Tuesday, 11 December 2018

Władysław STRÓŻEWSKI - „Ontologia”


To  nie  tylko  unikatowy  podręcznik  akademicki,  to  samouczek   dla   ignorantów  w  filozofii,  takich  jak  ja.  Wprawdzie   nad  biurkiem  mego  ojca  wisiał  Sokrates,  to  jednak  ja  -  z  wykształcenia  mgr. inż.  chemii (PW - 1968),   pierwsze  poważniejsze  kroki  w  tej  materii  stawiałem  ślęcząc  Tischnera,  obłożony   słownikami  i  encyklopediami,  bo  wielu  pojęć  nie  rozumiałem.  Równocześnie  wycinałem  z  „Tygodnika  Powszechnego”  felietony  Kołakowskiego,  wydane  później   w  trzech  seriach  pt  „O  co  nas  pytają  wielcy  filozofowie”.  Mimo  coraz  poważniejszych  lektur  odczuwałem  brak  „bazy”  tj.   usystematyzowanych   wiadomości   z  zakresu  ontologii  czy  jak  kto  woli  metafizyki.   I  dlatego,  przeczytawszy  w  TP z 18.09.2009 roku,  recenzję  Barbary  Skargi   tego  dzieła 
….natychmiast    książkę  sprowadziłem  i  zacząłem  studiować.  Nim  przejdę  do  moich  wrażeń  cytuję  fragment  wspomnianej  recenzji:
Nie widzę w Polsce nikogo, kto by mógł takie niesamowite kompendium ontologicznej wiedzy sporządzić. Władek umiejętnie swoją niebywałą erudycję wykorzystał. A przy tym jego podręcznik żyje, pobudza myśl, nasuwa pytania….      Jego “Ontologia" to niezwykle bogate dzieło, które na pewno będzie służyło wielu pokoleniom….”
Z  kolei  Marek  Mikos  pisał  w  recenzji  dostępnej  na: http://wyborcza.pl/1,75517,2029656.html
„…..Książka jest fascynująca, bo łączy fenomenologiczną dociekliwość i nieufność z żarliwością - jest osobistym spotkaniem z Mistrzem. Najbardziej fascynujący był dla mnie rozdział zatytułowany: "Systematyzacja rzeczywistości w ujęciu wybranych filozofów". Wśród tych wybranych, jak apostołowie, dwunastu, są oczywiście ulubieni przez Stróżewskiego klasycy myśli: Platon, Arystoteles, Plotyn, jest św. Tomasz z Akwinu, Kartezjusz, Kant i Hegel, jest Hartmann i Popper, ale też Leon Chwistek i Roman Ingarden. Ostatnie zdanie książki przypomina to, co dla Stróżewskiego najważniejsze: "Na nasze wyjściowe pytanie: »Dlaczego istnieje raczej byt niż nic? «, odpowiadamy: »Albowiem istnieje Byt koniecznie istniejący, który jest Dobrem «". To już nie tylko sucha formuła. To wyznanie wiary mędrca. ..”
Natomiast  Grzegorz  Pacewicz  pisze  na: 
„….Tok wywodu w podręczniku kształtują następujące problemy. Najpierw przedstawiona jest problematyka bytu od strony logicznej i historycznej. Dalej omówiony jest kluczowy dla ontologii problem, czym jest istnienie. Następnie mamy kolejno problematykę istoty, nicości i niebytu, koncepcję transcendentaliów oraz problematykę przedmiotu jako takiego. Na koniec pojawia się krótki przegląd najważniejszych systemów metafizycznych od Platona po Poppera…    …..Sam podręcznik jest bardzo dobry, także pod względem edytorskim – przejrzysty druk, obok tekstu drobne hasła streszczające główne treści podręcznika, różne ramki, dodatki, noty, schematy, które ułatwiają zrozumienie opisywanych problemów. To wszystko czyni z tego podręcznika pewien wzorzec warty naśladowania. Dla mnie  jest to po prostu bardzo dobra książka, której wiele zawdzięczam…”
Cóż  ja – skromny  inżynier -  mógłbym  dodać?   A  mogę:  po  pierwsze  brak  erraty  (np.  na  s.242  „Dinge  an  sich”  zamiast  „Ding..),  a  po  drugie  i  to  przede  wszystkim  brak  indeksu  nazwisk,  co  bardzo  utrudnia   powracanie  do  stron  już  przeczytanych;  a  przecież  to  jest  podręcznik,  więc   tekst  wielokrotnie  się  wertuje.
Opracowanie  bardzo  przydatne  dla  poszukiwaczy  wiedzy  i  nie  śmiałbym  postawić  innej  noty  niż   10/10  (przecież  autor  to  uczeń  i  kontynuator  Ingardena)

