Wednesday, 19 September 2018

David WEISS - „Nagi przyszedłem”


David  Weiss  (1909 – 2002)  -  amerykański  pisarz,  którego  najpopularniejszą  jest  ta  powieść  biograficzna  o  Rodinie.  Jest  również  autorem  powieści  o  takich  znanych  postaciach  jak  Mozart,  Tycjan,  Rembrandt,  jak  i  Isadora  Duncan  czy  Marlon  Brando.  O  tej  książce  Wikipedia:
“…….’ Naked Came I’   portrays Rodin as driven to be an artist because his temperament would allow him to be nothing else. It shows him as a friend with other   Parisian  artists such as Edgar  Degas,  Auguste  Renoir,  Edouard  Manet,  and  those  of  the  Second  French  Empire  associated  with  the  Salon  des  Refuses:  they were generally outside the Paris art establishment, and had been refused admission to the  Ecole  des  Beaux  Arts. The title is derived, according to the  frontispiece,  from  Cervantes’  ‘Don  Quixote’ . (Cervantes, in turn, had taken it from the  Book  of  Job, 1:21.)…”
Auguste  Rodin (1840 – 1917)  -   francuski rzeźbiarz. W swoich  pracach  łączył  elementy   symbolizmu  i  impresjonizmu.  Był  prekursorem  nowoczesnego  rzeźbiarstwa.  Najsłynniejsze  jego  dzieła  to ‘Myśliciel’  z  1902  (w  Muzeum  Rodina  w  Paryżu),  ‘Brama  piekieł’,  nad  którym  pracował  37  lat.  (Cztery  kopie  znajdują się w muzeach w Paryżu, w Zurychu, Tokio i Filadelfii)  oraz  ‘Mieszczanie  z  Calais’
Zaczynam  od  zdania,  które   brzmi  jak  motto  tej  biografii (s.78):
„… jeśli  masz  być  artystą,  to  nie  przez  entuzjazm  młodzieńczy,  nie  dlatego,  że  to  ci  się  wydaje  podniecające,  że  to  twoja  pierwsza  miłość,  ale  dlatego,  że  musisz.  Nie  zostaje  się  artystą  dlatego,   że  to  łatwe,  tylko  dlatego,  że  nie  ma  się  innej  drogi..”
Niesamowita  książka  wykraczająca  poza  biografię.  To  szczegółowe  przedstawienie  najciekawszej  epoki  w  życiu  artystycznym  Paryża,  wachlarza   sławnych  postaci   i  ich  wad.  No  właśnie,  np.  czołowa  gwiazda  Wiktor  Hugo  i  słowa  Mallarme  nasuwające  skojarzenie (s,385):
„….Jest  z  Hugo  od  pięćdziesięciu  lat,  nie  bacząc  na  to,  jak    traktuje,  a  traktował    bardzo  źle…    …Ale  ona  zawsze  go  uwielbiała,  ochraniała,  walczyła  o  niego  od  pierwszego  dnia,  w  którym  się  spotkali…    ..Stała  się  niewolnicą..   ..dbała  o  wszystkie  jego  potrzeby..  ..zawsze  chwaliła,  zawsze  dodawała  otuchy,  zawsze  była  mu  oddana…”
Bo  Rodinowi  poświęciła  się  bezgranicznie  zakochana  Rose  Beuret (1844 - 1917),  towarzysząc  mu  przez  53  lata,  która  znosiła  pomiatanie  nią,  właśnie  tak  jak  Juliette  Drouet (1806 – 1983)  -   przez  Victora  Hugo (1802 – 1885)   o  trzy  lata  krócej.
Akurat  teraz,  w  połowie  książki, Rodin  zaczyna  swoją  „zdradę”  z  Camille  Claudel (1864 -1943)…     Burzliwy  romans  z  młodą  rzeźbiarką  będzie  trwał   co  najmniej  8  lat…
Nie   ma  sensu  dalsze  odkrywanie  kart  książki,  bo   wierzę,  że  zachęcę  Państwa  do  lektury  samodzielnej,  ja  natomiast,  głęboko   nią  wstrząśnięty,  pragnę  ponad  wszystko  podkreślić  upór  w  dążeniu  do  nigdy  nieosiągniętego  celu,  nieosiągniętego,  bo  wymagania  wobec  jego  perfekcji   oddalają  się  w  miarę   samodoskonalenia  się.      
