Friday, 20 December 2013

BRZOZOWSKI, STASIUK, BORGGES

BRZOZOWSKI, STASIUK, BORGES
MOJE STYCZNIOWE LEKTURY
STYCZEŃ, 2012

Koktajl może oszałamiający, lecz par excellence autentyczny.

Zaczynam od najtrudniejszego, najbardziej kontrowersyjnego pisarza tj Stanisława BRZOZOWSKIEGO /1878-1911/, filozofa i krytyka literackiego, autora „Legendy Młodej Polski”, „Płomienii”, jak i właśnie przeczytanego przeze mnie „Pamiętnika”. Nim przejdę do meritum tj jego twórczości zmuszony jestem „odfajkować” jego proces, który stał się pierwowzorem dla działania różnych plugawców z IPN-u.

W 1908 roku BRZOZOWSKIEGO oskarżono o współpracę z OCHRANĄ na podstawie rewelacji byłego jej agenta - Michaiła Bakaja. Mimo jawnej bezpodstawności oskarżenia rusofobiczne społeczeństwo w przytłaczającej większości uwierzyło w winę pisarza; uwierzyło, bo chciało uwierzyć. Wg Adama PRAGIERA /1886-1976/ była to zemsta ciemnogrodu za DEKORONACJĘ endeckiego i tromtadrackiego mitomana Henryka SIENKIEWICZA. Przypominam, ze rzadko dziś używana „tromtadracja” to krzykliwe, efekciarskie wygłaszanie patriotycznych haseł; ludzie, którzy w ten sposób głoszą takie hasła, to filistrzy, drobnomieszczanie, KOŁTUNERIA, pokrywająca krzykiem i PATOSEM swoje ubóstwo ideowe. Przypomnę, że np Jeremiego Wiśniowieckiego, głownego bohatera sienkiewiczowskiego „Ogniem i Mieczem”, Norman Davies w „Bożym Igrzysku” nazywa /str.437/:
... „pospolitym bandytą, łupieżcą wdowich majątków, renegatem i zdrajcą”...
.
Poszukiwania w archiwach OCHRANY śladów agenturalnej działalności BRZOZOWSKIEGO nie przyniosły definitywnego rozstrzygnięcia, tzn że pisarz nie potrafił udowodnić, iż nie jest „wielbłądem”. Nie wydając wyroku w tej sprawie, która przeszła do historii jako „SPRAWA BRZOZOWSKIEGO”, zwracam uwagę na fakt, że obecnie w analogicznych oskarżeniach formowanych przez „chory” IPN, brak dowodów w archiwach „bezpieki” interpretowany jest przez schizofreników Kaczyńskiego na NIEKORZYŚĆ oskarżanego. BRAK DOWODÓW świadczy wg nich o ZNISZCZENIU AKT agenta przez UB, tym samym o jego WAŻNEJ roli. Aby pogrążyć BRZOZOWSKIEGO w oczach rusofobicznego ciemnogrodu przypisano mu sprzeniewierzenie pieniędzy z kasy „BRATNIAKA”.

No cóż, po 20 latach działania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka OWSIAKA oszołomy i ich mocodawcy „czarni”, zawistni o „taką kasę”, starają się zdeprecjonować SUKCES tej akcji, wytykając, że OJCIEC OWSIAKA BYŁ ATEISTĄ I MILICJANTEM. Jak pisze Mancewicz w „TP” „dekonspiracja” Owsiaka to drobiazg wobec .....
...„demaskacji GOMBROWICZA - jako autora niepotrafiącego pisać, i PICASSA - jako malarza nieumiejącego malować. Obaj symbolizowali sztukę zdegenerowaną. Owsiak zaś jest ilustracją zdegenerowanego społeczeństwa. Żal prawicy, ma kuku na muniu”.

