Thursday, 21 November 2013

Hans Urs von Balthasar

Hans Urs von BALTHASAR /1905 – 88/
20.03.2012

Od dawna o nim słyszałem - przede wszystkim czytając książki mego guru tj ks. Józefa TISCHNERA, który odwoływał się często m.in. do jego „Teologii dramatu”, - wiadomości zbierałem - m.in. o jego duchowym związku z mistyczką Adrienne von Speyr /1902-1967/ czy też jego biografii napisanej przez ks. Eligiusza Piotrowskiego, no i, oczywiście o wydaniu przez krakowski WAM trzech tomów „TEOLOGIKI” /”Theologik”/, składającej się z „Prawdy świata”, „Prawdy Boga” oraz „Ducha Prawdy”, stanowiącej ostatnią część 16-sto tomowej trylogii, której pierwsza to siedmiotomowa „CHWAŁA” /”Herrlichkeit”/, a druga - pięciotomowa „TEODRAMATYKA” /”Theodramatik”/, - notowałem skrzętnie anegdoty - jak ta o miganiu się von Balthasara od nominacji kardynalskiej, które miałoby doprowadzić go do zejścia /26.05.1988/, by uniemożliwić wręczenie kapelusza kardynalskiego przez JP II zaplanowane na 28 bm, - ciekawość swoją systematycznie pobudzałem, aż wreszcie, po otrzymaniu przesyłki od K.K, zawierającej dwa tomy „Pism Wybranych” /Wyd. WAM 2006/ przystąpiłem do czytania i się srodze rozczarowałem, o czym będzie poniżej.

Pozwolę sobie nadmienić, że powyższe zdanie było etiudą doskonalenia mojej stylistyki, przeto proszę o ponowne jego przeczytanie. Kto chce może jeszcze raz je przeczytać mając na uwadze, że to jedyny owoc mojej tygodniowej intensywnej pracy.

A więcej było, tylko, że się zmyło tzn, że jednym kliknięciem unicestwiłem cztery strony mego dzieła, bo przeogromne przerażenie mnie ogarnęło, że bezwiednie naśladuję mistrza słowotoku, naszego imć Balthasara, który niewiele mając do przekazania napisał 85 opasłych książek, tysiące artykułów oraz 60 „dyktatów” inspirowanych widzeniami Adrienne. A, że w założeniu moja pisanina ma służyć poszerzaniu wiedzy w sposób nader przyjemny, nadto skojarzeniowy, a czasem i anegdotyczny, to dzisiaj, tj 26 bm, usłyszawszy podczas drzemki głos „stamtąd”: „Wojciechu i Sabo ! Nie idż tą drogą”, do polecenia się zastosowałem, dotychczasowy tekst zlikwidowałem i do „lekkiego” pisania niniejszym przystępuję.

Pierwsze skojarzenie wywołuje samo nazwisko. Jest jednym z tych, które wskutek brzmienia /czego przykładem niewątpliwie pozostaje toast „Jan Sebastian Bach”/ bądż skojarzeń /np Fałat, Gomółka-Gomułka czy Ziobro-Żebro/ przyswajane są łatwo przez nasze zmysły. A do tego jeszcze VON plus tajemnicze imię URS /a URSUS to niedżwiedż/. Omawiane nazwisko kojarzy mnie się /poza Trzema Królami - Kasper, Melchior, Baltazar/ z Ucztą Baltazara. No i właśnie w ramach misji edukacyjnej /”miłej, łatwej i przyjemnej”/ zapytajmy co oznaczają słowa MANE TEKEL FARES ? Każdy je słyszał, lecz kto pamięta czemuż to, ach, czemuż są zapowiedzią klęski, nieszczęścia ? Otóż wg Biblii /Daniel,5,1-31/ Baltazar, ostatni król Babilonii, syn Nabuchodonozora, wydał bałwochwalczą ucztę podczas której używano naczyń skradzionych ze świątyni jerozolimskiej; w trakcie uczty, na oświetlonej ścianie ukazała się ręka ludzka, pisząca Mane, thekel, fares, które przełożył /z aramejskiego/ i znaczenie wytłumaczył wezwany prorok Daniel: „Policzono, zważono, rozdzielono. Policzył Bóg królestwo twoje i kres mu położył. Zważony jesteś i znaleziono za lekkim. Rozdzielono królestwo twoje i dano je Medom i Persom”. Tejże nocy zabito Baltazara, a tron przejęli Medowie. Dodajmy, iż najsłynniejszy obraz zainspirowany tym wydarzeniem namalował Tintoretto, a kompozycję w formie oratorium stworzył Haendel.

Teraz, kiedy nazwisko zapadło już nam w pamięć, to możemy omówić curriculum vitae. Urodził się 5.08.1905 r., w szwajcarskiej Lucernie, jako syn nauczycielki i architekta. Jako czterolatek rozpoczął naukę gry na fortepianie, a po pierwszych fascynacjach Schubertem i Czajkowskim przyszedł okres przedzierania się przez „gąszcz” muzyki Straussa, Mahlera, Mendelssona i Schónberga /umlaut/, by dotrzeć wreszcie do muzyki Bacha i Mozarta, których zwał „wiecznymi gwiazdami”. Gwoli ścisłości odnotujmy też trwały jego zachwyt Haydnem. Najważniejszą jednak była dla niego muzyka MOZARTA, której pozostał wierny do śmierci. Muszę tu pozwolić sobie na dygresję, iż do grona wielkich mędrców, których urzekło piękno dzieł MOZARTA należy RATZINGER, który w 1985 r. zorganizował w Bazylice św. Piotra wykonanie Mszy koronacyjnej C-dur Mozarta przez Orkiestrę Filharmoników Berlińskich pod batutą Herberta von Karajana, i który pisał:

„Muzyka Mozarta wnikała w nas gdzieś od samych korzeni i wciąż do głębi mnie porusza, bo jest tak olśniewająca, a zarazem tak głęboka. ......słychać w niej cały tragizm ludzkiego bytu”.

Co do samego von Balthasara, to dziękując za przyznanie mu Nagrody im Wolfganga Amadeusza Mozarta w roku 1987, wyznał:

„Jak drogimi nie pozostaliby dla mnie w dojrzałych latach Bach i Szubert, to Mozart był niewzruszoną Gwiazdą Polarną, wokół której krążyli dwaj pozostali /Wielka i Mała Niedżwiedzica/”

. Dodajmy jeszcze, że z miłości do muzyki Mozarta zrodziła się znajomość z Karlem BARTH-em /1886-1968/, wielkim szwajcarskim protestanckim teologiem, który jest autorem m.in. sławnego zdania:

„Nie jestem zupełnie pewien, czy aniołowie, kiedy chwalą Boga, grają akurat Bacha - jestem za to pewien, że kiedy są sami, grają Mozarta, a miły Bóg przysłuchuje się im wówczas szczególnie chętnie”.

Przypomnijmy jeszcze, że reżyserem słynnego filmu o Mozart-cie pt „Amadeus” byl Milos Forman, a główną rolę grał F. Murray Abraham /3 Oscary w 1984 r/.

Fascynacja Mozartem warta jest zauważenia, gdyż znajdujemy jej oddżwięk w licznych tekstach von Balthasara, jednakże moje odchodzenie od narzuconej sobie dyscypliny trzymania się głównego wątku, może doprowadzić do „wylewności” i przez to „obfitości” przewyższającej twórczość bohatera niniejszego eseju, a ta właśnie nadmierna elokwencja jest istotnym elementem mojej krytyki.

Wracamy więc do curriculum vitae. Studiował filologię w Wiedniu i Berlinie, a w 1928 r., w wieku 23 lat, obronił doktorat. Tytuł jego pracy doktorskiej „Historia problemu eschatologicznego w nowożytnej literaturze niemieckiej” /eschatologiczny znaczy pośmiertny/ wskazuje na zainteresowania bliskie teologii, a tytuł wersji poszerzonej „Apokalipsa niemieckiej duszy” zawiera aż dwa wyrazy o ściśle religijnych konotacjach. /Przypomnijmy, że apokalipsa to OBJAWIENIE, to wizja eschatologicznego końca świata, patrz m.in. Apokalipsa św. Jana. Podkreślone słowo jest kluczem do całej twórczości von Balthasara, lecz o tym póżniej. Oj, gaduła, gaduła z tego Wojciecha/.

Nie dziwi więc specjalnie wstąpienie jego do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w roku następnym i intensywne dalsze kształcenie pod wpływem poznanych tam Ericha Przywary /1889-1972/ i Henri de Lubaca /1896-1991/. Ci dwaj wielcy jezuiccy myśliciele zasługują na szczegółowe omówienie, lecz tu tylko sygnalizuję ich „ważność” dla teologii XX wieku. Święcenia kapłańskie otrzymał von Balthasar w 1936, a w 1940 został duszpasterzem akademickim w Bazylei, gdzie poznał o trzy lata starszą mistyczkę Adrienne von Speyr /1902-67/, z zawodu lekarkę, protestantkę, która wprawdzie przeszła na katolicyzm, lecz /na mój niewyrafinowany, chłopski rozum/ po to, by naszego Hansa „owinąć sobie wokół palca”.

Przeglądając niniejszy tekst dostrzegłem potrzebę umieszczenia w tym miejscu ostrzeżenia przed dalszym czytaniem moich „bezeceństw”, tych czytelników, którzy bezkrytycznie ufają aktualnemu dyktatowi Watykanu i nie chcą, bądż nie są w stanie zauważyć, zmienności „aury” przez kolejnych papieży roztaczanej, wskutek czego słusznośc przysłowia „łaska pańska na pstrym koniu jeżdzi” potwiedzają losy np de Lubaca, von Balthasara, Rahnera, Newmana czy też ojca Pio.

„Dziś przeklęte, jutro święte” to powtarzająca się dewiza Watykanu. Ale nie moja. I dlatego też nie zgodzimy się w ocenie „genialnego” von Balthasara.

Natomiast pewne jest, że von Balthasar uwierzył w Adrienne „widzenia” i zaczął je spisywać, co dało łącznie 60 dyktatów. Pewne jest również, że ulegając jej naleganiom założył w 1943 r. Wspólnotę Świętego Jana, której jezuici nie chcieli wziąć pod swoje skrzydła i co stało się główną przyczyną porzucenia Zakonu w 1950 r. Stworzył własne wydawnictwo - Johannnes Verlag, by w samozadowoleniu wydawać swoją i Adrienne twórczość. Podkreślmy, że nie był zaproszony na Sobór Watykański II, a nazwiska jego próżno szukać w almanachach czy Websterze. Doszedłem do wniosku, że został w dużym stopniu wypromowany przez JP II i Tischnera, a dlaczego - to spróbuję zaraz wyjaśnić, ino przedtem mała dygresja.

Nie bez powodu popularne jest przysłowie „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”, które szczególnie dotyczy prób podważania autorytetu i nieomylności Kościoła przez „prywatne objawienia” bab, często niezaspokojonych seksualnie, nawiedzanych bądż przez „oblubieńca” Jezusa bądż matkę Jego - Marię. I tak, obok omawianej Adrienne, wspomnę kłopoty z Faustyną, mateczką Kozłowską czy przeoryszą z Loudun, sparafrazowaną przez Iwaszkiewicza na „Matkę Joannę od Aniołów” z kresowego Ludynia, a sfilmowaną przez Kawalerowicza w 1961 r z Winnicką I Voitem w rolach głównych. W każdym z powyższych przypadków „nawiedzoną” wspomagał cwany klecha, który nadawał mistycznym widzeniom spójny kształt, łatwiejszy do propagowania. Historia w Loudun skończyła się spaleniem na stosie, a sprawa mateczki Kozłowskiej - ekskomuniką.