Co  za  imponująca  wytrwałość!!    Pierwszy  przebłysk  sukcesu  dopiero  w  wieku  40  lat  i  paradoksalnie,  właśnie  wtedy  początek  rzeźbienia  „Bramy  piekieł”,   której  oddał  resztę  życia (37 lat),  wiedząc,  że  nigdy  jej  nie  skończy,  bo  zapożyczając  ze  znanej  komedii:  „nobody  is  perfect”. (może  być  „nothing”).  Nie  mam  najmniejszej  wątpliwości,  że  10/10
PS  W  1917  roku  Rose   odbyła  ostatnią  podróż,  by   tam,  parę  miesięcy,  czekać  na   Augusta  

Sunday, 16 September 2018

Joy FIELDING - „Patrz, jak Jane ucieka”


Joe  Fielding  (ur.1945),   z  „mojego”  Toronto   wykazuje  wyjątkową  hucpę,  skoro  w  Wikipedii  czytam:
„…Discussing her novels with the  Toronto  Star  in 2008, she said "I might not write fiction in the literary sense. But I write very well. My characters are good. My dialog is good. And my stories are really involving. I'm writing exactly the kind of books I like to write. And they're the kind of books I like to read. They're popular commercial fiction. That's what they are."  …..”
Pisze  świetnie,  jej  bohaterowie  -  świetni,  dialogi  też  świetne,   a  jej  książki  zadawalają    i  jako  autora,  i  jako  czytelnika.  A  ta  zgraja  od  Nobla,  Bookera  i  innych  nie  wiadomo  czemu  nagrody  nie  dają.
Miałem  z  jej  wytworem  raz  do  czynienia,  mianowicie  z  „Laleczką”  z  2005  roku,  doznałem  obrzydzenia  i  postawiłem  PAŁĘ. 
Teraz  musiałem  się  ustosunkować  do  tej  z  1991 roku,  bo  moja  żona,  sama  niezachwycona  lekturą,  była  ciekawa  mojego  zdania. 
No  to  wynudziłem  się  potwornie  pierwszymi  50  stronami,  resztę  przekartkowałem  i  wygłosiłem  uwagi:
Temat  amnezji   został  w  literaturze  wyeksploatowany,  a   jak  ktoś   to  lubi, to  niech  lepiej  popłacze  przy  „naszym”  „Znachorze”.   Również  temat  molestowania  własnej  córki  został  definitywnie  załatwiony  ponad  200  lat  temu  wyrafinowaną  opowieścią   de  Sade  „Eugenie  de  Franval”  w  której  zboczony   tatuś   przez  kilkanaście  lat  kształtował  osobowość  córki  na  idealną  kochankę.
Nie  zamierzam  walczyć  z  całym  światem,  więc  widząc  wynik  na  LC 7,46 (526 ocen i  67 opinii),   mówię  tylko  „YOUR  CHOICE”,  a  sam  wracam  do  pozycji   wartościowych,  wymownie  pozostawiając    to-to    bez  oceny.
 

Saturday, 15 September 2018

Artur RUBINSTEIN - „Moje młode lata”


Wstyd  się  przyznać,  lecz   mimo  42  lat  od  wydania  tej  autobiografii,  nie  czytałem  jej.  Z  drugiej  strony  mam  szczęście  kontemplować    teraz,  w  okresie  spokojnej  starości.
Bo  Rubinstein (1887 -1982)  to  nie  tylko  wielki,  światowy  artysta,  którego  widziałem  w  Warszawie,  w  trakcie  Konkursu  Chopinowskiego  w  1960  roku,   lecz   przede  wszystkim  wielki  Polak,  który  symbolicznie  zademonstrował  swój  patriotyzm   w  San  Francisco  w  1945 roku.  Wikipedia:
„..W  1945  roku  podczas  uroczystości  podpisania  Karty  Narodów  Zjednoczonych,  wobec  braku  polskiej  flagi,  wyraził  oburzenie  i  ostentacyjnie  zagrał  Mazurka  Dąbrowskiego.  Występ  poprzedził  słowami:
‘W  tej  Sali,  w  której  zebrały  się  wielkie  narody,  aby   uczynić  ten  świat  lepszym,  nie  widzę  flagi  Polski,  za  którą  toczono    okrutną  wojnę’
I  dodał:
‘A  więc  teraz  zagram  polski  hymn  narodowy’....”