Neal STEPHENSON - „Epoka diamentu”

Czytałem  jedną  książkę  tego  autora  o  Newtonie  i  Leibnizu,  ciekawą,  dałem  7/10.  Szerokie  omówienie  tej  książki   zamieszczono  w  Wikipedii,  skąd  kopiuję  jedno  zdanie:
„…The Diamond Age: Or, A Young Lady's Illustrated Primer is a science fiction novel by American writer Neal Stephenson. It is to some extent a bildungsroman or coming-of-age story, focused on a young girl named Nell, set in a future world in which nanotechnology affects all aspects of life. The novel deals with themes of education, social class, ethnicity, and the nature of artificial intelligence……”
Na  LC  7,42 (353 ocen i 36 opinii),  lecz  średnia  z  opinii  jest  znacznie  gorsza  tj.  6,5.  Nieraz  podkreślałem,  że  nie  jestem  bezkrytycznym  fanem  science –fiction  bądź  fantasy,  a  faworyzuję  przede  wszystkim  Lema,  Bradbury’ego  i  Philip K. Dicka.   Inne  czytam  dla  orientacji.
To  „dzieło”  należy  do  „niestrawnych”.  Wszelkie  wady  wymieniają  liczne  negatywne  recenzje,  a  ja  podnoszę   dwie:  nuda  i  przeładowanie.   Zgrabnie  to  ujął  „rudyy”  na  LC:
„…Po pierwsze cała książka obraca się wokół małej dziewczynki i jej super inteligentnej nanotechnologicznej książki, która ją uczy i wychowuje. Duża część fabuły to właśnie opowieści z tej książki, w której dziewczynka jest przedstawiana jako księżniczka, które są bardzo pouczające i wartościowe dla kogoś w wieku 5-10 lat, szczególnie jeżeli pochodzi z patologicznego środowiska, ale ja się przy nich po prostu strasznie nudziłem.

Po drugie autor w pewnym momencie zaczyna gubić ciągłość opowieści, pojawiają się dziwne przeskoki w czasie, wątki, które wydawałoby się, że są ważne nagle gdzieś znikają, pojawiają się nowe i po skończeniu lektury muszę znowu przyznać, że nie za bardzo wiem o co tak naprawdę chodziło w tej książce.

Szkoda, bo początek książki był nawet obiecujący, było trochę humoru, który bardzo u Stephensona cenię, były nawet ciekawe postacie, ale wszystko zostało szybko zepchnięte na boczny tor przez księżniczkę Nell i jej lekcyjonarz.

Trudno, ja wyciągnąłem wnioski i na pewno będę ostrożniejszy przy sięganiu po kolejną powieść Stephensona.”

Jeszcze  fragment  ciekawej  recenzji  dostępnej  na: 
„….Powieść Stephensona to ciężka i wymagająca skupienia książka, która nie nada się do czytania dla relaksu. Gęsto zapisane strony, specyficzne słownictwo, teologia, filozofia, zasady konfucjanizmu, na których opiera się powieść, kultura, sztuka, sporo nauki. To wszystko przedstawione przez autora bardzo dobrze, ale jednocześnie wymagające sporego skupienia, bo nie jest to literatura łatwa. Faktem jest, że pojawiają się tutaj baśniowe obrazy w całkiem pokaźnej ilości oraz odpowiednia dawka specyficznego humoru, ale mimo wszystko to nie jest literatura stricte rozrywkowa, tylko mocno wytężająca mózg. Osobiście bardzo lubię twarde science fiction, oszałamiające wizje oraz nietuzinkowe pomysły, których Stephenson ma pełno, ale tutaj niestety coś mi nie zagrało i czytanie książki mi ciążyło….”
To  po  co  się  męczyć??  Poddałem  się  po  jednej  trzeciej,  lecz  aby  zbytnio  nie  wpływać  na  średnią,  daję  5/10
 

Olga TOKARCZUK - „Gra na wielu bębenkach”