O tej ostatniej przypomnę parę faktów. Była klaryska, Feliksa Kozłowska /1862-1921/ założyła w 1893 r., w Płocku, tajny Zakon Nieustającej Adoracji Najświętszej Marii Panny, znany pózniej pod nazwą mariawitów. Zainteresowanie widzeniami mateczki Feliksy wkrótce zmieniło się w skandal, gdy zakon wybrał własnego biskupa. Ekskomunikowany zakon rozpadł się na Starokatolicki Kościól Mariawitów z siedzibą w Płocku oraz wyznający bardziej rygorystyczne reguły Katolicki Kościół Mariawitów w Felicjanowie. /Oba funkcjonują do dziś/. W setną rocznicę ekskomuniki /5.04.2006/, na sympozjum ekumenicznym, katolicki biskup Bronisław Dembowski podkreślił, że Kościół zawsze był bardzo ostrożny w przyjmowaniu objawień prywatnych, o czym świadczą choćby losy „Dzienniczka” św. Faustyny, a dr Sławomir /nomen-omen/ Gołębiowski zwrócił uwagę, że przyczyną niechęci ówczesnego duchowieństwa rzymskokatolickiego do mariawitów był fakt, iż nie pobierali oni opłat za posługi religijne. Ślub kościelny kosztował wówczas 100 rubli, a wystawny nawet 1000 rubli /dla porównania robotnik zarabiał 20-30 rubli miesięcznie/. Księża rzymskokatoliccy słusznie obawiali się więc, że wskutek konkurencji utracą zarobki; przeto aby wzniecić „gniew ludu” oskarżyli mariawitów /tj stricte jedyny kościół o zabarwieniu narodowym/ o kolaborację z caratem, co wystarczyło polskiemu motłochowi do zbrojnych akcji m.in. w Lesznie pod Warszawą, gdzie w ataku gawiedzi na kościół mariawicki zginęło 12 osób. Podkreślmy, że nawet wspomniane, darmowe posługi religijne świadczone przez mariawitów nie zachwiały ślepym posłuszeństwem „ludu” wobec Kościoła. Co do Faustyny, to zadziałał tu geniusz Wojtyły, który doprowadził do wyniesienia nawiedzanej „na ołtarze”, ucinając tym samym trwający kult nieformalny.

Nim wyjaśnię „genialność” Wojtyły przypomnę, że to również właśnie on spowodował powrót Balthasara do łask Kościoła /siedemnaście lat po śmierci Adrienne/ przyznając mu w 1984 r. Międzynarodową Nagrodę im. Pawła VI za całokształt pracy teologicznej, a w roku następnym zlecając nawet zorganizowanie sympozjum w Rzymie na temat kontrowersyjnej /delikatnie mówiąc/ Adrienne, aż po powołanie go do kolegium kardynalskiego w roku 1988.

Nie miejsce tu szeroko rozwodzić się nad talentami Karola Wojtyły, przeto wspomnimy tylko o wielce mądrym stosunku jego do KULTÓW. Po co z kultami walczyć ? Przecież lepiej wykorzystać je dla swoich potrzeb. Tradycja chrześcijaństwa w tej materii jest szeroka: od przejęcia i reinterpretacji judaizmu, poprzez adaptację platonizmu, w tym przejęcie filozofii Plotyna przez św. Augustyna, po chociażby ustanowienie CHRISTMAS, w dniu święta boga słońca MITRY. /Umyślnie napisałem CHRISTMAS, bo polska nazwa - Boże Narodzenie jest idiotyzmem i oksymoronem wołającym o pomstę do nieba, jako, że BÓG jest wieczny i POZACZASOWY, więc nie może „się rodzić” Uzupełniam dla jasności, że CHRISTMAS znaczy Święto Mesjasza, Święto Chrystusa, a nie „narodziny Boga” !!! A skoro się rozgadałem, to przypomnę rzecz gdzieindziej szczegółowo omawianą, że „CHRZEST”, wbrew przekonaniom większości kato-Polaków, nie ma absolutnie nic wspólnego z CHRZEŚCIJAŃSTWEM, które jest tożsame - tak semantycznie jak i etymologicznie - z CHRYSTIANIZMEM/.

Już cesarz Konstantyn był świadom znaczenia kultów i zwalczane dotychczas chrześcijaństwo ustanowił religią państwową /tak formalnie to było dużo póżniej, lecz dla naszego wywodu wystarcza wersja potoczna/. Aby jednak trafić do serc i móżdżków gawiedzi trzeba im podmiot kultu przybliżyć. Pierwsze próby polegające na PERSONIFIKACJI Boga nie przyniosły oczekiwanych efektów: w trzech najważniejszych religiach monoteistycznych tj judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, mimo UOSOBIENIA BOGA, pozostał ON niewyobrażalny, a przez to tak daleki, tak odległy, że OBCY.

Mało tego personifikacja wyrwała się spod kontroli i doprowadziła do oddolnej kreacji wizerunku Boga jako starca z brodą, w nocnej białej koszuli, co przypomina nam m.in. Jean Effel w swojej rysunkowej opowieści pt „Stworzenie Świata”. Przeto przerażony Kościół zmienił definicję OSOBY /o tym piszę gdzieindziej/ dla potrzeb filozoficzno-teologicznych, a z drugiej strony pozornie zaakceptował wyobrażenia wynikłe z „pobożności ludowej”, by tym ludem rządzić i manipulować. Problem lokalnych ludowych wierzeń najlepiej znają misjonarze, którzy ze swoich kompromisowych rozwiązań często i gęsto tłumaczą się w Watykanie. Dodajmy, że swoisty przykład kompromisu stanowi reprezentowany przez tybetańskiego Dalaj Lamę odłam budddyzmu - lamaizm, w którym bazę stanowią wierzenia animistyczne, doktrynę buddyzm, a uatrakcyjniające ozdoby - elementy hinduizmu.

Zreasumujmy: Bóg jest obcy, Bóg dla ludu jest tylko straszakiem, co potwierdzają liczne powiedzenia i przysłowia, które podobno są mądrością narodu. /„Kara Boska”, „ Bój się Boga” etc/. Dla prósb skierowanych do Niego potrzebny jest pośrednik. Kościół ustanowił /jako dogmat/ Chrystusa jedynym pośrednikiem, lecz lud to odrzucił. O Jezusie-Chrystusie pamiętamy tylko i wyłącznie w dwóch momentach wzbudzających litość i współczucie: gdy leży „nagusieńki” w „stajence” oraz gdy niesie „krzyż na Golgotę”.

Do modlitewnych próśb potrzebna jest nasza ORĘDOWNICZKA, symbol macierzyństwa, Matka Boska, przedstawiana najczęściej z „dzieciątkiem” na ręku tzn stricte z okresu poprzedzającego chrześcijaństwo /prawidłowo - chrystianizm/, którego powstanie wiążemy z nauczaniem, trwającym prawdopodobnie rok, prowadzonym przez dorosłego Jezusa, „po trzydziestce”. /I znów ta „niesamowita polszczyzna”; niesamowita, bo Najświętsza Niepokalana Maria Panna urodziła, z natchnienia Ducha Świętego, Jezusa, w którego został inkorporowany /wcielony/ ukochany, jedyny SYN BOŻY - LOGOS /SŁOWO BOŻE/, zgodnie z powiedzeniem „a SŁOWO CIAŁEM się stało”, a nie BOGA, przeto przymiotnik „BOSKA” jest idiotyzmem, no bo BÓG W TRÓJCY JEDYNY ISTNIAŁ ZAWSZE, więc nie mógł być „urodzony”/.

O potrzebie kultu Marii, jak i innych świętych, MĄDRY - JP II wiedział i na wołanie ciemnego ludu odpowiedział, rozbudowując kult Marii jakościowo i ilościowo oraz serwując świętego każdemu potrzebującemu. I tak, tylko w Polsce czcimy i modlimy się do /nomen-omen/ Matki Boskiej: Częstochowskiej, Ostrobramskiej, Ludżmierskiej, Kalwaryjskiej, jak również Gromnicznej /2.02/, Jagodnej /2.07/, Jasnogórskiej /26.08/, Roztwornej /25.03/, Siewnej /8.09/, Szkaplerznej /16.07/, Śnieżnej /5.08/, Zielnej /15.08/ i wielu innych. Uczestniczymy w roratach /wczesna msza poranna ku czci NMP/ i odmawiamy różaniec /sznur paciorków, na których odliczamy odmawiane modlitwy; głównie „zdrowaśki” - 150 razy !!!/. Podobnie postąpił z idolatrią NMP w Ameryce Śr. i Płd., a dla ogółu „wiernych” /w cudzysłowie, bo wiarą nie przystoi tego nazwać/ wypromował trzecią tajemnicę fatimską jako przepowiednię uratowania mu życia przez NMP w próbie zamachu przeprowadzonego przez Agcę. Dużo pychy, że Pani Fatimska akurat o Wojtyle pastuszkom mówiła. Nie szkodzi, motłoch to kupi.

Co do świętych to jeszcze w 1969 r Paweł VI skreślił dwustu świętych; stu siedemdziesięciu jako o znaczeniu lokalnym, a trzydziestu jako legendarnych tj nigdy nie istniejących. Wśród tych trzydziestu znależli się św. Mikołaj, sw. Jerzy, św. Barbara, św. Krzysztof oraz św. Katarzyna z Aleksandrii /której ukradzionym pierwowzorem była HYPATIA - p. esej pod tym tytułem/. JP II wyszedł naprzeciw woli ludu, objechał cały świat i zdobył miłość ofiarowując każdej lokalnej społeczności ŚWIĘTEGO. To zgodne z metodą popularyzowania np sportowców: zwycięstwo Kanadyjczyka nikogo nie interesuje, natomiast regionalizacja do „naszego” ze Scarborough czyni go idolem. Czyż nie jest to przesłanka o OBCOŚCI odległego Boga ? Dodajmy do tego Marię - Królową Polski i mamy postulat Dostojewskiego, że każdy naród potrzebuje własnego Boga.

Teraz już czas na próbę wyjaśnienia dlaczego JP II przywrócił do łask von Balthasara. Po pierwsze: minęło 17 lat od śmierci Adrienne, jej „widzenia” poszły w zapomnienie; po drugie: Balthasar był zaślepionym tomistą w większym stopniu niż Akwinata i Wojtyła razem do kupy wzięci; po trzecie: głosił on nie tylko apokastazę /powrót wszechrzeczy do Boga/, lecz również myśl św. Pawła wyrażoną w liście do Tymoteusza /1 Tm 2,3-4/: „Bóg, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni”, i po czwarte przewyższył w obfitości Balzaca, przeto można z jego pisaniny wybierać wedle potrzeb. I tu tkwi sedno prawdy. Papież nie może wielu rzeczy sam powiedzieć: on cytuje lub mówią jego ludzie /vide dokument przewodniczącego Kongregacji Wiary Ratzingera pt Dominus Jesus/. I tak, za nadzieję powszechnego zbawienia ostre cięgi od ultrakonserwatywnych katolików zbierał Balthasar, a za ogłoszenie „pełnego zbawienia tylko dla katolików” - Ratzinger /od progresistów/.

Pozwolę sobie na malutką dygresyjkę na temat unikania wypowiedzi we własnym imieniu. Pierwsza metoda to powoływanie się na jakiś domniemywany autorytet: „Profesor Chimney /Smith, Kundelburry/ napisał /powiedział, udowodnił etc/ że....”. Tak postąpił kochany przez Polaków Norman Davies, który w historii Polski pt „Boże Igrzysko” /czytaj: pośmiewisko/ wydrukował parędziesiąt inwektyw pod adresem Polski i Polaków w formie cytatów. /Tak też postępował początkowo Platon, przypisując swoje myśli, cieszącemu się niezachwianym autorytetem - Sokratesowi/. Druga - to posługiwanie się heideggerowskim „SIĘ”: „mówi się, że...”, „ale się narobiło..”.