Artur  Rubinstein   zrobił   z  autobiografii  dzieło  literackie,  a  że  napisał  je  po  angielsku,  wypada  wspomnieć  o  tłumaczu  Tadeuszu  Szafarze (1920-1995).  Niestety,  znalazłem  jedynie,  że  ten  dziennikarz,  pisarz  i  tłumacz  zmarł  na  emigracji,  w  USA  w  1995 roku.  (Na  LC  6 książek, 1 opinia,  brak  danych  o  autorze) 
Rubinstein  był  Żydem,  tym  bardziej   warto  zacytować  wyznanie  jego  -  wielkiego  polskiego  patrioty  (s.21):
„..Kocham  mój  kraj  rodzinny,  ale  jest  to  miłość,  która  nie  ma  nic  wspólnego  z  nacjonalizmem  czy  szowinizmem.  Z  mojej  opowie ści  wyniknie,  jak  małą  część  życia  spędziłem  w  kraju.  Ale  wszystko,  co  polskie,  ma  dla  mnie  nieodparty  urok  i  często  przyprawia  mnie  o  nostalgię.  Źródłem  tego  uroku  może  być  coś,  co  nazwałbym  autentycznością.  Pory  roku  na  przykład    tu  autentyczne;  nie  ma  mowy  o  pomyłce,    tym,  c zym  powinna  być  symfonia  -  czterema  częściami,  idealnie  z  sobą  zharmonizowanymi...     ..Ja  osobiście  ponad  wszystko  przedkładam  polską  jesień  i  jej  miękkie,  melancholijne  zmierzchy,  kiedy  kraj  przybrany  we  wszystkie  odcienie  złota  i  brązu  staje  się  naturalną  scenerią  najpiękniejszych  nokturnów  Chopina...” 
Polski  patriotyzm  bije  z  każdej  strony,  mimo  pierwszego  długiego  wyjazdu  już  w  wieku  12  lat.  Gdy,  po  pięciu  latach  spędzonych  głównie  w  Berlinie,  w  wieku  17  lat,  Rubinstein  nostalgicznie  wraca  do  Polski,  prypomina  mnie  się    uwaga  Józefa  Czapskiego,  że  „.. patriotą można być nie mieszkając w ojczystym kraju. ..”
Nie  mogę  sobie  odmówić  podzielenia  się  spostrzeżeniem,  że   siedemnastoletni   Artur,  poza  sukcesami  muzycznymi,  włada  sześcioma  językami  i   zdążył  już  poznać  najwybitniejsze  dzieła  filozoficzne,  nie  wspominając   licznych  kobiet.  Wcześnie  zaczniesz,  dalej  zajdziesz -  wbrew  współczesnym  Polkom-matkom    chroniącym  dzieciństwo  swoich  pociech.  No  cóż,  przypomniało  mnie  się  zdanie  C.G. Junga – „Dzieci  wychowywane    przez  to,  czym  dorosły  j e s t,  a  nie  przez  to,  o  czym  ględzi”
Oczywiście,  młody  Rubinstein   poznał    już  wielu  wielkich  ludzi,  a  teraz  w  Zakopanem   spotyka  Witkacego (1885 – 1939)  i  zaprzyjaźnia  się  z  Szymanowskim   (1882 – 1937).  Następnie  wyjazd  do  Paryża  i.....     „światowe  życie”  ( z  nieustannym  balansowaniem  na  granicy  między  elitą,  a  nędzą).  Pasjonująca  lektura,  setki  nazwisk...
Skoro  słowo  „pasjonująca”  się  rzekło.  To  muszę  wspomnieć  i  o  „pasji”  Szalapina,  która  udzieliła  się  i  Arturowi  zwanemu  Artuszą:   „kosili”  wszystko  co  popadło,  a  było  tego  całkiem  wiele...   Od  tego  czasu  Rubinstein  powadził  nadzwyczaj  bujne  życie  erotyczne,  żeniąc  się  raz,  w  wieku  45 lat  z  24-letnią  córką  Emila  Młynarskiego  (czyli  ciotką  Wojtka  Młynarskiego -  dziadkowie  byli  braćmi)
No  i  jeszcze  słowa  Rubinsteina  na  widok  Statui   Wolności  (s.204):
„........ja,  biedny  polski  Żyd  spod  okrutnego  rosyjskiego  zaboru,  czułem  wzruszenie  na  widok  tego  symbolu  wolności...”
W  związku  z  żenująco   „skromnym”  opracowaniem  hasła ‘Artur  Rubinstein’  przez  polskojęzyczną  Wikipedię,  polecam  -  anglojęzyczną,  ż  której  cytuję  opis  manfestacji  w  1945 roku,  wspominanej  wyżej:
„....Throughout his life, Rubinstein was deeply attached to  Poland. At the inauguration of the   United  Nations  in 1945, Rubinstein showed his Polish patriotism at a concert for the delegates. He began the concert by stating his deep disappointment that the conference did not have a delegation from Poland. Rubinstein later described becoming overwhelmed by a blind fury and angrily pointing out to the public the absence of the Polish flag. He stopped playing the piano, told the audience to stand up, including the Soviets, and played the   Polish  national  anthem  loudly and slowly, repeating the final part in a great thunderous forte. When he had finished, the public gave him a great ovation…”
O  tym  incydencie  pisze  również  Jan  Kulma  w „Dykteryjkach  przedśmiertnych”,  które  gorąco  polecam.