Aby zakończyć „SPRAWĘ BRZOZOWSKIEGO” wspomnę, że MIŁOSZ poruszył ją w „CZŁOWIEKU WŚRÓD SKORPIONÓW, STUDIUM O STANISŁAWIE BRZOZOWSKIM” /inst.Lit.Paryż, 1962/, z kolei MICHNIK nawiązał do niej w ocenie ataków na MIŁOSZA: „...takiej nagonki nie znała polska literatura od czasu sprawy Brzozowskiego”, najjaśniej natomiast wyłuszczył swój pogląd GIEDROYĆ:

„Zawsze mówiłem, że gdyby przykładać do pisarzy bezwzględne miary polityczne i moralne, LITERATURA POLSKA PRZESTAŁABY ISTNIEĆ. Dlatego uważam, że należy odróżniać autora od jego dzieła i osądzać dzieło osobno. Inaczej będziemy mieli nieustającą sprawę Brzozowskiego. Co do mnie, oceniam to, co ktoś napisal, nie wchodząc w to, kim on był czy jest..... Przyznaję pierwszeństwo dziełu”.

Niewątpliwie mądra deklaracja i przede wszystkim odważna. Skromnie przyznaję, że chyba do niej nie dorosłem, bo Dąbrowską, Andrzejewskim, Iwaszkiewiczem czy Brandysami dalej się brzydzę. A propos Brandysów. Czułem się ostatnie 20 lat dziwnie, gdy wyczytywałem peany na cześć nieskazitelnie moralnego /??!!!/ Kazimierza Brandysa, którego, wierny naukom mego Ojca, zwykłem opluwać. No i okazało się, że to JA miałem rację. W ostatnim „Tyg. Powszechnym” Franaszek, autor biografii Miłosza, wspomina o PASZKWILANCKIM opowiadaniu pt „Nim będzie zapomniany” napisanym przez DYSPOZYCYJNEGO pana Kazia, po ucieczce Miłosza na Zachód. Ponadto, muszę przypomnieć, że tenże Kazio popełnił najsłynniejszy plagiat w literaturze polskiej, publikując rozchwytywane w latach 60-tych „Listy do pani Z” jako swoje dzieło, a nie jako przekład z oryginału włoskiego. „Political corectness” powoduje pomijanie obecnie „tego dzieła” w jego bibliografii.

Wstęp do „Pamiętnika” napisała PROFESOR Marta WYKA, córka PROFESORA Kazimierza WYKI. Czterdzieści siedem stron. Przebrnąłem przez ocean nudy, wynotowując zaledwie pół strony ciekawostek. Tak, rzadko wybitni ludzie mają wybitne potomstwo i vice versa. A no właśnie: rodzicami naszego bohatera byli Feliks /zm.1899/ i Wanda z Barańskich Brzozowscy; ojciec był zubożałym ziemianinem, człowiekiem „słabym, zaplątanym w nałóg pijaństwa” /Wyka, str.XIII/, pełniącym funkcję administratora w dobrach hrabiego POLETYŁŁY, matka zaś..... Najlepiej oddajmy głos pisarzowi: /Pamiętnik. Str.170/

„Matka moja jest najsilniejszym charakterem ludzkim, jaki spotkałem w życiu. Tak ustalonej w samym organizmie, tak bezwzględnej, bez wysiłku sięgającej po każdy środek, zarówno najniewinniejszy, jak najprzewrotniejszy - zimnej woli trudno sobie wyobrazić. Paradoks i tragedia tej duszy polega na tym, że ta straszna siła działa w próżni i działając w ten sposób przepoiła się nią, stała się prawdziwie demoniczną potęgą wrogą życiu, niszczącą je w samych korzeniach. Obcowanie z tą kobietą zostawia w duszy pustkę ogołoconą ze wszystkiego - rozpaczliwą. Jej myśli - to, co ona mówi, wnętrze jej odbijające się w słowach, odruchach - robią wrażenie nagiej zwartej ściany, która i d z i e - idzie wprost na nas; jest to jakby grób, który wali się na nas.... Nigdy nie wyleczę się z tego, co wytworzył, wyziębił, zniszczył we mnie wpływ Matki”.