Przejdę teraz do paru przykładów, od których włosy mnie dęba stanęły. Najpierw pean ku czci Tomasza z Akwinu: „który swoją teorią bytu stworzył pomost między filozofią i teologią, pozostający dziełem niedościgłym... Bez horyzontu, który został zarysowany przez niego.. nie da się w ogóle w sposób odpowiedzialny uprawiać teologii i głosić Ewangelii”. A ja do dziś jestem przekonany, że Akwinata wespół-zespół z Kartezjuszem byli twórcami „Y” tj rozdroża arystotelesowskiej autostrady /a więc przeciwienstwa pomostu – więzi/. Co do drugiego zdania, to rozumiem, że do XIII wieku głoszenie Ewangelii prowadzone było w sposób nieodpowiedzialny. /Porównaj HYMN POLSKI, z którego płynie wniosek, że Polacy, przed Napoleonem, nie potrafili zwyciężać/

Pogląd o wyższości wiary nad rozumem znajdujemy m.in. w stwierdzeniu: „...rozum oświecony wiarą potrafi rozpoznawać rzeczy świata naturalnego, których rozum pozbawiony tego światła, a poprzez grzech nawet z niego ograbiony, sam w sobie osłabiony i zaciemniony, z pewnością nie dostrzeże lub rozpozna w zniekształcony sposób”. A co z myślą tomisty JP II, że wiara i rozum to dwa „skrzydła” wzajemnie się uzupełniające ? A co z myślą ludzką w okresie przedchrześcijańskim bądż na terenach „nieskażonych” wiedzą o Chrystusie?

Augustynowską adaptację /a ściśle: plagiat/ filozofii Plotyna do potrzeb chrześcijaństwa autor kwituje pięknym zdaniem:
„Miłość, która Plotyna kieruje w stronę nieskończonego piękna „Jedni” i umożliwia mu jej poznanie, u chrześcijańskiego myśliciela Augustyna nosi nazwę miłości do Boga Trójjedynego. Tym samym erosem karmią się w nim filozofia i teologia”.

No comments.

Im dalej tym lepiej: „Filozofia nowożytna to rodzaj produktu rozpadu... teologicznych treści”; „Żadnego z wielkich idealistycznych filozofów i poetów nie można sobie nawet w najmniejszym stopniu wyobrazić bez chrześcijaństwa”; U HEGLA „sekularyzacja przyjmuje formę prawie wampiryczną: z witalnych żył chrześcijaństwa wysysa krew, aby przetoczyć ją do innych organizmów”.

„Choroba” rozwija się jak u Macierewicza: „Nietzsche, syn pastora, aby namalować swojego proroka Zaratustrę, zapożycza paletę przede wszystkim z Biblii, podobnie jak Holderlin ozdobił swojego zbawiciela Empodoklesa wszystkimi insygniami chrześcijańskiego Mesjasza”. Postuluje też naprawę filozofii: „należy... uwalniać... filozofię nowożytną od negacji i wskazywać jej właściwe miejsce w wiedzy chrześcijańskiej..”.
Balthasar przeciwstawia „historycznosć Objawienia biblijnego i niehistoryczność myśli greckiej”.

Zakończmy uwagą tłumacza Marka Urbana:
„Chrześcijaństwo jest dla von Balthasara jedynym możliwym przypieczętowaniem humanizmu. Tylko w nim bowiem dzięki podporządkowaniu się prawom Objawienia natura jako taka może się sama objawić. Poza Chrystusem każdy humanizm pozostaje niejako w swojej początkowej, niespełnionej formie. Tylko w Nim bowiem można w pełni zrozumieć, kim jest czlowiek, będący w przeciwieństwie do innych istot naturą dwoistą, czyli duchem w ciele”.

Wystarczy, cierpliwość moja się wyczerpała, lecz teraz doskonale rozumiem dlaczego tego pana nie mogłem znależć w almanachach /polskim, angielskim, amerykańskim/ ani w encyklopediach Webstera czy Funka.









Wednesday, 20 November 2013

PANENTEIZM

Marzec, kwiecień 2013
PANENTEIZM

Czytając wspomnienie ks. Hellera o abp Życińskim /druga rocznica śmierci/ dowiedziałem się, że obaj skłaniali się ku panenteizmowi, a że zawsze miałem ich obu w dużym poważaniu, to już po wstępnym skumaniu „co to jest?”, wartko stałem się panenteistą tyż /opuszczając eo ipso panteistyczną szkołę greckich stoików, Giordana Bruna jak i Barucha Spinozę/.

Panenteizm to pogląd religijno-filozoficzny wg którego WSZECHŚWIAT jest częścią BOGA, tzn., że BÓG będąc większym od WSZECHŚWIATA /a nie identycznym z nim, jak twierdzi panteizm/ zawiera go w sobie. Etymologiczna analiza jest prosta: pan- to w złożeniach wszech-; en- to w-, wewnątrz, w sobie, a teizm wywodzi się od greckiego theos - bóg. Znacznie gorzej z semantyką. Zacznijmy od wszechświata.

WSZECHŚWIAT, inaczej Uniwersum, inaczej Kosmos, inaczej Natura - to zbiór ciał niebieskich, ktore mogą oddziaływać na nas lub my możemy oddziaływać na nie w jakikolwiek sposób /grawitacyjny, elektromagnet., itp/, teraz, w przeszłości lub przyszłości.

Kiepsko! To może Webster. Proszę bardzo: universe to 1) kosmos, albo 2) Ziemia i jej mieszkańcy. A Kosmos ? To świat pojęty jako harmonijnie zbudowana całość, przeciwieństwo chaosu; /pojęcie wprowadzone przez pitagoreizm/; obecnie odpowiednik Wszechświata. Gdzie indziej to: universe lub uporządkowany system „zawierający wszystko w sobie” /self-inclusive/ i harmonijny. Została jeszcze Natura, której definicja brzmi: - obiektywna rzeczywistość; świat dostępny poznaniu zmysłowemu; Wszechświat rządzący się określonymi prawami...

I tak w koło Macieju ! No to nie mam innego wyjścia, ino sam muszę porządek zaprowadzić, wymywając z tej pojęciowej stajni Augiasza wszelkie synonimy; i tak zostawiam WSZECHŚWIAT, a Uniwersum, Kosmos i Naturę wysyłam w niepamięć.

Wg mnie WSZECHŚWIAT to świat materialny i świat duchowy, przy czym coniunctio /spójnik/ „i” nie jest tu najwłaściwsze, gdyż może sugerować ich odrębność, a tak nie jest. Światy te są często splątane bądż pozostają w stosunku przyczynowo-skutkowym. Odnośnie człowieka, a on najbardziej nas interesuje, przypomnijmy piękny wywód kochanego ks. Twardowskiego, w którym aksjomat /pewnik/ o nierozerwalności ciała i duszy podpierał etymologicznym pochodzeniem określenia „zwłoki” od zwlekania np zbędnej szaty. Wykładnię tego znajdujemy m.in. w słowach ks. Alfonsa Józefa Skowronka /TP 13/2013/:

„....jedność ciała i duszy... CIAŁO oznacza tutaj w swym kontekście - dokładnie jak w Eucharystii, kiedy przyjmujemy „Ciało Chrystusa” /właśnie Zmartwychwstałego !/ - nie biologiczny organizm /ze skórą, umięśnieniem i kośćmi/, lecz to, co św. Paweł nazywa „pneumatycznym /duchowym/ Ciałem zmartwychwstania /1 K 15, 44/, a więc ciało z gruntu przeniknięte i przemienione przez Ducha Świętego. W procesie tym „zachowane” zostaje wszystko z naszego życia, z naszej minionej cielesności i jej doznań szczęścia, miłości i radości, co dla zbawienia człowieka ma swe znaczenie u Boga”.

/proszę przeczytać ostatni cytat ponownie, zwracając uwagę na moje podkreślenia/. Jeśli ktoś dalej ani nie „wyczuwa”, ani nie „przyswaja” tego podstawowego doktrynalnego rozróżnienia, zalecam mu akapit „O ciałach po zmartwychwstaniu” z 1 K 15, 35-53, w którym św. Paweł definiuje „ciało zmysłowe”, jak i „ciało duchowe”.

WSZECHŚWIAT to zbiór wszystkich byłych, obecnych i przyszłych elementów materialnych oraz wynikających z ich wzajemnego oddziaływania / tj ich relacji/ efektów tak fizycznych, jak i psychicznych.

Elementy materialne to fauna, w tym i dinozaur, i pluskwa, i pies, i krowa, jak i neandertalczyk na równi ze współczesnym człowiekiem i postczłowiekiem, tj umownym, następnym tworem ewolucji; flora, w tym np nieistniejące dziś skrzypy, które się zwęgliły /w sensie dały węgiel czy diamenty, przechodząc uprzednio przez stadia torfu i węgla brunatnego/, istniejąca dziś roślinność, jak i ta, która pojawi się w przyszłości samoistnie, /bądż wskutek eksperymentów człowieka/; no i świat, który zwykliśmy nazywać „martwym”, obejmujący elementy potencjalnie „dotykalne”, jak i, w mniejszym czy większym stopniu, „hipotetyczne” jak gwiazdki na niebie czy też hadrony lub nietrwałe pierwiastki promieniotwórcze, których ledwie ślad jest rejestrowalny w maserze czy tam jakimś innym amplifikatorze /bądż przyspieszaczu/.

Efekty fizyczne to zjawiska i zdarzenia; to fala na morzu, tsunami, pożar czy kolizja dwóch okrętów wskutek wzajemnego przyciągania się itp - jest to pierwsza grupa; dalej mamy wielgachną róznorodność począwszy od wybicia komuś zęba, poprzez akt kopulacyjny i jego /sporadyczne, bo sporadyczne, lecz znamienne/ efekty czyli ciąże, po skutki chorób wywołanych inwazją drobnoustrojów. Nie należy zapominać też o tzw ciałach niebieskich, ktore dostały „zajoba” po Bing Bangu i jedne kręcą się jak głupie wokół innych, a że „kręciek” jest „kosmiczny”, to jakby im było mało, kręcą się wokół własnego ogona /tj własnej osi/, a inne z kolei gnają jak szalone oddalając się od siebie /wbrew prawom dotychczas nam znanej fizyki/ i trwa to biliony lat i ma się nigdy nie skończyć. A przy tym wszystkim zagrażają nam - Ziemianom generując anomalie pogodowe, jak i zasypując nas gradem nieprzewidywalnych meteorytów. Poniekąd osobną grupę stanowią wyrafinowane efekty fizyczne wywołane perfidią człowieka, jedynego stworzenia psychopatycznego, który wskutek doznanych efektów psychicznych zdolny jest działać sadystycznie i irracjonalnie tj w sprzeczności z prawem naturalnym; tzn że pewne zdarzenia by nigdy nie nastąpiły, gdyby wielce ułomny stwór jakim jest człowiek nie został obdarzony przez chrześcijańskiego Pana Boga wolną wolą. Ale o tym w następnym akapicie.

Efekty psychiczne powstają wskutek rzeczywistych bądż wyimaginowanych zdarzeń fizycznych. Aby nie komplikować rozważań pomijam efekty wtórne powstające jako sprzężenie zwrotne /ang. feedback/ na działania psychiczne drugiej strony. Przyczyny rzeczywiste są łatwe do zrozumienia, gdyż każdego z nas wielokrotnie skłaniają do radości lub smutku, pobudzają nas do aktywności, a innym razem wpędzają w apatię bądż depresję. Są to jednak stany psychiczne, wydaje mnie się, dość proste, gdyż dostępne wielu przedstawicielom fauny. Sprawa zaczyna się natomiast komplikować przy przyczynach wyimaginowanych, jak choćby przy miłości. Niedawno coś na jej temat pisałem, więc nie będę się powtarzał. Obecnie, na nasze potrzeby wystarczy przypomnienie, że powodem miłości jest specyficzna „emanacja” obiektu, powodująca, niezrozumiałą dla innych fascynację delikwenta, a niebezpiecznym jej skutkiem jest chęć zagarnięcia i okupacji jak największego obszaru tego obiektu przez zauroczonego.