Autobiografię  “..młodych  lat”  kończy  autor  na  1917  roku,  jako,  że   zwyczajowo  “trzydziecha”  to  koniec  młodości,  a  mnie  pozostaje   żal,  że  moja  czterodobowa  przygoda  się  skończyła..    Głęboko  wzruszony  stawiam  10/10.   Tekst  kończy  wyznanie  Mistrza  (s.557-8):
„....J e s t e m    s z c z ę ś c i a r z e m,  ale  mam  w  tej  sprawie  pewną  małą  teorię.  Z  moich  własnych  doświadczeń  i  obserwacji  wynika,  że  Opatrzność,  Przyroda,  Bóg  -  czy  jak  inaczej  nazwalibyśmy  Siłę  Twórczą  -  darzy  szczęściem  te  istoty  ludzkie,  które  życie  akceptują  i  kochają,  nie  stawiając  mu  żadnych  warunków.  A  ja  z  pewnością  jestem  jednym  z  nich,  i  to  całym  sercem.  W  rezultacie  przekonałem  się  -  dzięki  wydarzeniom,  które  można  by  określić  jedynie  mianem  cudów  -  że  ilekroć  moje  ja  podświadomie  bardzo  czegoś  pragnie,  życie  tak  czy  inaczej  pragnienie  to  spełni.”

Thursday, 13 September 2018

Jan KULMA - "Dykteryjki przedśmiertne" (rewitalizowane)



Czytając  „Moje  młode  lata”  Rubinsteina,   zajrzałem  do  tej  recenzji   ze  względu  na  znamienny  incydent  z  1945 roku  i  przy  okazji  zauważyłem   przerażający  brak  zainteresowania    REWELACYJNĄ  pozycją  na  LC   8,7 (10 ocen  i  3  opinie),  jak  i   małą  ilość   plusów  danych  mojej  recenzji  cztery  lata  temu,  gdy  to  dopiero  startowałem  i  miałem  mało  znajomych.  Ze  względu  na  to,  że  to  pozycja  WYBITNA,   postanowiłem    moją  recenzję  rewitalizować, by  o  tej  książce  prypomnieć.  Poniższa  recenzja  jest  bez  poprawejk,  w  formie  sprzed  4  lat
Książka  przedstawiająca  OBIEKTYWNIE,  RZETELNIE,  UCZCIWIE  współczesną  historię  Polski  i  dlatego     polecam  jako  ODTRUTKĘ   zainfekowanym   RUSOFOBIĄ,  POLSKĄ  MEGALOMANIĄ  i  KSENOFOBIĄ 
Dżadża  /ang. „jaja”/  zaczynają  się  już  we  wstępie:  interwencja  policji  u  autora-staruszka /rok 2006/ /str.8/
„Było  doniesienie,  że  pan  Jasio (!)  chce  popełnić  samobójstwo”.  Zaraz,  zaraz – Joanna  wybucha  - co  wy  do  tego  macie ?.   A  on:  „Wszyscy  jesteśmy  katolikami,  a  samobójstwo  to  grzech  śmiertelny”.  A  więc  to  tak:  mamy  już  w  Polsce  policję  religijną,  działającą  zgodnie  z  Magisterium  Kościoła  Katolickiego.  Dziwne,  co ?”
Wielość   dykteryjek  powala  i    wskutek  tego  nie  mam  koncepcji   jak  pisać  opinię,  by  nie  pogubić  „perełek”.  Zacznę  od  cytatów,  a  potem  pomyślimy  o  formie.  Zaczynam  smutno: / str.15/
„..Dziś  nikt  się  nie  wstydzi,  że  tylu  rodaków  jest  bez  pracy  i  że  kiepsko  im  się  żyje.  Żyjemy  w  obcym,  bezwstydnym  kraju....”.