Przytoczyłem ten fragment również po to, by zaprezentować memu potencjalnemu czytelnikowi, który według wszelkich znaków na ziemi i niebie nie sięgnie po Brzozowskiego, nieznośny, wg mnie manieryczny jego styl. /Czyż nie wystarczałoby napisać: Matka była despotką/. Jest on /styl/ wynikiem szczytowego egotyzmu. Brzozowski w „Pamiętniku” wielokrotnie podkreśla, że „..nędzą polskiej literatury... jest brak myśli”, a ponadto, że „...nie ma dziś w piszącej Polsce poza mną nikogo, kto by czuł właściwie znaczenie zagadnień filozoficznych...”. Samochwała ! Również jego manifest jest dla mnie próbą podkreślenia swego znaczenia: „Życie nasze, ja nasze - to jest posterunek, gdy my go opuścim, utraci go już cała ludzkośc na zawsze. Poczucie walki i odpowiedzialności - epicki stan duszy niezbędne są do moralnego zdrowia”.

Teraz najważniejsza uwaga, od której powinienem wogóle zacząć. „Pamiętnik” jest jedyną pozycją Brzozowskiego, którą przeczytałem. Zamówiłem „Pisma Wybrane”, może zdążę je przeczytać i omówić. Obecnie porządkuję tylko opinie innnych. I tak, ze względu na to, że trend czczenia Brzozowskiego wśród intelektualistów nadal obowiązuje zacznę od przeciwnej strony tj jego przeciwników. O sporze Irzykowski-Brzozowski raczej póżniej, teraz opinia Jerzego STEMPOWSKIEGO, wyrażona w liście do GIEDROYCIA: „Mnie odstręczała od Brzozowskiego niekonsystencja jego myśli, której - jak w bouillabaisse - pływa czternaście gatunków ryb i wszystkie niedogotowane. Tu kawałek Marksa, tu kawałek Macha, tu kawałek Newmana...”. „Przeintelektualizowanie” Brzozowskiego wykpił najdobitniej satyryk, autor bajek, Jan LEMAŃSKI /1866-1933/ w wierszu „ERUDYTA”. Oto fragment:
„Co stworzyli Fichci, Hegle, Kanci, Comci - umiem biegle. . Wszystkie zagraniczne „geisty” . Znam: Ibseny, Marksy, Kleisty . I Amiele i Sorele: Wszystkich, wszystko na proch mielę. . Wiem, co płonie, a co tli się W Goethem, w Heinem, w Novalisie; Co w Shakespearze, w Macauleyu, W Millu, w Keatsie i w Shelleju Wiem, co Dante rzekł, Carducci;
Wiem, co Machiavel uczy. Nikt nie żywił się tak niczem, Jak ja Fryderykiem Nietzschem. Wiem, co Budda, co Mahomet; Co jest Krishna, co Bafomet; Wiem, co pisał Tomasz z Kempis; Wiem, kto kocha zło, kto tępi; Wiem, gdzie zła, gdzie dobra rola, Jak jaki Savonarola.... Tak, lecz MOJE własne DZIEŁO - Moje własne - LICHO WZIĘŁO” /podkr.moje/