Jednak najpotężniejszym i najważniejszym efektem zdarzeń tak rzeczywistych jak i/bądż wyimaginowanych jest STRACH, który wytworzył w człowieku zapotrzebowanie na BOGA, bez względu na to, co przez to pojęcie rozumiemy. Tak, pierwszym niepodzielnym STWÓRCĄ był /i często jest/ STRACH; bez niego żaden BÓG by nie zaistniał czy też inaczej: bez niego ludzie nie odczuwaliby konieczności stworzenia samodzielnego bytu - BOGA - tj sprawcy wszelkich radości i nieszczęść, jak i parasola ochronnego nad nimi. Bo przecież wizerunek Boga „intelektualnego”, nie rozwiązującego naszych powszednich problemów jest dla większości z nas nie do przyjęcia. To na inną okazję. A teraz i tak muszę przerwać, bo rozmowa z moją drogą ŻONĄ zmusiła mnie do zastanowienia się nad prawidłowością mojej definicji WSZECHŚWIATA.

Otóż, w odczuciu jej, jak i zapewne rzeszy innych ludzi, WSZECHŚWIAT to świat materialny, to świat poznawalny zmysłami. Absolutnie nie mogę się z tym zgodzić, gdyż wszelkie rozważania nad relacją między nim - WSZECHŚWIATEM, a jakkolwiek wyobrażanym sobie BOGIEM byłyby bezsensowne /bo jedno jest pewne: BÓG materią nie jest, a wogóle do ułudnej możliwości poznania Go prowadzi tylko ludzka pycha (Pascal)/. A przecież mój mistrz, nota bene specjalista marksizmu, Kołakowski pisał: „..Jeśli ktoś nie uznaje, że człowiek i cały świat pochodzą ze STWÓRCZEGO ROZUMU ..to pozostają mu tylko „przepisy drogowe” ludzkiego zachowania, które można projektować i uzasadniać z punktu widzenia ich wartości użytkowej..”

No i właśnie; skoro zdefiniowaliśmy jednego uczestnika relacji - WSZECHŚWIAT weżmy się za drugiego. Niestety, BOGA zdefiniować się nie da. Próbowali tego dokonać liczni propagatorzy przeróżnych religii, lecz nic z tego sensownego nie wyszło. Dwie koncepcje, jedyne wg mnie akceptowalne, to idea STWÓRCZEGO ROZUMU oraz plotynowska - JEDNIA. Nie będę tu przepisywał własnego eseju pt „PLOTYN” z 2011 r. /zainteresowanych tam odsyłam/, zacytuję tylko fragment: /JEDNIA ew. JEDNO - tu użyte/ „..jest WIECZNOŚCIĄ,.. jest DOBRE,.. jest WSZECHOBECNE,.. jest ŻRÓDŁEM WSZYSTKIEGO, co jest.. ...JEDNO tworzy Umysł, pierwszy twór EMANACJI... ..DUSZE wyłaniają się z UMYSŁU... ..W odróżnieniu od UMYSŁU są one częścią świata. Świat, przez UMYSŁ stworzony, jest wieczny w sensie „wiecznotrwały”, nie mający początku ani końca w czasie. Cały proces EMANACJI, wyłaniania się niższych form rzeczywistości z wyższych, nie odbywa się w czasie. Jest to jakby logiczne, nie czasowe następstwo..”. Oczywiście JEDNIA /JEDNO/ nie jest OSOBĄ w żadnym sensie, nie można przeto jej utażsamiać z BOGIEM Biblii, można natomiast porównać słowa zapisane tłustym drukiem z biblijnym „..stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz” /R. 1, 27/.

Nie sądzę, bym miał jeszcze okazję wymądrząć się na temat JEDNI, a tymczasem znalazłem przepiękne wytłumaczenie tak jej, jak i teorii emanacji w „Ontologii” Władysława Stróżewskiego. Nim je zacytuję przypomnę, że hipostaza to etymologicznie podstawa, lecz również przedmiotowość, rzeczywistość, istota /substancja/. Tutaj chyba najbliższa będzie rzeczywistość:

„JEDNO, nie dające się adekwatnie w żaden sposób określić, przekraczające nasze możliwości poznawcze, jest czymś irracjonalnym i niepoznawalnym także samo w sobie. Warunkiem poznania Jedni staje się emanacja pierwszej hipostazy: umysłu (nous), który z jednej strony zwrócony jest ku niej, odbijając niejako w zawartych w nim ideach jej niepoznawalną naturę, z drugiej strony zaś emanuje kolejne hipostazy, także wedle idei, które są dla nich wzorami. Umysł jest siedliskiem idei, które - podobnie jak u Platona - będą wzorami dla reszty rzeczywistości. Energia emanowana poprzez poszczególne hipostazy coraz bardziej się rozprasza, a przez to porządek powstawania bytów jest porządkiem malejącej doskonałości. Świat duchowy, jaki stanowi kolejna hipostaza, jest mniej doskonały od świata umysłu i idei. Składają się na niego przede wszystkim dusza świata, a w dalszym ciągu indywidualne byty duchowe, dusze ludzkie i demony, a wreszcie byty materialno-duchowe, istoty ożywione i przedmioty materialne. Granicą bytowości jest materia....” /podkr.moje/

Zobaczmy jak ta relacja - BÓG a WSZECHŚWIAT wygląda w poszczególnych poglądach filoz.-relig. W tym celu cytuję zdanie z mego eseju „Agnostycyzm” z 2010 r.: „TEIZM odróżnia się od POLITEIZMU, bo ten uznaje więcej bogów niż jednego; od PANTEIZMU, bo ten neguje Boga Osobowego; od AGNOSTYCYZMU, bo ten neguje możliwość poznania Boga, w jakimkolwiek stopniu; a od DEIZMU, mimo etymologicznej równoważności, bo ten wprawdzie uznaje Boga Osobowego, lecz neguje Boga Opatrznościowego i jego czynnej obecnosci w życiu świata”. Z tych definicji oraz odróżnienia panteizmu od panenteizmu podanego na stronie pierwszej, wynika wprost, że również w tym ostatnim nie ma miejsca dla Boga Osobowego. I to mnie odpowiada!!

A więc nasz Wszechświat jest częścią Boga. Logika dyktuje następne pytanie: a co z resztą Boga ? A no mieszczą się tam inne Wszechświaty. Jak to inne, przecież nasz obejmuje wszystko, w tym miliardy galaktyk, z miliardami gwiazd w każdej ? Wszechświatów jest mnogość, lecz ograniczoność ludzkiego umysłu nie jest ich w stanie pojąć. Jeden z nich, hipotetycznie związany z „czarnymi dziurami” postaram się przybliżyć:

Prawie sto lat temu model atomu Bohra, w którym wokół jądra, zawierającego protony i neutrony, krążą elektrony, zaczęto modyfikować, rozmnażając elementarne cząsteczki. Jedną z nich nazwano pozytonem /ang. positron/. Jest to „dziura po elektronie”, tzn gdy stabilny układ zostanie naruszony poprzez wyemitowanie na zewnątrz elektronu o ładunku „-” to opuszczony układ zostaje z ładunkiem „+” o tej samej wartości, co utracony elektron. W latach 60-tych przygotowujący się ze mną do egzaminu A.J. miał koszmarny sen. Śniło mu się, że jest elektronem odjeżdżającym z Dworca Głównego w siną dal i obserwuje w układzie żegnających go kolegów swój pozyton tj dziurę po sobie. Obudził się przerażony, bo nie znaliśmy wtedy teorii „czarnych dziur”, więc dziura kojarzyła nam się tylko z nicością, z nieistnieniem, a przecież żywimy nadzieję, że po naszym „odejściu”, coś jednak zostaje.

Obecnie wiemy, a właściwie przypuszczamy, że „czarne dziury” to nieskończenie wielkie masy, o nieskończenie wielkiej koncentracji i nieskończenie wielkiej grawitacji, pochłaniające wszystko co znajdzie się w ich zasięgu. To pochłanianie przypomniało mnie magmę z „Cyberiady” St. Lema, która jednak po „spożyciu” intelektu, obiekt wyrzucała. A teraz wyczytałem o hipotezie innego Wszechświata, w którym pozytony, przypominam - „dziury po elektronie” rozrabiają w „czarnych dziurach”. Nie miejsce tu na zgłębianie tej koncepcji, podobnie jak doniesienia o badaniach nad życiem w głębiach skorupy ziemskiej, w ktorych niedostępny proces fotosyntezy miałaby zastąpić „chemosynteza”. Jedno jest pewne: inne Wszechświaty, choć na dziś dla nas niepojęte, istnieją.

Lecz ad rem, czyli panenteizmu. Cha, cha, cha !! Moja czujność została uśpiona, a tu sprytni teolodzy odwrócili kota ogonem i na internecie podają wygodne im dyrdymały. Monika wyciągnęła dla mnie z „internetu” 25 stron pt „ Panentheism”. Jest to wyciąg z Stanford Encyclopedia of Philosophy, ktorą, jak wynika z załączonej historii, stworzył jakiś John Perry we wrześniu 1995 r. Nie mnie oceniać rangę publikacji i autorów, na które powołują się twórcy encyklopedii, jednakże wśród wymienianych „panenteistów” jedynie nazwisko Whitehead coś mnie mówi. Gorzej, że to moje „coś” sugeruje, że tak zakwalifikowany ten wielki matematyk, filozof i przyjaciel Bertranda Russella, wierci się z niezadowolenia w grobie i autorom „epitetu” może zrobić kuku. Z teorii metafizycznej kosmologii Whiteheada /wśród której zwolenników odnotujmy ks. Hellera i abp Życińskiego/ wyciągnięto wybiórczo jedno stwierdzenie, a właściwie jego fragment, i przypisano mu miano panenteizmu. Ten fragment brzmi: Bóg nie jest wszechmocny, ale jest zależny od Wszechświata. Podobnie Wszechświat jest zależny od Boga. /Funk&Wagnalls, tom 25, str.9188/. Dalej to już poszło „chrześcijańskim” tokiem, tj obróbką i zniekształcaniem dla swoich potrzeb /jak z filozofią grecką, a szczególnie „jednią” Plotyna zawłaszczoną przez św. Augustyna, jak z filozofią Arystotelesa wykoślawioną przez Tomasza z Akwinu, jak z judaizmem i „arką przymierza” zawłaszczoną przez Kościół, który sam się nazwał „nowym Israelem”, jak z datą celebracji kultu boga Słońca -Mitry przypadającą w dniu 25 grudnia, którą zawłaszczył Kościół i obwieścił dniem Bożego Narodzenia, czy też parodystycznym ustanowieniem dnia św. cieśli-Józefa w dniu proletariackiego 1 Maja - ŚWIĘTA Pracy, itd itp/. Oczywiście pierwszą część Bóg nie jest Wszechmocny, skrzętnie przerobiono na Bóg jest częścią Wszechświata, i tak jak to u „czarnych” bywa mamy clou, które wszystko mówi, ino, że nikt go nie rozumie:

Wszechświat jest częścią Boga, a Bóg jest częścią Wszechświata, a różnica między nimi polega na docześności /tymczasowości/ pierwszego wobec wiecznosci drugiego.