Rozdzialik 2 „Bić  Żyda”,  traktujący  o  antysemityzmie  w  przedwojennym  harcerstwie  kształtowanym  przes  NSZ,  jak  i  w  samym  NSZ-ecie  kończy  trafna  uwaga; /str.17/
„Lewica,  gdy  dorywa  się  do  nadmiernej  władzy,  staje  się  grożna  i  nawet  zbrodnicza.  Jednak  prawica  nie  tylko  jest  tak  samo  grożna  i  równie  zbrodnicza,  ale  zaledwie  dorwie  się  do  władzy  to  juz  marzy,  aby  gnać  przez  Błonia  na  krakowski  Kazimierz  i  bić,  bić   bić  Żyda !”.
Po  ponurym  początku  czas  na  pogodę,  a  ona  nadchodzi  z  pięknym  wspomnieniem  o  Zofii  Morawskiej,  o  księdzu  Marylskim,  w  ogóle  o  Laskach  w  rozdziale  4 pt „Laski”. 
Wielką  wartość  „Dykteryjek...”  stanowią  obiektywne  stwierdzenia,  bez  ulegania  obecnej  propagandzie,  nazywanej  „political  corectness”.  I  tak  mamy  stwierdzenie  o  Stalingradzie: /str.24/
„ ..’STALINGRAD’  stał  się  NADZIEJĄ  całego  świata.  Taka  była  prawda,  choć  dziś  -  po  latach -  NIE  WYPADA  wspominać  o  tym  mieście,  bo  przecież  ten  ohydny  Stalin...”. /podk.moje/
Bardzo  istotne  jest   przypomnienie  reakcji  świata  na  zbrodnię  katyńską: /str.25/
„Gdy  13 kwietnia  1943  Niemcy  pokazują  na  cały  świat  groby  polskich  oficerów,  zamordowanych  w  1940  przez  Sowietów  -  cały  antyhitlerowski  swiat  twardo  mówi:  „Nie  z  nami  te  numery,  panie  Brunner !”.  Świat  powtarza  za  Rządem  Radzieckim:  to  Niemcy  popełnili  ten  mord,  a  teraz  chcą  ohydnym  oszczerstwem  przerzucić  swoją  zbrodnię  na  Rosję.  Nawet  jeśli  ktoś  wiedział,  kto  mordował  Polaków  w  Katyniu,  to  i  tak  by  tego  nie  powiedział.  SOWIECI  od  1941  BYLI  ALIANTAMI...” /podk.moje/
W  tym  rozdziale  również  o  manifestacyjnym  zachowaniu  Rubinsteina,  gdy  dla  Polski  ZABRAKŁO  MIEJSCA  w  ONZ: /str.26/
„..25 czerwca  1945  w  San  Francisco  powołano  do  życia  Organizację  Narodow  Zjednoczonych  i  wtedy  50  państw  podpisało  Kartę  Narodów  Zjednoczonych.  Ale  na  tej  uroczystości  nie  było  flagi  polskiej...  ..Sytuację  uratował  Artur  Rubinstein. Poprosili  go,  aby  otworzył    uroczystość,  a  on  stanął  przy  fortepianie  i  powiedział:  „Zagram  hymn  mojego  narodu,  który  pierwszy  chwycił  za  broń  przeciwko  złu,  a  którego  flagi  nie  ma  tu  na  Sali”.  I  zagrał  „Jeszcze  Polska  nie  zginęła”.  I  to  jak  zagrał !”.
Nie  rozumiem  użytego  tu  sformułowania  „uratował”,  bo  niby  co  miał  uratować ?  Chyba  raczej  zaprotestował,  czy  też  zademonstrował  swoje  oburzenie.  Nim  powstała  ONZ,  mieliśmy  jednak  Powstanie  Warszawskie  dyskutowane  „ad  usranem  mortem”.  Posłuchajmy  trzeżwego  głosu  Kulmy,  który  uczestniczył  w  nim: /str.33/
„Więc  to  wszystko  nie  miało  sensu ?  Chyba  nie  miało....     ..załóżmy,  że  Powstanie  wygraliśmy,  że  Niemcy  uciekali  z  Warszawy,    się  za  nimi  kurzyło.  No  i  co?  Za  kilka  miesięcy,  albo  i  wczesniej,  weszliby  Rosjanie  i  zrobili  to  samo,  co  zrobili  w  Wilnie.  Czyli  wcieliliby  Polaków  do  Armii  Kościuszkowskiej,  a  niepokornych  wysłali  na  białe  niedżwiedzie,  najbardziej  zaś  opornych – rozstrzelali.  Nie  ma  sensu  doszukiwać  się  sensu  w  Powstaniu.  Musiało  być  jako  coś  koniecznego...”