Jak mówiłem o Brzozowskim WYPADA mówić DOBRZE, lecz dobrze nie wyklucza różnie. Sam Brzozowski podkreśla nieustannie swoją katolickość, podkreśla tak żarliwie, a wręcz zbyt żarliwie, aby kato-Polak mu uwierzył. Podobny efekt wywołuje swoimi wyznaniami Miłosz, nie wspominając o Michniku, który tak „czarnych” się boi, że przyznaje wprawdzie w końcu I tomu, że „nakreśliłem obraz Kościoła zbyt rozjaśniony”, lecz w sześciu dalszych lizusostwo kontynuuje. Co do opinii o Brzozowskim, zacznę od Normana Daviesa, który widzi w nim JEDYNEGO PIONIERA POLSKIEGO MARKSIZMU. Dodajmy, że wg tegoż Daviesa, polski marksizm wydal ZALEDWIE dwóch myślicieli dużej klasy: Adama Schaffa /ur.1913/ i jego ucznia, Leszka Kołakowskiego /ur.1927/, obu wyrzuconych póżniej z Partii. Giedroyć z kolei wielokrotnie powtarza, że „wychował” się na lekturach Brzozowskiego i Żeromskiego. /Wymienia również Potockiego, Micińskiego i Berenta/. Wg Wyki, „pisma Brzozowskiego odegrały /wielką rolę/ w ukształtowaniu światopoglądu filozoficznego tzw „warszawskiej szkoły idei”...... Do szkoły tej należeli: Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Andrzej Walicki, Jerzy Szacki, Zygmunt Bauman i inni. „Patronem” ich był Juliusz Kroński, heglista, filozof, który wpłynął równie zdecydowanie na światopogląd wybitnego pisarza - czyli Czesława Miłosza w jego wojennym i bezpośrednio powojennym okresie. Młodych filozofów „warszawskiej szkoły idei” pociągnął przede wszystkim historyzm Brzozowskiego i jego nieustanne próby związania jednostki z dziejowym światem. To właśnie w tym kręgu filozoficznym doszło do pierwszego po II wojnie tak dynamicznego odrodzenia pisarstwa filozoficznego Brzozowskiego, a także jego „filozofowania” rozumianego jako sposób życia duchowego, będącego w nieustannym ruchu. Najważniejszą pracą, jaka powstała w tym kręgu wybitnych brzozowszczyków, była książka Andrzeja Walickiego „S. Brzozowski - drogi myśli” /1977/”.

Pozwoliłem sobie na długi cytat z Wyki, ze względu na „mnogość” nazwisk, jak również, by dać przykład możliwości drzemiących w Pani Profesor w dziedzinie „utrupiania” najciekawszego tematu. Bo dla mnie to bełkot. Ponadto, zbędne, a właściwie wadliwe jest dodawanie po heglista wyjaśnienia filozof, jak to czyni autorka w przypadku Krońskiego, który nota bene szeroko był znany pod imieniem Tadeusz /1907-1958/ i przede wszystkim symbolizował karierowiczowską „żydokomunę”. Więcej o nim w eseju „Miłosz”, a tu przytoczę tylko słuszne stwierdzenie jego z 1948 r: „To nie komunizm i nie Polska dzisiejsza są temu winne, że ludzie żle piszą. Winę za to ponoszą po prostu sentymentalizm i romantyzm”. Co do zgrupowania w/w wybitnych intelektualistów w „kręgu brzozowszczyków” widzę tylko nieodpowiedzialną ciągotę do uproszczonej klasyfikacji /zaszeregowywania/ ludzi, natomiast „jego nieustanne próby związania jednostki z dziejowym światem” dotyczyły jednej jednostki - jego samego.

Wracamy do pozytywnych opinii o Brzozowskim. Andrzej Kijowski uważa, że B. jako „nowoczesny myśliciel religijny - zyskuje pozycję, która zapewnia mu miejsce obok Pierre’a Teilharda de CHARDIN, Simone WEIL, Thomasa MERTONA”, a Andrzej Mencwel umieszcza „Pamiętnik” wśród NAJWYBITNIEJSZYCH DZIEŁ LITERATURY POLSKIEJ XX w. Zakończmy uwagą Wyki o „Pamiętniku”: „W ostatnim dziele, jakie wyszło spod jego pióra, Brzozowski złożył szczególny hołd czczonej przez niego koncepcji HOMO FABER. Pozostal twórcą i wytwórcą aż do cielesnego finału”. /Homo faber to twórca/. Nie wiem co Pani Profesor chciała powiedzieć, ale ŁADNIE powiedziała.

Czas na moje podsumowanie. Sądzę, że moje rozczarowanie „Pamiętnikiem” wynika z upływu czasu. Nie wziąłem dość głęboko pod uwagę faktu, że został on napisany ponad STO LAT TEMU /przełom 1910-1911/. Moja „wtórna” znajomość myśli Brzozowskiego, przyćmiła możliwość odczucia nowatorstwa jego poglądów. Np. Swedenborga i Blake’a poznałem uprzednio z Miłosza „Ziemi ULRO”, a poglądami, trochę wyimaginowanego wroga, tj Irzykowskiego zachwycałem się w wieku lat 16 tj 53 lata temu, gdy odkryłem w bibliotece mego Ojca - „PAŁUBĘ”. Ukuty od tytułu „PAŁUBIZM” zapamiętałem jednakże jako oręż walki z Leonem CHWISTKIEM, a nie z BRZOZOWSKIM. A może się mylę? A może Brzozowski, uważający się za „pępek świata” zbyt pochopnie traktował kazde słowo wypowiedziane przez Irzykowskiego za atak na siebie? /Ku pamięci: Karol IRZYKOWSKI /1873-1944/ ranny w Powstaniu Warszawskim, umarł w szpitalu w Żyrardowie. Pogrzeb mial miejsce 4.11.1944 r., w jego imieniny/. Dzięki „Pamiętnikowi” zainteresowałem się Newmanem, Sorelem i Carlylem i za to dziękuję.