Nic to nie ma wspólnego z moim panenteizmem, który wyklucza Boga osobowego, w którym Bóg jest nadrzędny w stosunku do Wszechświata i który jest NIEOGRANICZONY w każdym względzie.

Pozostaje odpowiedzieć na naiwne pytanie, czy tak pomyślany BÓG może ingerować w los człowieka ? Skoro jest nieograniczony.......

BLOODLANDS

„BLOODLANDS - EUROPE BETWEEN HITLER AND STALIN”
by Timothy SNYDER
/kwiecień-maj 2012/.

Ta książka to imieninowy prezent od mojej wnuczki - Patrycji, studiującej na University of Toronto; wręczając ją mnie nadmieniła, że na Uniwersytecie polecana jest jako podręcznik. A ja, uprzedzając wnioski z przedstawionych niżej uwag, przyznaję rację wykładowcom, jako, że dzięki dokładnej lokalizacji masowych morderstw, umożliwia on /podręcznik/ na zrozumienie, nie tylko martyrologii i hekatomby Żydów, Rosjan, Ukraińców, Polaków, Białorusinów, Litwinów i in., lecz również na poznanie specyfiki stosunków geopolitycznych i społecznych w Europie Wschodniej. SNYDER, jako bazę swoich rozważań, przyjął dyskusyjną liczbę 14 mln ofiar, z ktorej wynika narodowa „kolejność” przedstawiona w poprzednim zdaniu. Dodajmy, że autor słusznie zauważa, że dla celów nacjonalistycznej propagandy, ta sama „ofiara” zaliczana jest do statystyk tworzonych przez różnych ideologów, znających „jedyną prawdę”, jak chociażby w przypadku obywateli polskich lub rosyjskich żydowskiego pochodzenia. Co więcej, wielu ludzi skazanych na zagładę w gettach nic nie wiedziało o swoich /często wątpliwych/ żydowskich korzeniach. A kto i gdzie umieściłby, szczęśliwie ocaloną, moją gosposię Romę, osadzoną w MAJDANKU, za seks z ŻYDEM, rozstrzelanym w KATYNIU? A co z nim?

Czytanie książki zaczynam od informacji umieszczonych na okładkach. W tym przypadku, oprócz reklamowych haseł: „A ‘New York Times’ bestseller” oraz „Najważniejsze dzieło historyczne ostatnich lat”, znalazłem zdanie z recenzji autorki „Gułagu”, laureatki Pulitzera w 2004 r.,, żony lubianego przeze mnie Radka Sikorskiego, Anne APPLEBAUM: „Odważna i original historia masowego zabijania w dwudziestym wieku”. Świadomie nie tłumaczę najistotniejszego słowa „original” pozostawiając wybór czytelnikowi z: swoista, autentyczna, niezwykła, osobliwa, dziwaczna, niezwykła. Przypuszczam, że recenzentka miała na myśli - „autentyczna”, ja jednak /po skończonej lekturze/ skłaniam się do znaczenia - „dziwaczna”.

Również z okładki dowiaduję się, że SNYDER zrobił doktorat w Oksfordzie, a obecnie jest profesorem historii na Uniwersytecie w Yale. W tym momencie sięgam do swoich notatek i pod datą 4.07.2011 znajduję uwagi wypisane z recenzji /wypisz, wymaluj/ „Skrwawionych Ziem” SNYDERA napisanej przez B. Sienkiewicza. Pierwsza uwaga, pod którą podpisuję się obiema rękami, to, że...

.....„nikt poza Polską nie potrafi uznać polskiej tragedii jako wydarzenia istotnego z punktu widzenia historii Europy XX wieku”.

Druga - to, że Holocaust jest bezprecedensowy jakościowo i ilościowo /a więc recenzent, podobnie jak ja, nie akceptuje „snyderowskiego” porównywania zbrodni hitlerowskich ze stalinowskimi/; a trzecia - to, że „największa co do skali zbrodnia wojenna na ziemiach polskich” /poza Holocaustem/ została dokonana na „..jeńcach sowieckich, którzy zostali zagłodzeni na śmierć /3 mln/”.

A jeszcze, pod ręką, mam aktualny „Tygodnik Powszechny”, z którego dowiaduję się, że SNYDER będzie HONOROWYM GOŚCIEM sympozjum ANAMNES organizowanego we Wrocławiu w dniach 12-16.05.2012, ktore będzie /znów/ rozstrząsać zbrodnie totalitaryzmów XX wieku. Co do ANAMNES to jest to chyba słowotwór, bo znalazłem tylko anamnesis - po grecku: przypomnienie. /Anamnes - znalazłem w jęz. szwedzkim/ Przechodzę do drugiego etapu czytania książki czyli przeglądu bibliografii.

No cóż, delikatnie mówiąc, bibliografia jest nader obfita. Liczy bowiem 40 stron /dla porównania podaję, że bibliografia superobszernej /1150 str./ biografii Wojtyły pt „Świadek nadziei” autorstwa George’a Weigel’a zajmuje 12 stron/. Oprócz pozycji naukowych, badawczych, historiograficznych i publicystycznych znajdujemy w niej beletrystykę i opowieści mitomanów- rusofobów oraz „bab z magla”. Niemożliwe do zaakceptowania jest przerażanie czytelnika superdrastycznymi scenami z okresu Wielkiego Głodu na Ukrainie przez cytowanie jednej, jedynej pozycji napisanej przez /prawdopodobnie chorego psychicznie/ niejakiego Kuśnierza, wydanej w Toruniu przez jakieś wydawnictwo „Grado”. Aby nie być gołosłownym przytaczam przykład, str.50-51 /tłumaczenie moje/:

„Dzieci miały nadęte brzuchy; były pokryte ranami, strupami; ich ciała były nabrzmiałe. Przyprowadzilismy je z zewnątrz, ułożyliśmy na prześcieradłach, a one jęczały. Pewnego dnia wśród dzieci zapadła nagle cisza, więc poszliśmy zobaczyć co się wydarzyło, a one jadły najmniejszego wśród nich, małego Petrusa. Zrywały skrawki ciała z niego i jadły je. I Petrus robił to samo, on odrywał skrawki z siebie i zjadał je, on jadł tyle ile mógł. Inne dzieci przykładały wargi do jego ran i piły jego krew...” /podkr. moje/

Inna moja uwaga dotyczy sprytnej maniery powoływania się na samego siebie, ściślej traktowania książek uprzednio napisanych przez autora jako faktograficznych. Nie będę śledził na jakiej podstawie umieścił swoje rewelacje np w „Sketches from a Secret War”, gdyż mam prawo sądzić, że gdyby istniały wiarygodne żródła, to by znalazły się w omawianej 40-stronicowej bibliografii. Niech za przykład służą niecne zamiary Polski w latach 1930-31, czyli cztery lata po zamachu majowym, których jedynym przywoływanym żródłem są wspomniane „Sketches...”. Na str. 37-38 „Bloodlands” czytamy:

„...Rok 1930 był szczytowym okresem polskiego szpiegostwa w Związku Sowieckim. Polska, w tajemnicy, tworzyła ukraińską armię na ich własnej ziemi i trenowała oddziały Ukraińców i Polaków do specjalnych misji wewnątrz Związku Sowieckiego.... Na jesieni 1931 roku, według raportu wywiadu sowieckiego, Polska i Japonia podpisały tajne porozumienie rozważające wspólny atak na Związek Sowiecki...”

To, że ja przez 69 lat o tym nie słyszałem, oczywiście nie jest żadnym argumentem, bo człowiek uczy się przez całe życie; tym bardziej chciałbym poznać nazwę żródła, z którego SNYDER czerpie te rewelacje, a tu nic, ino inna książka tego samego Snydera. Natomiast coś niecoś słyszałem o sytuacji wewnętrznej w Polsce w latach trzydziestych, jak i o jej potędze militarnej zweryfikowanej wydarzeniami 39 r., przeto z braku dowodów uważam je za nieuzasadnione mrzonki, jak również „urabianie” czytelnika.

Po przeglądzie bibliografii, odnośników jak również skorowidzu zabrałem się do studiowania treści. Z każdej lektury można czerpać korzyści, a przyznam, że ze Snydera nawet sporo; przeto, nim przystąpię do miażdżącej krytyki „BLOODLANDS” omówię jej walory, jak i ciekawostki rozszerzające moją wiedzę.

Bardzo istotne jest podkreślenie różnicy przez SNYDERA między obozami koncentracyjnymi a obozami śmierci. Pisze on:

„Granica między obozami koncentracyjnymi a miejscami masowego zabijania nie może być przeprowadzona perfekcyjnie: w obozach wykonywano egzekucje i w obozach ludzie umierali z głodu. Jednak jest istotna różnica między wyrokiem skazującym na obóz a wyrokiem śmierci, między pracą a zagazowaniem, między zniewoleniem a kulą w łeb. Olbrzymia większość śmiertelnych ofiar obu tj niemieckiego i sowieckiego reżimu nigdy nie widziała obozu koncentracyjnego. Auschwitz był równocześnie obozem koncentracyjnym i miejscem zagłady, jednakże los nie-Żydów, jak i wyselekcjonowanych Żydów zmuszanych do pracy, był nieporównywalny z losem Żydów wybranych do komór gazowych. Tak więc Auschwitz służy dwóm opowieściom, pokrewnym lecz różnym. Auschwitz-jako-obóz-pracy jest bardziej charakterystyczny dla doświadczeń wielkiej liczby ludzi, którzy przeżyli... ..podczas gdy Auschwitz-jako-miejsce-zagłady jest bardziej typowe dla losów tych rozmyślnie zabitych. Większość Żydów przybyłych do Auschwitz została wprost zagazowana; oni... ...nigdy nie spędzili czasu w obozie koncentracyjnym...”.

Gdy dodamy, że zachodni alianci...
„...wyzwolili niemieckie obozy koncentracyjne takie jak Belsen i Dachau, lecz... nie wyzwolili żadnego z ważnych miejsc zagłady, takich jak Treblinka, Sobibór, Bełżec, Chełmno czy Majdanek”

oraz, że....
„...Amerykanie i Brytyjczycy nie dotarli do „Bloodlands” i nie widzieli żadnego z ważnych usprawnień stosowanych do masowych morderstw”,

to łatwiej zrozumiemy ignorancję Zachodu w zakresie ludobójstwa.

Z powyższego wynika „przereklamowanie” Auschwitz, ktore wg SNYDERA, jak i Gołębiewskiego, wynika z prostego faktu, że wielu uwięzionych doczekało się uwolnienia przez Armię Czerwoną i może świadczyć, podczas gdy o zagładzie 1,6 mln Żydów w Treblince /800 tys/, Bełżcu /400 tys/, Sobiborze /150 tys/, Chełmnie /150 tys/ czy Majdanku /50 tys/ pozostały tylko „suche” liczby. SNYDER trafnie to ujmuje w końcowym rozdziale „Wniosek: Humanitarność” /str 381/:

„Skazanie na pobyt w obozie koncentracyjnym Belsen to jedno, a transport do fabryki śmierci Bełżec to całkiem coś innego. Pierwsze znaczyło głód i pracę, lecz także szansę przeżycia; to drugie - natychmiastową i pewną śmierć przez zaduszenie. To, ironicznie, jest przyczyną dlaczego ludzie pamietają o Belsen, a zapominają o Bełżcu..”.

Słusznie też autor podsumowywuje, że...
„...niemiecka polityka zakladająca wymordowanie wszystkich Żydów w Europie była realizowana nie w obozach koncentracyjnych, lecz nad „dołami”, w „gazowych” ciężarówkach oraz w „usprawniaczach śmierci” w Chełmnie, Bełżcu, Sobiborze, Treblince, Majdanku i Auschwitz”.