Z  Wikipedii:
„…wydany  w  2001  roku…      ..Zbiór dziewiętnastu opowiadań..   .. nominowany został do Nagrody Literackiej Nike  i   wybrany przez czytelników najlepszą książką….”
Na  LC  6.8 (1076 ocen  i  57 opinii).
TO  NIE  JEST  ZBIÓR,  WYBÓR  CZY  KALEJDOSKOP;  TO  JEST  GROCH  Z  KAPUSTĄ.  Tokarczuk  jest  jeszcze  młoda (56)  i  płodna,  więc  stać    i  wydawcę  na  wybór  bardziej  przemyślany
 Mimo  skrajnie   negatywnej  mojej  oceny  twórczości   Tokarczuk  postanowiłem   jeszcze  raz  z  nią  się  zmierzyć,  bez  uprzedzeń,  lecz  dalej  z  podziwem  dla  oficjalnej  krytyki,   permanentnie    wychwalającej,  jak  i    świadomością,  że   wbrew   takiemu   jej  promowaniu,  wyniki  na  LC  ma  niezbyt  imponujące  (Bieguni 6,93 -  Booker!!!!;  Dom  dzienny,  dom  nocny 7,05;  E.E. 6,48;  Księgi  Jakubowe  7,75;  Podróż  ludzi  Księgi 6,47;  Prawiek  i  inne  czasy 7,5;  Prowadź  swój  pług…  6,91)  
Muszę  jednak  podkreślić,  że  stosowane  przeze  mnie  kryteria     adekwatne  do  jej  sławy  tzn.  że  w  przypadku  innego  autora    moje  oceny  poszczególnych  opowiadań  mogłyby  być  wyższe.  Aby  lepiej   zrozumieć  autorkę  przeczytałem   wiele  recenzji,  oczywiście  wychwalających  te  opowiadania  i  wybrałem   z  jednej  fragment   ułatwiający    mnie  zrozumienie  konstrukcji.  Pod  godłem  „tutajsiepopisuje”  recenzent  pisze  na  LC:
Zbiór opowiadań Olgi Tokarczuk pt: "Gra na wielu bębenkach" składa się z 3 części. Pierwsza z nich dotyczy opowiadań nawiązujących stricte do samej literatury, płynnej granicy pomiędzy fikcją a życiem pisarza. Kolejna traktuje o sile wyobraźni, dzięki której życie staje się pełniejsze i wreszcie ostatnia, moja ulubiona część - portret polskiej prowincji. Zaskakująco proste historie ludzi, wytwarzanie przez nich własnej rzeczywistości (co pozwala na przetrwanie w niezrozumiałym i trudnym dla nich świecie), ich pragnienia, zmagania opisane w niezwykle barwny sposób….” 
Gwoli  solidności  polecam  też  krótką  pozytywna  recenzję  na:  https://www.granice.pl/recenzja/gra-na-wielu-bebenkach/321
No  to  jedziemy:
„Otwórz  oczy,  już  nie  żyjesz”   -  chyba  dla  mnie  za  trudne.  Dwie  rzeczywistości:  powieściowa  i  realna  z  czytelniczką  przemieszczającą   się  i……. ??  Fantasy??   Nie  kupuję -  PAŁA
„Szkocki  miesiąc”  -    „…Pani — niech się nazywa Scotsman — rozesłała wici przez swoich przyjaciół w Londynie, że przyjmie u siebie pisarkę. Że w zamian za milkliwe pisarskie towarzystwo (pisarze to mruki) zapewni warunki do twórczej pracy. Niech to będzie kobieta i Polka….”.    Pani  Scotsman  miała   męża   Polaka,   pilota  RAF  i  żyje  wspomnieniami  o  nim.   Dwie  rzeczywistości  kanwą  do  filozoficznych  rozmyślań  polskiej  pisarki,  których  nie  kupuję. Ponadto  konfrontacja  własnej  wiedzy  z  poglądami  Zachodu  na  temat  Polski.   Nic  rewelacyjnego, ale  niech  będzie  5/10                    
„Podmiot”  -   Trud  mój   nagrodzony.  Absolutnie  genialna  satyra  na  większość  naszych  wielkich  pisarzy.  Nie  od  rzeczy  będzie  przypomnienie,  że  biedni  pisarze  pisali  ponoć  w  PRL  „do  szuflady”,  tylko,  że  w  wolnej  już  Polsce  szuflady  okazały  się  w  większości  przypadków  puste.   Absolutnie  10/10
„Wyspa”  -  Rozbitek  na  wyspie,  w  kryzysowych  chwilach   rozmyśla   intensywnie,   lecz  nic  z  tego  nie  pojmuję,  następnie  odkrywa  dziecko,  które  karmi  mlekiem  ze  swojej  męskiej  piersi.  Znowu  dręczy  mnie   pytanie  mojej  polonistki  z  liceum:  „co  autor  chciał  nam  przekazać?”.  Po  krótkiej  drzemce,  dalej  nie   umiem  odpowiedzieć  na  to  pytanie.   Aby  nie  dyskredytować  opowiadania  swoim    niezrozumieniem   stawiam  gwiazdek 3/10.
„Bardo. Szopka” -  coś  w  rodzaju  nudnego  reportażu  o  Bardzkiej  Szopce,  co  nie  leży  w  strefie  moich  zainteresowań,  więc  doczytałem  z  musu  do  końca  i  współczuję  pani  Kowalskiej,  że  umarła.  Primum  non  nocere..        więc 5/10 