Jeszcze przypomniała mnie się cenna uwaga Sławomira Sierakowskiego /ur. 1979, red.nacz. „Krytyki Politycznej”, wydawca m.in. pism Brzozowskiego/: „nieuchronną częścią losu INTELIGENTA jest obustronne niezrozumienie, a nawet odrzucenie przez społeczeństwo..... Mamy w Polsce dwie zinstytucjonalizowane w sferze publicznej tożsamości: NARODOWO-KATOLICKĄ i SCEPTYCZNO-LIBERALNĄ. Miłosz, podobnie jak Brzozowski, obie odrzucał wprost”.

To teraz Andrzej STASIUK. Pierwszą wzmiankę o nim znajduję w swoich notatkach pod datą 11.08.2007 r.: „W Tyg. Powsz. bardzo ładny list pożegnalny Andrzeja STASIUKA i Moniki SZNAJDERMAN po samobójczej śmierci Mirosława NAHACZA /1984-2007/, Łemka, autora książek pt „Osiem cztery”, „Bombel”, „Bocian i Lola”. Przy okazji: proza Stasiuka bardzo mnie się podoba”. Zgodnie z moją metodologią pisania, wyjasniam, że ŁEMKOWIE to naród zamieszkujący pierwotnie Beskid Wschodni, czytaj Bieszczady, UNICESTWIONY skutecznie przez Polaków w ramach akcji „WISŁA”, którego resztki przesiedlono na „Ziemie Zachodnie”; przedstawicielem tej grupy etnicznej był malarz „prymitywista” NIKIFOR.

STASIUK /ur.1960/, wraz z żoną Moniką Sznajderman /Wyd.Czarne/, mieszka w Bieszczadach, w WOŁOWCU, pod Gorlicami. Stąd też znajomość z Nahaczem, jak i miejscową historią. STASIUK pisze: „Dziś Wołowiec ma 15 domów, połowa z nich właśnie co powstała..... Kiedyś było domów 137: do akcji „Wisła”... do tego szaleństwa... Zaraz obok są pegeery... Wznosili obory z materiału z rozbieranych cerkwi...”. Żeby zdążyć zapoznać mego czytelnika z poglądami autora, nim zostanie przez kato-Polaków spalony na stosie, szybko przedstawiam największy „problem” ludu polskiego w ujęciu STASIUKA:

„Pod koniec wojny UDRĘCZONY POLSKI LUD, w chałupach krytych słomą, z dzieciakami po siedem, osiem w każdej chałupie, z jednym prosięciem.... miał kim GARDZIĆ; bo byli RUSCY. Wyklęty człowiek miał kogoś gorszego od siebie. Gdy zaczynają się opowieści o NIEMCACH, to zupełnie coś innego. Jacy przystojni, jakie mundury mieli piękne, cholewy wybłyszczone.... I CO ZROBISZ Z TĄ POTOCZNĄ POLSKĄ ŚWIADOMOŚCIĄ?..... jest to problem POLSKIEJ TOŻSAMOŚCI, ta NIEUKOJONA TĘSKNOTA ZA ZACHODEM, NIEODWZAJEMNIONA MIŁOŚĆ”.