Podoba mnie się też snyderowska ocena polskiej wiktymologii:
„Mimo swoich ogromnych strat, Polska stanowi też przykład propagowania nadymanego /inflated/ cierpiętnictwa. Polacy nauczają, że sześć milionów Polaków i Żydów zostało zabitych podczas II w.św... .....4,8 mln jest bliższe prawdy... ..Polacy prawdopodobnie stracili około 1 mln nieżydowskich obywateli..”.

SNYDER pisze, że: „Poza Polską, polskie cierpiętnictwo jest niedoceniane”, lecz wyraża też zdziwienie, że Polacy dalej użalają się nad Katyniem i Powstaniem Warszawskim, a nie pamiętają o ofiarach lat trzydziestych na terenie Zwiazku Sowieckiego:

„Nawet Polscy historycy rzadko wspominają sowieckich Polaków, którzy zostali zagłodzeni w sowieckim Kazachstanie i na sowieckiej Ukrainie na początku lat 30-tych, jak też sowieckich Polaków rozstrzelanych w trakcie stalinowskiego Wielkiego Terroru w końcu lat 30-tych”.

Nie mogę tu nie zacytować Jerzego URBANA, który pisał:
„W 1937 r. w POW aresztowania, stracono 111 091. Trzy lata przed Katyniem rozstrzelano więc 5,6 razy więcej Polaków niż w Katyniu. Byli to jednak w większości chłopi, a w mniejszości robotnicy i, za przeproszeniem komuniści. Czyli hołota, nie żadna elita... W demokratycznej Polsce osławiona pamięć historyczna ma charakter klasowy”.

Co do Powstania Warszawskiego, to, zaprzyjażniony z Polakami, SNYDER jest delikatnie mówiąc powściągliwy. Używa wprawdzie określenia „zbiorowe samobójstwo”, zauważa, że: „Więcej Polaków zginęło w Powstaniu Warszawskim niż Japończyków w Hiroszimie i Nagasaki”, lecz komentarz ogranicza do następujących słów:

„Nazistowski i sowiecki reżimy bywały czasem aliantami, jak we wspólnej okupacji Polski. Bywało też, że jako wrogowie mieli zgodne cele: jak wtedy, gdy Stalin postanowił nie udzielić pomocy powstańcom w Warszawie w 1944, pozwalając przeto Niemcom wybić ludzi, ktorzy póżniej stawialiby opór komunistycznym rządom”.

Postawę Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych autor, zgodnie z prawdą, komentuje:
„Czerwona Armia wygrywała wojnę przeciw Wermachtowi na wschodnim froncie, więc Stalin był o wiele ważniejszym ALIANTEM niz jakikolwiek rząd Polski”.

Wróćmy do głównego tematu książki tj tej dyskusyjnej liczby 14 mln ofiar. Dlaczego „dyskusyjnej”, wyjaśnię póżniej, a teraz przypatrzmy się snyderowskim liczbom:
5,4 mln Żydów /głównie obywateli polskich i sowieckich/ zagazowanych lub rozstrzelanych w latach 1941-44,
4,2 mln sowieckich obywateli /głównie Rosjan, Białorusinów i Ukraińców/ zagłodzonych przez niemieckich okupantow w latach 1941-44,
3,3 mln sowieckich obywateli /głównie Ukraińców/ zagłodzonych przez ich wlasny rząd na Ukrainie w latach 1932-33,
0,7 mln cywili /głównie Białorusinów i Polaków/ rozstrzelanych przez Niemców w akcjach odwetowych głównie na Białorusi i w Warszawie, w latach 1941-44,
0,3 mln sowieckich obywateli /głównie Polaków i Ukraińców/ rozstrzelanych przez ich własny rząd, spośród 700 tys ofiar Wielkiego Terroru w latach 1937-38,
0,2 mln polskich obywateli /głównie Polaków/ rozstrzelanych przez Niemców i Sowietów w okupowanej Polsce w latach 1939-41.

Wnioski z powyższego zestawienia szokują nawet mnie: trzy pierwsze pozycje obejmujące 12,9 mln ofiar /z całkowitej ilości 14,1 mln/ nie dotyczą przysłowiowych Polaków-katolików; wśród pozostałych 1,2 mln, wybierając opcję cierpiętniczą, bośmy przecie Chrystusem narodów, da się uzbierać łącznie 700 tys ofiar narodowości polskiej, w tym 200 tys zamordowanych przez Sowietów w okresie Wielkiego Terroru, o ktorych nie bardzo pamiętamy /p. powyższy cytat z Urbana/. Z 4,2 mln mordów dokonanych przez Sowietów, aż 3,3 mln dotyczy Wielkiego Głodu na Ukrainie w latach 1932-33, 0,3 mln - Wielkiego Terroru w latach 1937-38, w tym likwidację polskiego POW i KPP, a „zaledwie” 600 tys miało miejsce w czasie długiej sześcioletniej wojny.

Liczby snyderowskich ofiar sprawdzałem w trzech encyklopediach i w „Europie” Normana Daviesa i udowodniłem sam sobie, że jestem niedouczony. Otóż, pierwsze pytanie zadałem sobie, ile osób zginęło w Oświęcimiu-Brzezince /młodsi używają nazwy Auschwitz-Birkenau/ ? Byłem przekonany, że conajmniej 4 mln, a okazało się, że 1,2 mln. Na usprawiedliwienie swoje podam, że przez prawie pięćdziesiąt lat byłem poddany indoktrynacji, która, zgodnie z szeroko opisywaną przez SNYDERA sowiecką antyniemiecką propagandą wyolbrzymiała rozmiar nazistowskich zbrodni, podając m.in trzy i pół raza zawyżoną ilość ofiar w kompleksie oświęcimskim. To kłamstwo, podobnie jak i inne zagnieżdziło się w naszych głowach, by siłą bezwładności trwać w nich aż do 1990 r. , czyli do czasu oficjalnego dementi. Jako ciekawostkę podaję, za SNYDEREM, że krzewieniem wszelkich kłamstw zajmował się w Polsce członek triumwiratu /Bierut, Minc, Berman/ - Jakub BERMAN, którego jeden z braci zginął w Treblince, a drugi Adolf przewodniczył Centralnemu Komitetowi Żydów Polskich w PRL-u.. Wszyscy trzej byli aktywnymi syjonistami. Tu, w obawie przed zapomnieniem z powodu mojej sklerozy muszę umieścić uwagę, że w książce SNYDERA wogóle nie pada nazwisko niewątpliwie najpopularniejszego Żyda w Polsce - Józefa Cyrankiewicza /vel Zimmermana/.

Wracając do usprawiedliwień mojej dyletantyzmu, muszę wyznać, że przez pierwsze 65 lat byłem bardzo zajęty urokami życia i nie miałem czasu, ani ochoty na sprawdzanie ilu „mośków” poszło z dymem. A, żem już w siedemdziesiątym roku życia, to mam czas by zadać sobie konsekwentne następne pytanie: gdzie jest ta cholerna TREBLINKA - miejsce zamordowania 800 tys Żydów, głównie z warszawskiego getta? Bo uświadomiłem sobie, że nie wiem. No i okazało się, że parę kilometrów od Warszawy, w powiecie węgrowskim, między W-wą a Białystokiem. To, że nikt mnie tam nie zawiózł przez jedenaście lat szkoły świadczy o skuteczności centralnego sterowania.

Obowiązywały bowiem trzy trasy: Oświęcim-Wieliczka-Poronin /bo Muzeum Lenina/, Nieborów-Arkadia-Żelazowa Wola /bo Chopin/ i Kazimierz /bo architektura renesansowa z elementami gotyku, jak równiez baroku/. Dyżurnym pisarzem był Żeromski /plus Newerly z „Pamiątką z Celulozy” i Nałkowska z „Granicą” i „Medalionami”, w których Niemcy robili z ludzi mydło/, poetą Mickiewicz /z pominięciem „towiańszczyzny”/, malarzem Matejko, kompozytorem Chopin, a bohaterami Kościuszko i książę Poniatowski. Ten ostatni ze względu na przypisywane mu słowa „Bóg mi powierzyl honor Polaków”.

Teraz przejdżmy do słusznych uwag SNYDERA dotyczących powstania II RP i jej granic. Zacznę od SNYDERA rekomendującego Polaków jako „a troublesome group”, jak również przypomnień, że przedwojenną Polskę Hitler określał jako „unreal creation”, a Mołotow jako „ugly offspring”. W tej materii wiarygodniejszy wydaje się Davies, który w „Bożym Igrzysku” przypisuje Stalinowi opinię o Polsce jako o „przepraszam za wyrażenie państwie”, Molotowowi - jako o „potwornym bękarcie traktatu wersalskiego”, Hitlerowi zaś - jako o „sztucznie poczętym państwie” oraz „tak zwanym państwie, pozbawionym wszelkich podstaw narodowych, historycznych, kulturowych czy moralnych”. Oczywiście Mołotow kłamał, bo traktat wersalski potwierdzał tylko zachodnią granicę Polski, a II RP nie była bękartem, bo powstała „w wyniku procesu, który biolodzy mogliby nazwać partenogenezą. Stworzyła się sama w próżni, jaka pozostała po upadku trzech mocarstw rozbiorowych” /Davies/. To samo, w zasadzie pisze SNYDER :

„Deklaracja polskiej niepodległości we wrześniu 1918 r. była tylko i wyłącznie możliwa z powodu, że wszystkie trzy rozbiorowe mocarstwa - Cesarstwa Niemieckie, Habsburgskie i Rosyjskie - zniknęły z mapy świata wskutek wojny i rewolucji.”.

Potem, jak wiemy, była „wojna polsko-ruska”, która zaczęła się na BIAŁORUSI /o czym nie wiemy i nie chcemy wiedzieć/. Po pierwszej wygranej potyczce pod Berezą Kartuską w dniu 14.02.1919 r., Piłsudski zdobył Wilno, Mińsk, a w kwietniu 1920 r. ruszył na Kijów. No i sukcesy się skończyły, a 27-letni Tuchaczewski ruszył spod Berezyny 4 lipca i znalazł się na przedpolu Warszawy już w pierwszych dniach sierpnia. Potem /jak wiemy/ był „Cud nad Wisłą”, i była Matka Boska, ks. Skorupka i Piłsudski, i było 200 tys „sowietów”, którzy chętnie poszli do niewoli /bo nie wiedzieli jak skończą/, no i był kontratak na resztki Czerwonej Armii, aż w końcu rozejm /12 pażdziernika/ i pokój podpisany w Rydze /18.03.21/. No to oddajmy głos naszemu tj „polskiemu przyjacielowi” SNYDERowi:

„W końcu, terytoria zamieszkane przez Białorusinów i Ukraińców podzielono między bolszewicką Rosję i Polskę. Polska, tym sposobem stała się wielonarodowościowym państwem, ktorego zaledwie dwie trzecie ludności łączył wspólny jezyk, a pozostała część obejmowała 5 mln Ukraińców, 3 mln Żydów, 1 mln Białorusinów i coś pomiędzy pół milionem a milionem Niemców. Polska była wg konstytucji państwem „for the Polish nation”, mimo posiadania największej populacji Żydów w Europie i drugiej co do wielkosci /po Rosji bolszewickiej/ populacji Ukraińców i Białorusinów. Dzieliła wszystkie trzy duże mniejszości narodowe - ze swoim wschodnim sąsiadem”.

Na plus SNYDERA zapiszmy, iż podaje wysoką liczebność Żydów w Warszawie i Łodzi /jedna trzecia ludności/, a na minus - brak opisu różnic wyznaniowych i konfliktów na tym tle. Co do granic wytyczonych po II w.św. zauważmy, że juz w 1939 r. ludność Litwy, Białorusi i Ukrainy będących pod polską jurysdykcją witała Czerwoną Armię jako...