„Najbrzydsza  Kobieta  Świata”  -  koszmarny  pomysł,  z  zaskakującym  podkreśleniem,  że  oblubieniec  jest  pijakiem  i  złodziejem,  a  lektura  przypomniała  mnie  Victora  Hugo  „Człowieka  śmiechu”  czy  „Dzwonnika  z  Notre  Dame”.  Może  być  5/10
„Wieczór  autorski”  -   świetne.  Delikatna  konfrontacja  marzeń  z  rzeczywistością.  Nic  więcej  nie  powiem  10/10.
„Zdobycie  Jerozolimy. Raten 1675” – clue  wykłada  egzaltowany  pompatyczny  von  Kynast:
„— Musimy, droga pani, robić rzeczy bezcelowe. Inaczej nasze życie byłoby płaskie i nijakie, jak życie tych tam... — Tu wskazał na widniejącą w dolinie wieś. — Potrzeba irrealna jest tym, co różni nas od zwierząt. Nie nasze myślenie, nie mądre księgi. Musimy robić rzeczy niepotrzebne, nieprzydatne, których żywot jest krótki, lecz olśniewający, rzeczy, które zadziwiają, nawet jeżeli zaraz się je zapomni. Nasze istnienie musi być pełne takich fajerwerków. Inaczej popadlibyśmy w niepokój i stali się bezpłodni…”
Tylko  jak  do  wzniosłego  celu  przekonać  lud?    Von  Kynast  znalazł  sposób!!  Świetne,  a  mnie  przypomniała  się  Simone  Weil,  gdy  do  wzniosłych  idei  chciała  przekonać  głodne,  wykończone  ciężką  praca  robotnice.   Pozostaję  przy  radykalnych  ocenach,  więc   7/10
„Che  Guevara”  -   na  bazie  opieki  nad  chorymi  ludźmi  potrzebującymi  pomocy,  autorka  snuje  egzystencjalne  przemyślenia,  które  do  mnie  nie  trafiają.   Może  w  swoim  długim  życiu  za  wielu  „oryginałów”  spotkałem.   5/10
„Skoczek” -  świetne,  lecz  skrajnie  pesymistyczne.  Para,  którą  nic  nie  łączy,  która  przez  całe  lata  nic  nie  stworzyła,  żyje,  jak  mówi  autorka,  pastiszami   wspomnień.  Tego  związku  nie  można  uratować,  bo  pustki  nie  zapełni   nawet  zastępczy  szachowy  skoczek,  przyniesiony  przez  fale.  Po  co  oni  tak  się  męczą,  skoro  poza  wspomnieniami  nic  ich  nie  łączy?  -  pytam  ja, akurat  po  40. rocznicy   zawarcia  nieustannie  ciekawego  małżeństwa.  8/10 
„Profesor  Andrews  w  Warszawie”  -  Ubu  Król.  Teatr  Absurdu.  W  Polsce  czyli  nigdzie.  Profesor  Andrews  budzi  się  w  Warszawie  13.12.1981 r.     10/10
„Ariadna  na  Naksos”  -  sympatyczne.  Kobieta  udręczona  schematyzmem dnia  powszedniego  ulega  fascynacji  śpiewem  sąsiadki,  co  staje  się  jej  psychiczną  niszą.  7/10
„Glicynia”  -   fascynacja   teściowej  zięciem.  Czysta  poezja,  lecz  nie  dla  mnie,  bo  już  taki  pruderyjny  bywam.    5/10
„Tancerka”  -  piękne  i  smutne;  o  walce  z  osamotnieniem   8/10
„Wróżenie  z  fasoli”  -  sympatyczne;  to  już  czwarte  opowiadanie   o   zmaganiu  się  z  samotnością.     7/10
„Żurek” -  prowincjonalny    realizm;  stereotypowy  obrazek,  niczym  nie  błyszczy  6/10
„Życzenie  Sabiny”  -   W  każdym  drzemie  jakaś  doza  infantylizmu,  niespełnionych   dziecięcych  marzeń.  Miłe  7/10
„Próba  generalna”  -   Tak  głupie, że  dobre   tzn.  autorka   trafnie  pokazuje  głupotę  ludzi,  tak  wielką,  że  ręce  opadają.  Bo  to  wszystko  przez  te  atomy…   A  w  obliczu  klęski,  prąd  należy  oszczędzać  i  w  tym  celu  świeczkę  zapalić.  6/10
„Gra  na  wielu  bębenkach”  -   ciekawe,  dla  mnie  trochę  niespójne,  a  z  tego  alegorycznego  walenia  w  wiele  bębenków  wynotowałem:
„….Teraz” bowiem znaczy — „już nigdy”. „Teraz” znaczy, że to, co jest, właśnie w tym samym momencie być przestaje, obsuwa się jak zmurszały stopień schodów. Jest pojęciem strasznym, porażającym, obnaża całą okrutną prawdę…”
Nie  wszystko  zrozumiałem,  lecz  pewne  7/10  daję’
Reasumując:   zadowolony  jestem,  że  ten  zbiór  przeczytałem,  a  wyróżnione  przeze  mnie  dziesięcioma  gwiazdkami  opowiadania  („Podmiot”, „Wieczór  autorski” i „Profesor  Andrews..”)  pozwalają  na  postawienie  całości  7/10  