Nigdy  nie  mogłem  zrozumieć  irracjonalnego  strachu  przed  „ruskimi”,  wskutek  którego  uciekałem  jako  jednoroczny  bobas  z  warszawskiej  Saskiej  Kępy  do  odległych  ok.100  km,  położonych  w  lasach -  Bobrowiec  koło  Mszczonowa.  O  tym  strachu  pisze  Kulma  w  11 Rozdziale: /str.37/
„to  całkiem  niepojęte,  ale  bardziej  baliśmy  się  Rosjan,  niż  Niemców,  których  poznaliśmy  przecież  z  najgorszej  strony.  Bo  jednak  Niemcy  to  NASZA  EUROPA,  nasz  świat.  Prawda,  że  mordowali,  ale  oni  nie  kradli,  nie  gwałcili.  Tak  to  czuliśmy  i  z  lękiem  czekaliśmy  na  tych  ZE  WSCHODU,  NA    DZICZ....”  /podk.moje/
Z  „ruskimi”  przyszli  Polacy /str.38/;
„...którzy  przeżyli  KATORGĘ  na  wschodzie  i  teraz  wracali  do  ojczyzny.  Ale  tak  już  zostało  na  zawsze, że  CI,  CO  PRZYSZLI  jako  armia  ZE  WSCHODU,  TO  GORSI  POLACY.  PRAWDZIWI  POLACY  WALCZYLI  POD  MONTE  CASSINO!  GŁUPI  JESTEŚMY  W  NASZYCH  ZAPIEKŁYCH  UPRZEDZENIACH.” /podk.moje/
I   AK-owiec  Kulma,  przedstawiciel  polskiej  inteligencji,  pochodzący  z  „dobrej”  rodziny, kończy  rozdział  słowami,  które  wyjąl  z  moich  ust: /str.39/
„... kto  dzisiaj  mówi,  że  w  roku  1945  wpadliśmy  z  deszczu  pod  rynnę  i  że  Polska  z  okupacji  niemieckiej  dostała  się  pod  jeszcze  gorszą  okupację  sowiecką -  to  mówi  NIEPRAWDĘ.  NIE  WYPADA  TAK  MÓWIĆ”  /podk.moje/
90-letniego  autora  stać  na  rozbrajajacą  szczerość  i  bezkompromisowość.  Widzimy  to  w  porównaniu  Krakowa  i  Warszawy,  które  kończy  stwierdzeniem : /str.45/
„Krakowianie  nie  przeżyli  koszmaru  wojny.  Żyli  sobie  jak  w  raju.  A  generał  Koniew  ominął  Kraków  i  całe  miasto  nie  straciło  ani  jednego  domu.  Kraków  nie  brał  udziału  w  wojnie.  A  po  wojnie,  w  ramach  nadrobienia  tej  wygodnej  kolaboracji,  okazywał  swoją  bojowość /nieco  spóżnioną/,  dzielnie  manifestując  antyradzieckość  i  antyreżimowość.  Taki  był  krakowski  patriotyzm.  A  Warszawa ?  Cały  jej  wojowniczy  patriotyzm  wyczerpał  się  w  czasie  wojny  i  Powstania.  Teraz  CHCIAŁA  ODBUDOWAĆ  STOLICĘ  I  KRAJ....”  /podk.moje/
Dolewa  oliwy  do  ognia,  kpiąc:
„Ale   dziś  należy  chwalić  patriotyzm  krakowski.  Krakowianie  potrafili  robić  takie  piękne  protesty !    I    POGROMY”.  /podk.moje/
W  1945  Kulma  podejmuje  studia,  i  już  mamy  „perełkę:  porównanie  „i”  z  rachunku  zespolonego /czyli  pierwiastek  kwadratowy  z  minus  jeden/  z  Akwinaty  „est  qui  est,  et  quid  est  nescimus”  /jest  który  jest,  a  czym  jest  nie  wiemy/. Przyjemnie  jest  poczytać  erudytę.
W  rozdziale 18  autor  opisuje  przebieg  rozmowy  w  1949  z  Andrzejewskim i  podaje   konkluzję  jaką  z  niej  wyciągnął: /str.54/
„Zrozumiałem,  że  JAŁOWA  wrogość  antyradziecka  to  strata  życia  i  zostawienie  Polski  na  pohybel.  I  choć  wszyscy  -  łącznie  z  Kremlem  panującym  nad  całym  obozem  -    przeciwko  nam,  to  my  musimy  robić  swoje.  I  to  robić  skutecznie!  I  żeby  tym  razem  Polak  był  mądry  przed  szkodą”. /podk.moje/
Autor  lubi  czasem   komuś  łatkę   przypiąć,  a  ja  to   z  lubością  wychwytuję;  i  tak  mam,  na  str.70,  mówiąc  o  kpt. Żytyńskim,  kierowniku  literackim  DWP,  dodaje:
„...wuj  satyryka  -  pożal  się  Boże! -   niejakiego  Marcina  Wolskiego..”.                cha! cha!