„...wielkiego wyzwoliciela narodowych mniejszości spod polskiej władzy i wielkiego poplecznika chłopów przeciwko ich panom. We wschodniej Polsce ludność stanowiło około 43% Polaków, 33 % Ukraińców, po 8 % Żydów i Białorusinów oraz małe ilości Czechów, Niemców, Rosjan, Cyganów, Tatarów i in.”.

Co do „naszego” Wilna, SNYDER pisze:
„..Litwini zgłaszali pretensje względem VILNIUS i jego okolic, leżącego aktualnie w pólnocnowschodniej Polsce... ...Litwini traktowali VILNIUS jako swoją prawowitą stolicę, ponieważ to miasto było stolicą ważnego średniowiecznego i wczesnonowożytnego państwa znanego jako Wielkie Księstwo Litewskie...”.

Jeśli zwolennikom polskości Wilna ta argumentacja nie wystarcza, to wyciagamy z zanadrza superkwiatek:
„Miasto VILNIUS było północnowschodnim metropolijnym centrum Polski i krótko stolicą niezależnej oraz sowieckiej Litwy. Lecz przez wszystkie lata tych zmienności, a faktycznie i poprzez poprzednie pół-tysiąca lat VILNIUS był przede wszystkim czymś innym: centrum żydowskiej cywilizacji, znanym jako Jerozolima Północy”.

Zauważyłem przed chwilą, że to już siódma strona mojej pisaniny, przeto ograniczę się do „perełek” z książki SNYDERA, by przejść do totalnej krytyki i zakończyć na dziesiątej stronie mając na względzie granice wytrzymałości, jak i uprzejmości mojego czytelnika. Taką „perełką” są niewątpliwie trzy zdania dotyczące Polski w 1943 roku:

„W wyniku.. katastrofy lotniczej w lecie 1943, bardziej sympatyczny polski wódz i premier został zastąpiony przez mniej sympatycznego. Pomimo swoich obietnic Armia Krajowa nigdy nie zorganizowała żydowskiego oddziału z weteranów Warszawskiego Powstania w Getcie.... ......jednostki Armii Krajowej zabijały uzbrojonych Żydów.. jako bandytów. W nielicznych przypadkach żołnierze Armii Krajowej zabijali Żydów aby zagarnąć ich własność...”

Dopełnia poniekąd amerykańską opinię uwaga o nastrojach w Polsce po zakończeniu wojny:
„Żydzi, którzy próbowali powrócić do domu byli często witani z nieufnością i agresją. Możliwe, ze niektórzy Polacy obawiali się także, że Żydzi mogliby się upomnieć o swoje mienie stracone w czasie wojny, gdyż Polacy, tym czy innym sposobem, posiadali mienie skradzione Żydom /często z ich własnych domów, które zostały zrujnowane/. Toteż Żydzi byli często przesiedlani do uprzednio niemieckiego Śląska, do „odzyskanych ziem” zabranych Niemcom, gdzie takie zdarzenia nie mogłyby nawet zaistnieć. Nawet w takiej sytuacji, tu podobnie jak gdziekolwiek indziej w powojennej Polsce, Żydzi byli bici i mordowani i zastraszani do tego stopnia, że większość pozostałych przy życiu zdecydowała się Polskę opuścić... /Pierwszym etapem drogi/ ....były Niemcy, z ich opustoszałymi obozami... Ochotniczy ruch Żydów ocalałych z Holocaustu do Niemiec był... melancholijną ironią losu.... Tak, to było bardzo niebezpieczne być Żydem w powojennej Polsce”..

Straszne, bo prawdziwe, sam płakałem przy wyjeżdzie zaprzyjażnionej rodziny Steinlaufów w 1949 r., której jeszcze na Dworcu Głównym Polacy ukradli część walizek. Nie wiem ino, gdzie tu miejsce na melancholię. Muszę przypomnieć tu, że cytaty są z książki służącej jako AMERYKAŃSKI UNIWERSYTECKI PODRĘCZNIK. Aby skończyć z tymi niezbyt miłymi sprawami odnotujmy tylko wzmiankę SNYDERA o pogromach Żydów w 1941 r. :

„...miejscowi Polacy wzięli udział w około 30 pogromach w rejonie Białegostoku”.

SNYDER poruszając temat Powstania w Getcie przywołuje Czesława Miłosza:

„Niemcy przypuścili atak na GETTO 19 kwietnia 1943 r, w wigilię Passover. Wielkanoc wypadała w następną niedzielę, 25-tego. Polski poeta Czesław Miłosz rejestrował Święta Wielkanocy z innej strony murów getta, co przypomina w swoim poemacie „Campo di Fiori”, opisując ludzi jeżdżących na karuzeli na pl. Krasińskiego, tuż obok murów getta, podczas gdy Żydzi walczyli i umierali. „Myślałem wtedy” - pisał Miłosz - „o osamotnieniu w umieraniu”. Karuzela kręciła się każdego dnia w czasie Powstania. Stała się symbolem żydowskiego odosobnienia: Żydzi umierali w swoim własnym mieście, podczas gdy Polacy, poza murami getta, żyli i śmiali się. Wielu Polaków nie obchodziło co dzieje się z Żydami w getcie..”

Pozostał nam jarmark ciekawostek. Zacznijmy od żony Stalina.

„Ona wybrała dzień 8.11.1932 roku, nazajutrz po celebracji 15 rocznicy Rewolucji Pażdziernikowej, aby strzelić sobie prosto w serce. Właściwie, nigdy nie zostało wyjaśnione jakie znaczenie miało to dla Stalina, lecz wydaje się, że było szokiem. Probował zabić się sam. Kaganowicz, który znalazł Stalina jako całkowicie zmienionego człowieka, musiał wygłosić mowę pogrzebową”.

Nie mogę nie wspomnieć, że Łazar Kaganowicz, nota bene Żyd, wg plotek, miał swoje wielkie pięć minut w 1953 roku, kiedy to, w czasie narady u Stalina, miał ponoć rzucić kryształową popielnicą w Stalina. Nie trafił, lecz Stalin wskutek nagłego uniku, miał dostać wylewu krwi do mózgu. No to jeszcze trochę luzu. W szkole podstawowej obowiązywała mnie lektura książeczki niejakiej Heleny Bobińskiej /Żydówki, siostry J. Bruna/ pt „SOSO” o dzieciństwie „Naszego Wodza” Stalina. W 1956 r. na Zjeżdzie Literatów, odbywającym się po XX Zjeżdzie KPZR, na którym obalono „kult jednostki”, zadano pytanie Bobińskiej czy prawdą jest, że pracuje ona nad drugą częścią swojej popularnej książki i czy naprawdę ma ją nazwać „KOMU SOSO ZROBIŁ KUKU” ?

Warto wspomnieć chyba o żydowskim otoczeniu Stalina. Pierwsza „trojka” - Trotsky-Zinowiew- Kamieniew to Bronstein, Apfelbaum i Rosenfeld, czego akurat SNYDER nie podaje. Opisuje natomiast perturbacje Stalina z Żydami w swojej rodzinie, jak i rodzinach najbliższych współpracowników: Mołotowa i Woroszyłowa.

„Stalina syn, Jakow, który zmarł w niewoli niemieckiej był ożeniony z Żydówką. Swietłany pierwszą miłoscią był żydowski aktor nazwany przez Stalina brytyjskim szpiegiem i zesłany do gułagu. Pierwszy mąz Swietłany też był Żydem; Stalin zarzucil mu skąpstwo i tchórzostwo, no i kazał się jej rozwieść, by mogła poślubić syna Żdanowa...”.

Zabawny jest epizod z Mołotowową:
„Polina Żemczużina, żona ministra spraw zagranicznych Wiaczeslawa Mołotowa, zobaczyła Goldę Meir w dniu 7 listopada 1948, w rocznicę Bolszewickiej Rewolucji, i zachęciła ją do odwiedzenia synagogi. Co gorsza, Żemczużina powiedziała to w jidysz, języku jej i Meir rodziców - w paranoidalnym interpretacji miala to być sugestia narodowej jedności Żydów pomimo granic.. Katarzyna Gorbman, żona Klimenta Woroszyłowa ponoć wykrzykiwała: „Teraz mamy także naszą własną ojczyznę”..... Polina została aresztowana w styczniu 1949... ...została skazana na pobyt w obozie pracy, a Mołotow rozwiódł się z nią. Spędziła 5 lat na wygnaniu w Kazachstanie, wśród „kułaków”, których jej mąż pomógł deportować w latach trzydziestych..”.

Zapomniałem o „perełce” związanej z Leninem, którą SNYDER powtarza conajmniej trzy razy:
„Schorowani żołnierze i zubożali chłopi Rosyjskiego Cesarstwa wszczęli rewoltę na początku 1917. Po ludowym powstaniu, które doprowadzilo do upadku rosyjskiej monarchii w lutym, nowy liberalny rząd dążył do wygrania wojny poprzez zwiększoną ofensywę przeciw wrogom tj Cesarstwu Niemieckiemu i Monarchii Habsburskiej. W tej sytuacji tajemną niemiecką bronią stał się Lenin. Niemcy wyekspediowali Lenina z szwajcarskiego wygnania do rosyjskiej stolicy Pietrogrodu w kwietniu, aby zrobił rewolucję, ktora wyprowadziłaby Rosję z wojny. Z pomocą swego charyzmatycznego sprzymierzeńca Leona Trotskiego i jego zdyscyplinowanych bolszewików, Lenin dokonał coup d’etat /zamach stanu/... w listopadzie. Na początku 1918, Lenina nowy rząd podpisał traktat pokojowy z Niemcami, zgodnie z którym zachodnia Białoruś, Ukraina, kraje bałtyckie i Polska pozostawały pod niemiecką kontrolą. W części dzięki Leninowi, Niemcy wygrały wojnę na wschodnim froncie i na krótko poznały smak Wschodniego Imperium”.

Nie mogę tu nie pociągnąć cytatu, gdyż dotyczy powstania Polski:
„...upadek Cesarstwa Niemieckiego stworzył mocarstwową próżnię we wschodniej Europie.... Podczas gdy Lenin i Trotski uwikłali swoją nowopowstałą Czerwoną Armię w domowe wojny w Rosji i na Ukrainie, pięć krajów wokół Morza Bałtyckiego - Finlandia, Estonia, Łotwa, Litwa i Polska - - stało się niezależnymi republikami”.

Wracając do Lenina, SNYDER gdzie indziej kontynuuje:

„Lenin, sam w sobie, był tajemną niemiecką bronią w Pierwszej Wojnie Światowej; sama Rewolucja Bolszewicka była ubocznym efektem niemieckiej polityki zagranicznej w 1917 roku”.

Uff ! Mocno ! Jeszcze o priorytecie w cierpieniu, nie Polaków, a Białorusinów:
„W ciągu II w. św. połowa ludności Białorusi została albo zabita, albo wysiedlona. Tego nie można powiedzieć o żadnym innym europejskim kraju”.

Teraz o deportacji Ukraińców z Polski:
„...około 483 099 Ukrainców deportowano z komunistycznej Polski do sowieckiej Ukrainy w latach 44-46, większość z nich siłą..... ...pod kryptonimem „Wisła” około 140 660 Ukraińców wysiedlono w 1947...”.

I na koniec dwie ciekawostki. W 1939 roku po obronie gdańskiej poczty, został zamordowany, wraz z pozostałymi obrońcami, Franciszek Krause,...
„..wujek chłopca imieniem Gunter GRASS, ktory póżniej został wielkim niemieckim pisarzem. Dzięki jego powieści pt „Blaszany Bębenek” ta szczególna wojenna zbrodnia stała się szeroko znana”.

