „Ktoś   śni,   że   wędruje   przez   raj,   na   dowód   czego   dostaje   kwiat.   Po   obudzeniu   trzyma   ten   kwiat   w   dłoni”.   I   to   wszystko   na   dziesięciu    stronach   kieszonkowego   formatu.

Następne   opowiadanie   pt   „Ulrica”    sprawia   nam   trudności   począwszy   od   tytułu,   który   etymologicznie   nawiązuje   do   wymyślonej    przez   Blake’a   /1757-1827/   „Ziemi   ULRO”  /por.   esej   Miłosz/.    Dalej   mamy   motto:   „Hann   tekr   sverthit   Gram   ok   leggr  i   methal   theira   bert”.   Krótkie   i   dosadne.   Ucz   się,   mój   drogi   czytelniku   języków,   bo   nauka   to   potęgi   klucz.   Powyższe   motto   pochodzi   z  „Volsunga   Saga”,   islandzkiej   opowieści  o   Volsungu,   wnuczku   najwyższego   boga   -   ODYNA.   Przypomnijmy,   że   synem   Volsunga   był   Siegfried,   bohater   Nibelungów,   do   których   genialną   muzykę   stworzył   Wagner   /1813-83/.   No   to   teraz   możemy   przystąpić   do   pięciostronicowego     tekstu.   Na   stronie   pierwszej   dowiadujemy   się   o   „obrazoburcach   Cromwella”.   Ni   cholery   nie   rozumiem   o   co   chodzi;   za   to   rozumiem   stronę   drugą,   na   której   autor   odwołuje   się   do   wersetu    znanego   nam   już   Blake’a   „o   dziewczynach   z   łagodnego   srebra   i   szalonego   złota”.   Na   stronie   trzeciej   wspomina   Schopenhauera   /1788-1860/:     „Powiedziała,   że   lubi   samotne   spacery.   Przypomniał   mi   się   żart   Schopenhauera   i   odpowiedziałem:   -Ja   także.   Możemy   więc   wyjść   razem”.     Cha,   cha,  cha!  Niby   filozof,  a   taki   zgrywus.   Strona    czwarta   zapowiada   wędrowkę   śladem   De   Quinceya  /1785-1859/,  „który   szukał   swej   Anny   zagubionej   w   londyńskim   tłoku”.  Nic  nie   wiedziałem,  że   ten   krytyk   szukał   jakiejś   Anii,  lecz   się   dowiedziałem.   Na   piątej   i   szczęśliwie   ostatniej   stronie  kochankowie   postanawiają    zwracać   się   do   siebie   per   Brunhildo   i   Zygfrydzie,   to   nawiązanie   do   motta,   po   czym   idą   kopulować   do   hotelu,   w   którym    „ściany   wyklejone   są   tapetą  a  la   William  Morris”.   Morris  /1834-96/,   poet,   painter   and   designer.


Drogi   Czytelniku,   więcej   nie   będę   Ciebie   mordował   Borgesem,   lecz   pomyśl   o   moim   oddaniu   głębokim   literackim   analizom    w   trakcie   których   doznaję   piekielnych    katuszy   szczególnie   dlatego,   że   pozostając   uczniem   Tischnera,   Kołakowskiego,   Bocheńskiego,   Janion   etc   przywykłem   do   kunsztu   języka   moich   mistrzów   potrafiących   o   najtrudniejszych   problemach   mówić   jasno,   przejrzyście   i   zrozumiale,   bez   szafowania   mnogością   pojęć   czy   nazwisk.   Amen.