Friday, 7 December 2018

Szczepan TWARDOCH - „Królestwo”


W  pewnym  sensie  to  dalszy  ciąg  „Króla”,   lecz  tylko  w  „pewnym”,  bo  jak  słusznie  zauważa  Bartosz  Szczyżański  w  „Oficjalnej  recenzji”  na  LC:
„…..„Królestwo” to powieść znacznie różniąca się od „Króla”. Nie ma w niej tyle krwi (mimo wybuchu wojny!), nie ma ulicznych bójek, nie ma warszawskich mafiosów, kokainy i burdeli. Całe to barwne tło zostało zastąpione przez straszne, bo bierne i beznadziejne cierpienia wojny, które odcisnęły piętno nawet na wielkim Szapirze. Drugi tom dylogii jest zdecydowanie spokojniejszy, bardziej stonowany, mniej efekciarski (nawet frazę Twardoch nieco powściąga, co nie znaczy, że brakuje tu pięknych figur – miłość jako obraza wobec wszystkich niekochanych to wyjątkowo kąśliwa i trafna idea), ale także, mam wrażenie, mocniej poruszający….”
Czytelnicy  słusznie  ocenili  „Królestwo”  na  LC  wyżej,  bo   8.01 (265 ocen i 53 opinie),  niż  „Króla”,  który   mimo,  że  „łatwiejszy”   tj  adresowany  do  szerszego  odbiorcy,  ma  7,82 (4346  i  638 opinii).   Trafnie  ujął  to  „szczypiorek5”  na  LC:
"Królestwo" lepsze od "Króla", przynajmniej dla mnie . Urzekła mnie opowieść o dalszych losach Jakuba Szapiro, opowiedzianych przez znaną nam z "Króla" Ryfkę- Żydówkę , która Żydówką wcale nie jest i Dawida- syna Jakuba, nastoletniego chłopca, który ma 10 lat gdy wybucha wojna i dla niego jego żydowskie pochodzenie nie jest najważniejsze w życiu. Nie wie jeszcze ,że o tym życiu może decydować.
Świetna literatura ,wsadzająca szpilki w naszą narodową, rozdętą dumę i poczucie wyjątkowości. Polecam”