Prztyczka  też  daje  IPN-owi  wykazując  jego  niewydolność  w  porównaniu  ze  służbami  z 1953 r /str.72/;
„..współczuję  panom  pracującym  w  Instytucie  Pamięci  Narodowej.  Bo  ich  pamięć  kończy  się  na  teczkach  usbeckich,  esbeckich  i  na  Informacji  Wojskowej.  Oni  muszą  ślęczeć  w  pocie  czoła  nad  faktami,  które  dla  mojej  informacji  wojskowej  były  w  zasięgu  telefonu.  A  oni  dzisiaj  nie  mogą  nawet  marzyć  o  tym,  co  moja  informacja  wojskowa  mogła  wyśledzić.  IPN  nigdy  nie  dotrze  do  tych  prawdziwych  agentów  radzieckiej  ambasady,  i  tajnych  współpracowników  KGB i  GURU,..  i  tajnych  agentów  sekretarza  KC  PZPR.  No  i  przede  wszystkim  nikt  dzisiaj  nie  dojdzie  do  tych  najważniejszych  tajnych  wtyczek – osobistych  wtyczek  Bermana”.
Przykrą  prawdę  nam  serwuje  porównując  sukcesy  nasze  w  PRL-u  z  obecnymi” /str.73/
„Po  wojnie  nie  sprzyjały  nam  warunki.  Sprzedano  nas  pod  kuratelę   Moskwy  i świat  cały  to  zaklepał.  Ale  właśnie  w  tych  kiepskich  czasach  był  istny  wysyp  talentów  sportowych.  Ba,  zrodziło  się  nam  pokolenie  ludzi  utalentowanych.  Teatr    pękał  od  wielkich  aktorów,  reżyserów, scenografów.  W  filmie  stworzyliśmy  Polską  Szkołę  Kina.  W  plakacie  byliśmy  w  czołówce  świata....  ..Żal  tylko,  ze  tak  było  wtedy,  a  skończyło  się,  kiedy  Polska  stała  się  wreszcie  wolna.  SMUTNE,  ŻE  TERAZ  TEJ  WOLNEJ  POLSCE  JAKOŚ  ZABRAKŁO  WIELKICH  TALENTÓW. Choć  płaci  się  za  to  krocie  pieniędzy.  Widocznie  nie  wszystko  można  kupić...”.
Po  1956,  trochę  lżej; Kulma  przypomina  dowcip  z  tego  okresu /str.79/:  Bar  mleczny. 
„Kto  prosił ruskie?”   „-Nikt  nie  prosił,  same  przyśli”.
I  w  tym  rozdziale /27-ym/  pamięta  o  IPN-ie:  „...Instytut  PAMIĘCI  Narodowej  usiłuje  zniszczyć  całą  PAMIĘĆ  o  naszym  kraju”. /podk.moje/.
Lata  60-te  Kulmowie  robią  „karierę”,  co  Joanna  komentuje  dwuwierszem:  „Bo  człowiek  życie  dać  gotów/  za  uznanie  w  oczach  idiotów”.
I  tak  dotarliśmy  do  części  epickiej,  którą  czyta  się  z  równą  przyjemnością  i  na  luzie”,  a  ja  zmęczony  wyławianiem  „perełek”  z  dokumentowania  dalszych  połowów  zrezygnowałem.
PS   Poza  opublikowaną  recenzją  dopisałem  następujące  uwagi:
W  rozdziale  44 pt  Człowiekiem  ona  była”,  poświęconym  „stalinówce”,  symbolowi  zła,  Wandzie  Wasilewskiej,  szczegółowo  podaje,  jak  bardzo  ona  pomagała  Polakom  w  repatriacji,  mimo  upływu,  w  wielu  przypadkach,  150  lat  od  czasu  zsyłki  ich  rodzin.
W  rozdziale  61  pt  Prawdziwi  Polacy”,  sam  tytuł  definiuje  o  czym  mowa.  Zaczyna  się    oskarżaniem  przez  emigracyjnych,  angielskich  prawdziwych  polaków” /ja  zawsze  piszę  małymi  literami,  bo  to  nie  narodowość,  lecz  charakter/   elit  intelektualnych  w  Kraju  o  „kolaborację  z  reżimem”,  a  kończy  retorycznym  pytaniem: /str.156/
„....uciekliśmy  od  Prawdziwych  Polaków  z  Birmingham.  A  dokąd  mamy  dziś  uciekać  od  Prawdziwych  Polaków,  od  których  teraz  zaroiło  się  w  kraju ?”