STASIUK słusznie zauważa, że do Polski: .....”z Zachodu przyjeżdża ludzi bardzo mało, nie czują jakoś potrzeby oddychania naszym powietrzem...”. My zaś jeżdzimy, by zaczerpnąć tamtego powietrza, by się nim zachłysnąć, a potem wrócić i żyć z jeszcze większymi kompleksami. Na Zachód również „wybrał się HERBERT by napisać KOSZMARNĄ, ZAKOMPLEKSIONĄ książkę...” /chodzi tu o „Barbarzyńcę w ogrodzie”/.
Karierę pisarską zaczął od „Mojej Europy. Dwa eseje o Europie Środkowej” napisanej wspólnie z Jurijem ANDRUCHOWYCZEM. Póżniej był Jeep i niezliczone podróże, po Bałkanach, Albanii, oczywiście Polsce i wreszcie Wschodzie Europy, dalej, dalej aż po Mongolię. Wyspecjalizował się w krotkich opowiadaniach, ktore łączy głęboki humanizm. Był laureatem Nagrody Fundacji im. Kościelskich /1995/, oraz „NIKE” /2005 za „Jadąc do Babadag”/. Pamiętam jego „Opowiadania galicyjskie”, zbiór „Przez Rzekę” oraz „Dziennik pisany póżniej”. I własnie w tej chwili skończyłem ponowną lekturę opowiadań „Przez Rzekę”. Świetne, wspomnieniowe, wiernie odtwarzające realia życia w PRL-u, a w tym nieustannie spożywany alkohol. Co ciekawsze, stosunkowo młody Stasiuk bije na głowę modnego /pseudo/pisarza PILCHA w oddawaniu realizmu tamtych czasów. Lecz czemu ponownie sięgnąłem po te opowiadania, które, owszem, są dobre lecz ani lepsze, ani gorsze od pisanych przez Marka Nowakowskiego czy Irka Iredyńskiego? Otóż, leżąc w ośrodku rehabilitacyjnym przeczytałem świetne jego opowiadanie w TP nr.47 pt „Bóg z radia”, które zainspirowało mnie do skreślenia paru słów o autorze. Aby było ciekawiej i pełniej udałem się do biblioteki, gdzie niestety nic poza wspomnianymi opowiadaniami „Przez rzekę” nic nie znalazłem. Toteż piszę niniejsze będąc fizycznie ograniczony i przeto przechodzę do cytatów z bulwersującego opowiadania. Autor, jadąc przez Polskę w Wielki Piątek obserwuje otwarte kościoły, a w nich pobożnych Polskich katolików, co komentuje:

„Czuwają u zwłok Żyda. Zabitego przez naród niewierny. Od wieków przychodzą o tej porze, lamentują i oskarżają. Nic nie rozumieją. Ani księża, ani stare kobiety. Zamiast oskarżać, powinni dziękować, że ktoś to zrobił za nich. Że ktoś Go zabił za nich. Inaczej sami by przecież musieli, żeby SIĘ WYKONAŁO. Dwa tysiące lat obłudy...”

STASIUK nie odpuszcza, prowokuje dalej, a może po prostu jest pewien, że „rydzykowe” po katolicki Tygodnik Powszechny nie sięgną, bo to nie ich katolicyzm:
„Ale im się udało... Żydzi zrobili za nich wszystko. Od początku do samego końca. A ci stali z rozdziawionymi gębami i nic nie mogli pojąć. Nie mogli pojąć, że ktoś ich wyręczył, bo byli zbyt tchórzliwi, zbyt obłudni, zbyt dziecinni, by zrobić sobie prawdziwego Boga. Przyszli na gotowe i potem już nigdy nie mogli tego wybaczyć”.
Wątek „swojego” Boga to przede wszystkim Dostojewski /p. esej „Dostojewski/, jak i JANION /p. esej „Niesamowita Słowiańszczyzna/. Stasiuk jest chyba pod ich wpływem:
„...muszą opłakiwać Żyda z gipsu, z plastiku, a przecież powinni jakiegoś porządnego Boga, polskiego z krwi i kości, z naszego mięsa”.