A  ja?   Ja  na  to  czekałem,  bo  po  wspaniałej  „Morfinie”  i  „Drachu”,  Twardoch  poszedł  w  „Królu”   na  popularność,  obniżając  intelektualne  loty.  Teraz   wraca  na  wyżyny   opisując  upadek  człowieka,  a  ponadto   wykazuje  niezwykłą  odwagę,  dopiekając  wszystkim,   w  tym  polskiemu  antysemityzmowi  i  polskiej  ksenofobii.   Dlatego   nie  dziwi  mnie  asekuracyjna  postawa  większości   profesjonalnych  recenzentów,  którzy  boją  się  piać  z  zachwytu  jak  ja  i  moi  koledzy  z  LC.
A  odwaga  Twardocha  to    prowokacja,  jak  na  s.196 (e-book):
„……Dla Polaków bogaty Żyd, choćby z najlepszej rodziny, jest postacią zasadniczo podejrzaną. Źródła jego majątku zawsze wydają im się niemoralne. Co dziwne, majątek polskiego szlachcica, przez wiele pokoleń budowany na niewolniczej pracy chłopskiej, niemoralny nikomu się nie wydawał, a majątek żydowskiego handlarza czy bankiera już tak…”
 No  to  jeszcze  ‘marcin”:
Szczepan Twardoch wielkim pisarzem jest. Bez dwóch zdań. Po bardzo dobrym " Królu" trochę obawiałem się kontynuacji, bałem się że Twardoch nie da rady, okazało się że zupełnie niepotrzebnie. Szczepan Twardoch dał radę i to jeszcze jak.
" Królestwo " to bolesne, smutne i wielu momentach wstrząsające rozliczenie z polskimi mitami i przekonaniami z czasów II wojny światowej. Autor sprawiedliwie rozdziela razy, dostaje się praktycznie wszystkim, bez względu na narodowość, wiarę, wiek czy nawet przekonania polityczne.
Od pierwszych stron powieść wzbudza ogromne emocje, często bardzo skrajne, poraża swoją autentycznością,wystawia naszą wrażliwość na ciężką próbę.
" Królestwo " to przede wszystkim opowieść o upadku, o degradacji człowieka i wszelkich możliwych wartości etyczno-moralnych w tych mrocznych czasach które wtedy nastały, gdzie życie ludzkie często zależało od przypadku ,często złej, rzadziej dobrej woli drugiego człowieka. Wojna pomimo swojej okrutności w całym swych wymiarze, wyzwala niestety w ludziach instynkty o których wcześniej nawet nie mieli pojęcia, bo jest okazja, wina i tak pewnie spadnie na kogoś innego, kara praktycznie nie do wyegzekwowania.
Czytanie niniejszej powieści, pomimo że ogromnie wciąga, wbrew pozorom nie jest łatwe, naprawdę boli, nie jest to lekka lektura. Szczepan Twardoch napisał doskonałą książkę, bardzo poruszająca i odważną, smutną i przykrą w swojej wymowie, natomiast też niesamowicie szczerą i prawdziwą. Chylę czoła.”

Ja  też  „chylę  czoła”   i   dziękuję  Twardochowi    za  wspaniałą   książkę.   A  ponieważ   na  odbiór   tej  książki   wpływają  „emocję”   kończę  cytatem  z  recenzji  „Prez”:
Twardoch jest postacią nietypową na arenie naszej ulubionej wojny polsko-polskiej. Obrywa mu się równo z obu stron barykady. Przeszło to ostatnio w prawdziwą histerię. Wystarczy że Twardoch powie gdzieś, że deszcz padał - już wyją narodowcy że to antypolski deszcz, a weganie, że tym deszczem Twardoch chce po cichu zniszczyć plony warzyw. Ten sam mechanizm rozideologizowani krytycy stosują też do pisarstwa Twardocha. Czytałem już, że najnowsze powieści Twardocha są słabe, szkodliwe, niepotrzebne, żałosne, śmieszne, antypolskie, faszystowskie i jakie tam jeszcze.
Między tym szumem medialnym a jakością prozy Twardocha jest ogromna przepaść. "Królestwo" okazało się znakomite, co było tym trudniejsze, że poprzedzający je "Król" też był świetny i raczej trudno było się spodziewać utrzymania poziomu. Tymczasem jest dobrze. Jest bardzo dobrze…..”

Nie  mam  żadnych  wątpliwości   w  postawieniu  trzeciej  dziesiątki  (po  „Morfinie” i „Drachu”)  10/10.    Jeszcze  jedna  refleksja:  Twardoch (ur.1979),  mimo  młodego wieku,  doskonale  wyczuwa  problemy  narodowościowe  z  epoki  jego  dziadków;   ja -  stary (ur.1943)  go  za  to  podziwiam,  pozostaje  jednak  obawa  czy    szerokie  rzesze  jego  rówieśników   mają  wystarczającą  orientację  w  tej  materii,  by  przyswoić   bardzo  szeroki  wachlarz   ówczesnych  stosunków  międzyludzkich.