W  rozdziale  64  pt „O  roku  ów”/1968/  cudowne  koligacje.  Kulmowie  podpadli  Kilańskiemu /mężowi  Szaflarskiej,  a  wtedy  z  kolei  Gałczyńskiej/.  Pomoc  znajdują  u  Lechickiej:/str.162/
Bo  Ania  Lechicka,  wzruszona  naszą  historią,  opowiedziała  wszystko  mężowi,  czyli  Kuśniewiczowi,  a  Kuśniewicz  urzęduje  w  redakcji  „Literatury  na  świecie”  i  ma  biurko  koło  Putramenta,  który  telefonuje  do  Kraśki,  sekretarza KC....”                             
A  ten  jest  wszechwładny.
Bardzo  otrzeżwiający   dla  uprawiających  kult  Kolbego  winien  być  fragment  z  rozdziału  66,  gdzie  Kulma  wspomina    tego  antysemitę  i  faszystę: /str.164/
„Mnie  odżyły  wspomnienia  z  lat  trzydziestych,   kiedy  kolega  przyniósł  do  szkoły  „Rycerzyka  Niepokalanej”,  a  całe  gimnazjum  zbiegło  się,  aby  zobaczyć  tego  głupca,  co  czyta  PRAWICOWO-OENEROWSKA  PRASĘ  MAKSYMILIANA KOLBEGO...” /podk.moje/
Nie  mogę  pominąć   też  słynnego  pytania  Gierka  kończącego  ten  rozdział /str.165/
”Towarzysze  pomożecie ?”.  A  wielotysięczny  tłum  odpowiedział  „Pomożemy”.  Dziś,  po   latach,  kpi  się  z  tego,  wyśmiewa,  ale  wtedy  była  to  ZAPOWIEDŻ  nowej  polszczyzny,  NOWEGO  UKŁADU  WŁADZY  ZE  SPOŁECZEŃSTWEM....” /podk.moje/
W  końcówce  rozdziału 72  pt  „Wielki  Guru”  tzn  Adam  SCHAFF,   czytamy  o  tytułach  tego  Wielkiego  Człowieka:  doktor  h.c. uniwersytetu  w  Paryżu,  Wiedniu,  Madrycie,  Szef  Europejskiego  Ośrodka  Nauk  Społecznych  w  Wiedniu. 
Na  dalszych  stronach  dominuje  część  opisowa,  tak,  że  ja  odnotowuję  dopiero  b.  ciekawy  rozdzial  111  o  Opus  Dei /b.krytyczny/,  jak  również  112  pt  „Jak  Polak  z  Polakiem”   o  stosunkach  na  Litwie,  kończący  się  słowami: /str.265/
Dziwnie  Polakowi  rozmawiać  z  Polakami  na  Litwie.  Dla  większości  z  nich  Litwini  to  mordercy  w  czasach  Drugiej  Wojny   Światowej,  a  teraz  okupanci  naszych  prapolskich  ziem. I  trudno  tłumaczyć,  że  Wilno  przez  wieki  było  stolicą  Wielkiego  Księstwa  Litewskiego,  a  dopiero  w  roku  1920  Żeligowski  zrobił  prawdziwy  zajazd,  czyli  NAPAŚĆ  i  włączył  Wilno  do  Polski....  ..Teraz  Litwini  żyją  z  Polakami  jak  pies  z  kotem.   Obie  strony  stosują  wobec  siebie  chwalebną  zasadę:  wet  za  wet,  oko  za  oko, ząb  za  ząb....      ..i  tylko  smutek  człowieka  ogarnia,  że  w  tej  diabelskiej  sprawie  żywy  udział  bierze  Kościół,  bo  na  tym  Pan  Bóg  żle  wychodzi..”
Kulmę  /i  mnie/  najbardziej  obchodzi  Polska  i  dlatego  też  zakończę  refleksją  ze  str.313:
„Taki  rozlam  w  kraju  to  przykra  rzecz.  A  tym  bardziej  głupia,  że  dzieje  się  w  momencie,  kiedy  wreszcie  uwolniliśmy  się  od  półwiecznej  zależności  od  bloku  radzieckiego  i  kiedy  sami  o  sobie  możemy  decydować.  Niby  jesteśmy  sami,  ale  już  nie  sami,  bo  jedni  sami  przeciwko  drugim  samym...”