Do izolacji, do zamknięcia się kato-Polaków w oblężonej twierdzy prowadzi ks. Rydzyk:
„...szef ze swoją mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. W tej jątrzącej bajdule, w tej cykorowatonapastliwej ględzie, w tej pleciudze pomówień, w tym faryzejskim postękiwaniu, w tym posapywaniu fałszerskim nie ma nikogo żywego. Są tylko „ONI” i „MY”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg nie wcielił się w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć”.

Kończy STASIUK inwokacją, którą przybija wyrok śmierci dla siebie z ręki „rydzykowego” plemienia:
„Panie, wiem, że jesteś zajęty,,,, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić ten naród od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz grupowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które oni sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci.... Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie...... Dopiero by było wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes.”

Jeszcze dodaje osobiste życzenie dla kato-Polaków: „...żeby nie musieli.... wysyłać przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze”. Tak, lubię Stasiuka, a zakończę smutnym dowcipem też przeczytanym u niego: „Dlaczego Matka Boska taka zasmucona? - - Bo JĄ zrobili Królową tego burdelu”.

No i czas na Jorge’a Luisa BORGESA /1899-1986/, pisarza argentyńskiego. Wzmiankowałem o nim w eseju „ECO”, jako, że autor biografii Umberto ECO - SCHIFFER przyjąl za motto następującą myśl Borgesa z „Biblioteki Babel”:

„WSZECHŚWIAT /który inni nazywają BIBLIOTEKĄ/ składa się z nieokreślonej i być może nieskończonej, liczby sześciobocznych galerii. Jak wszyscy ludzie biblioteki, podróżowałem w młodości; odbywałem pielgrzymki w poszukiwaniu jakiejś książki, być może katalogu, katalogów....”

a sam Eco ślepego strażnika biblioteki w „Róży” obarczył imieniem JORGE, nawiązując tym samym do niewidomego BORGESA. Mnie to mierzi, lecz pozostaje w zgodzie z moją negatywną opinią o Umberto ECO. W swoich notatkach znajduję pod datą 4.09.2010: „dwa zbiory opowiadań Borgesa; wszystko do dupy; „przeintelektualizowane”, a poza tym wszystkie wady wytykane argentyńczykom przez Gombrowicza”. Teraz mam przed sobą zbiorek opowiadań „Księga piasku”. Niestety, zarzuty pozostają aktualne. Szkoda, że wydawca, bądż tłumaczka - skądinąd urocza staruszka poznana przypadkowo przeze mnie - Zofia Chądzyńska /por. wspomnienie o kanapie pod hasłem „CORTAZAR”/ nie opatrzyli opowiadań przypisami, może wtedy tekst byłby bardziej zrozumiały dla przeciętnego czytelnika takiego jak ja. Ta zmora „przeintelektualizowania” obniża wartość twórczości Borgesa, Cortazara, Saula Bellowa czy Umberto Eco. Uciążliwa jest też u omawianego powyżej Brzozowskiego, a karykaturalną formę przyjmuje w recenzjach filmowych niejakiej pani Piotrowskiej /w „TP”/, nafaszerowanych nazwiskami i skojarzeniami, po przeczytaniu których potencjalny widz pozostaje sam z hamletowskim pytaniem „iść czy nie iść do kina”. Wydawca informuje na obwolucie „Księgi piasku”, że autora: „erudycyjne gry i twory wyobrażni; fikcje metafizyczne..... wydarzenia fabularne /autor/ opatruje odautorską refleksją”. I nim przejdę do przykładów tych „refleksji”, przypomnę główny zarzut stawiany przez Gombrowicza pisarzom argentyńskim: to pisanie „pod Paryż”; chęć zdobycia uznania „przez Paryż”, ktora prowadzi do sztuczności, sztywności i naszpikowania tekstu erudycyjnymi popisami, przy jednoczesnej zatracie naturalności. Przejdżmy teraz do tekstu.

W pierwszym opowiadaniu pt „Tamten” autor słucha kreolskiej ballady „La Tapery” Eliasa Regulesa /?/ i wspomina Alvara Meliana Lafinur /?/. Następnie wymienia książki jakie miał w swojej szafie pięćdziesiąt lat temu: słownik łaciński Quicherata /?/, „Germanię” Tacyta /55-120/, „Tablas de sangre” Rivery Indarte /?/, „Sartor Resartus” Carlyle’a /1795-1881/ biografię Amiela /1821-81/ oraz książkę o obyczajach seksualnych ludów bałkańskich /?/. Następnie porównuje dyktatora Perona /1895-1974/ z Rosasem /1793-1877/. Teraz czas na Dostojewskiego /1821-81/, którego wymienia „Biesy” i „Sobowtóra” /?/. Tego ostatniego zaś porównuje z bohaterami Conrada /1857-1924/. Oświadcza, iż inspiracją dla jego „Czerwonych hymnów” był „Błękitny wiersz” Rubena Daria /1867-1916/ i „Szara piosenka” Verlaina /1844-96/. Przytacza myśl „pewnego Greka” /?/: „Człowiek wczorajszy nie jest człowiekiem dzisiejszym”, a następnie każe nam podziwiać „przesławne zdanie”: „L’hydre-univers tordant son corps ecaille d’astres”, prawdopodobnie wypowiedziane przez Hugo /1802-85/. Zrozumienie tego „przesławnego zdania” pozostawiam moim czytelnikom, bo ja francuskiego nie znam. Borges nie pomija Whitmana /1819-92/, który ponoć wspomina „noc nad morzem, kiedy to był naprawdę szczęśliwy”, a następnie przytacza fantazję Coleridge’a /1772-1834/: „Ktoś śni, że wędruje przez raj, na dowód czego dostaje kwiat. Po obudzeniu trzyma ten kwiat w dłoni”. I to wszystko na dziesięciu stronach kieszonkowego formatu.

Następne opowiadanie pt „Ulrica” sprawia nam trudności począwszy od tytułu, który etymologicznie nawiązuje do wymyślonej przez Blake’a /1757-1827/ „Ziemi ULRO” /por. esej Miłosz/. Dalej mamy motto: „Hann tekr sverthit Gram ok leggr i methal theira bert”. Krótkie i dosadne. Ucz się, mój drogi czytelniku języków, bo nauka to potęgi klucz. Powyższe motto pochodzi z „Volsunga Saga”, islandzkiej opowieści o Volsungu, wnuczku najwyższego boga - ODYNA. Przypomnijmy, że synem Volsunga był Siegfried, bohater Nibelungów, do których genialną muzykę stworzył Wagner /1813-83/. No to teraz możemy przystąpić do pięciostronicowego tekstu. Na stronie pierwszej dowiadujemy się o „obrazoburcach Cromwella”. Ni cholery nie rozumiem o co chodzi; za to rozumiem stronę drugą, na której autor odwołuje się do wersetu znanego nam już Blake’a „o dziewczynach z łagodnego srebra i szalonego złota”. Na stronie trzeciej wspomina Schopenhauera /1788-1860/: „Powiedziała, że lubi samotne spacery. Przypomniał mi się żart Schopenhauera i odpowiedziałem: -Ja także. Możemy więc wyjść razem”. Cha, cha, cha! Niby filozof, a taki zgrywus. Strona czwarta zapowiada wędrowkę śladem De Quinceya /1785-1859/, „który szukał swej Anny zagubionej w londyńskim tłoku”. Nic nie wiedziałem, że ten krytyk szukał jakiejś Anii, lecz się dowiedziałem. Na piątej i szczęśliwie ostatniej stronie kochankowie postanawiają zwracać się do siebie per Brunhildo i Zygfrydzie, to nawiązanie do motta, po czym idą kopulować do hotelu, w którym „ściany wyklejone są tapetą a la William Morris”. Morris /1834-96/, poet, painter and designer.


Drogi Czytelniku, więcej nie będę Ciebie mordował Borgesem, lecz pomyśl o moim oddaniu głębokim literackim analizom w trakcie których doznaję piekielnych katuszy szczególnie dlatego, że pozostając uczniem Tischnera, Kołakowskiego, Bocheńskiego, Janion etc przywykłem do kunsztu języka moich mistrzów potrafiących o najtrudniejszych problemach mówić jasno, przejrzyście i zrozumiale, bez szafowania mnogością pojęć czy nazwisk. Amen.