Druga - o „nadludziach”: ponieważ „nazi” „nie mogli uważać nie-Niemców za równych” oraz wierzyli w „niemiecką wyższość rasową” to nie dziwimy się ich ocenie wobec zachowań rosyjskich POW w niemieckich obozach jenieckich w 1941, gdy to Goring wprowadził w życie plan zagłodzenia więżniów i ...
„...kiedy kanibalizm się zaczął, Niemcy przyjmowali to jako rezultat niskiego poziomu sowieckiej cywilizacji”.

Miał rację mój Ojciec, gdy mnie nauczał, że „lepiej „kacapa” w dupę pocałować niż „szwabowi” rękę podać.

No i dojechaliśmy do krytyki, która zgodnie z obietnicą będzie miażdżąca. SNYDER posługuje się TOTALITERIANIZM-em uczciwie zresztą omawiając historię upowszechnienia tego „nowotworu” przez Hannah ARENDT:

„Ustroje nazistowski i stalinowski muszą być porównywane, nie tak bardzo by jeden czy drugi pojąć, lecz aby zrozumieć nasze czasy i siebie samych. Hannah Arendt zrobiła to w 1951, łącząc dwa reżimy w rubryce pod nagłówkiem „TOTALITARIANISM”. Z kolei rosyjska literatura XIX wieku oferowała jej ideę „zbędnego człowieka” /”superfluous man”/.”

Jeden krótki cytat, a trzy poważne kontrowersje. Pierwsza zasadnicza: NIE WOLNO TYCH USTROJÓW PORÓWNYWAĆ. Ktoś mądry powiedział, że mierzenie zbrodni stalinowskich, tak popełnianych w gułagach, w trakcie przesiedleń całych narodów jak i zagłodzenia Ukrainy - Holocaustem spłaszcza je i trywializuje. Takie porównywania poprzez arendtowskie „łączenie” ich, wrzucanie „do jednego worka”, poprzez „unirołowkę” pomniejszają ogrom zbrodni obu reżimów. Jest to czysta demagogia /o tym za chwilę/ populistyczna albo efekt mentalności kaprala, który wie, że stopni to kąt prosty ma tylko 90, podczas gdy wrząca woda - 100. Ze względu na wszechobecne w tej tematyce nazwisko Arendt, parę słów o niej.

Hannah ARENDT /1906-1975/, Żydówka, politolog, doktorat obroniony w Heidelbergu, zmuszona do opuszczenia Niemiec w 1933, a Francji w 1941 osiedliła się w Nowym Yorku. W 1951 opublikowała swoją najważniejszą pracę pt „Origins of Totalitarianism”, dzięki której stała się „świętą krową” trendu usprawiedliwiania zbrodni hitlerowskich - sowieckimi. Bez względu na jej zamierzone przesłanie, książka została wydana w apogeum „zimnej wojny”, w trakcie procesu Rosenbergów i została wykorzystana przez McCarthy’ego do obsesyjnej propagandy antykomunistycznej. Póżniej /1963/ wydała jeszcze bardziej kontrowersyjną książkę „Eichmann in Jerusalem”. Supermodne /lub jak kto woli cool/ jest powoływanie się na nią, jak na równie nieobecnych Simone WEIL /1909-43/ czy von BALTHASARA /p. mój tekst/. Przyznaję, że i ja uległem temu i wynotowałem dwa celne spostrzeżenia. Pierwsze o relacji rozumu i wiary: „Myślenie jest jednakowo niebezpieczne dla wszystkich ustalonych wierzeń i przekonań, samo zaś, jako takie, nie tworzy żadnej nowej wiary”. Drugie zaś o rewolucji: „Rewolucja - - rozpoczynana przez prawych i rozumnych - pożera własne dzieci, wynosząc do władzy fanatyków lub ludzi nędznych i skorumpowanych, a miast wolności przynosi terror i zniewolenie”.

Teraz kontrowersja druga - TOTALITARIANIZM. Zauważmy, że w języku polskim w powszechnym użyciu mamy TOTALITARYZM i TOTALIZM. Z polskich żródeł najadekwatniejsza wydaje mnie się definicja Kopalińskiego: „TOTALIZM /rządy TOTALITARNE/ despotyczna, scentralizowana dyktatura autokratycznego władcy albo hierarchii uważającej się za nieomylną, poporządkowująca życie i prawa obywateli biurokratycznemu aparatowi ucisku”. Leksykon PWN z 1973 r. /okres gierkowskiego socjalizmu „z ludzką twarzą”/ rozróżnia totalizm od totalitaryzmu; definicja pierwszego zbliżona jest do Kopalińskiego, na temat zaś drugiego pisze:

„TOTALITARYZMU teoria - antykomunistyczna teoria głoszona w pierwszym dziesięcioleciu po II wojnie światowej przez ośrodki imperialistycznej propagandy w ramach wojny psychologicznej przeciw państwom socjalistycznym; teoria ta stawiała znak zrównania między ustrojem państw faszystowskich, a ustrojem socjalistycznym i określała je wspólnym mianem „TOTALITARYZMU” - totalnego ustroju”.

Nie muszę chyba dodawać, że ta ostatnia definicja jest spójna z moimi poprzedzającymi uwagami. Zobaczmy jak to widzi WEBSTER:

„TOTALITARIANIZM. Forma władzy, która podporządkowuje sobie wszystkie aspekty życia obywateli autorytetowi państwa, z pojedynczym charyzmatycznym przywódcą jako ostatecznym władcą. Termin został ukuty we wczesnych latach 20-tych prze Benito MUSSOLINIEGO, lecz totalitarianizm istniał poprzez całą historię. Jest odróżniany od DYKTATURY i AUTORYTARYZMU wskutek wyrugowania w nim wszelkich politycznych zwyczajów i wszystkich starych prawnych zasad. Legitymizuje zorganizowaną przemoc. Policja dziala nieprzestrzegając prawa. Dążenie do celu jest jedyną ideologiczną podstawą do takiego rządzenia, chęć osiągnięcia celu nie może być nigdy podważana”.

A więc i ta definicja potwierdza zdolności ARENDT w demagogii populistycznej /czy też demagogicznym populizmie/. Bo, tak naprawdę, czyż coś bardziej zasługuje na miano TOTALITARIANIZMU niż II RP? Krwawy zamach majowy, rozwiązanie Sejmu, proces brzeski i pierwszy na świecie obóz koncentracyjny - Bereza Kartuska spełniają wymogi jakiejkolwiek definicji.

Skoro, wbrew rozsądkowi, do powszechnego używania tego „słowopotworu” doszło, to pamiętajmy o przestrodze Kołakowskiego:
„Ludzie, na ogół, co jest naturalne, chcą mieć WOLNOŚĆ, ale chcą mieć także POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA i domagają się tego od państwa. Coraz dalej idące wymagania stawiane państwu zawierają w sobie POTENCJAŁ TOTALITARNY...”.

Jako dygresję przypomnę, że zmorą obecnej „nowomowy” są też wirtualny, który z komputerowej wirtualnej rzeczywistości czyli „skutecznej” /łac. virtualis/ symulacji wizualnej i dżwiękowej sytuacji, miejsc i osób, przeszedł do języka potocznego jako „wymyślony, mogący się zdarzyć” oraz energia pozytywna, która wyparła, w zakresie przymiotników, takie jak konstruktywny, optymistyczny, optymalny czy, w ostateczności, dodatni.

No i wreszcie kontrowersja trzecia - „ZBĘDNY CZŁOWIEK” /”SUPERFLUOUS MAN”/. Używam słowa „zbędny”, gdyż nie potrafiłem znależć innego /poza „niepotrzebny”, „zbyteczny”/ polskiego odpowiednika. Znając literaturę rosyjską oraz starając się zrozumieć tok rozumowania Arendt czy SNYDERA, doszedłem do wniosku, że chodzi o „NIEWAŻNOŚĆ” jednostki, że pojedynczy człowiek jest przedmiotem, a nie podmiotem, że w realizacji nadrzędnego celu ważnego dla ogółu losy indywidualne są bez znaczenia.

Tylko, że to ma miejsce od zarania ludzkości, a „odrodzeniowa” idea humanizmu istnieje od ponad półtysiąca lat. Zgoda też, że literatura rosyjska jest WIELKA i może inspirować każdego i do wszystkiego, lecz snyderowska stylistyka omawianego zdania jest, po prostu, wredna; jest zamaskowaną sugestią, że bezwartościowy los jednostki jest domeną Rosji.

Przejdżmy do dalszych najistotniejszych zarzutów. SNYDER nie potrafi uzasadnić dlaczego wybrał 14 mln, dlaczego akurat te 14 mln, jak również sens wybranego przedziału czasowego.
Z około 4 mln przypisanych Sowietom 3,3 mln zostało zagłodzonych w latach 1932-33, a więc przed datą dojścia Hitlera do władzy, co wyznacza początek omawianego przez autora okresu. Ponadto, do 1939 r. zbrodnie hitlerowskie są ilościowo bez znaczenia. Lata 1933-45, to okres władzy Hitlera, istotny dla Niemiec i poniekąd Zachodniej Europy, lecz nie dla Europy Wschodniej, bo takie zawężenie jest wprost absurdalne i pozbawione jakiegokolwiek zrozumienia dla cierpień ludności zamieszkującej tą część Europy. Jeślibyśmy nawet pominęli lata 1917-32, z jednoczesnym przesunięciem Wielkiego Głodu na rok 1933, to i tak pozostaje ogrom zbrodni sowieckich w latach 1945-53. SNYDER, mimo swoich licznych pobytów m.in. w Polsce, absolutnie nie wyczuwa traumy narodów pozostających w sferze wpływów sowieckich. Stawia równiez poza nawiasem los jeńców walczących po stronie państw osi, którzy dostali się do niewoli sowieckiej. Dzięki takim ograniczeniom nie ma w książce miejsca dla jednego z największych zbrodniarzy 20 wieku, twórcy „czeka” Feliksa Dzierżyńskiego, nie ma też go dla Żyda, kata Polaków w okresie stalinowskim, Józefa RÓŻAŃSKIEGO /vel GOLDBERG/.

Pośpiech SNYDERA w pisaniu swoich „dzieł” objawia się brakiem spójności i powtarzaniem tych samych fraz. Książka robi wrażenie zlepku poprzednich publikacji autora. Poza tym, często nie rozumiem o co mu chodzi, tym bardziej, ze reprezentuje kraj, w którego bardzo krotkiej historii mamy zawłaszczenie ziem indiańskich i wymordowanie ich właścicieli, niewolnictwo i KuKluxKlan.
SNYDER bowiem pisze: „W wielkim planie Stalina, kolektywizacja rolnictwa konieczna była, by przekształcić Związek Sowiecki w potęgę przemysłową”, a chwilę póżniej biadoli: „Deportacja bogatszych chłopów umożliwiała kradzież ich własności”. To jak Stalin miał wprowadzać „własność społeczną” ?. Dodrukować pieniądze i wykupić ziemie „kułaków” i majątki „polskich panów” ?. Oczywiście, początkowy entuzjasta socjalizmu, uczeń Schaffa, a póżniej wielki znawca i krytyk marksizmu, mój ukochany Leszek Kołakowski zauważył gdzieśtam, że najistotniejszą wadą wdrażania w życie socjalizmu, było dysponowanie dobrami nienależącymi do dysponentów. Cel uświęca środki. Pamiętamy przecież za co inny Żyd, św. Paweł zabił Ananiasza i jego żonę Safirę /Dz.5.1-11/.

Największą bzdurę wypisuje SNYDER o 1968 r. przypisując ideowemu komuniście z przeszłością w „żydowskim” KPP, z żoną Zofią, a naprawdę Liną SZOKEN, czyli tow. Wiesławowi, antysemityzm:

„Gomułki reżim, tym sposobem, /tj oczyszczając Partię z Żydów/ próbował zrobić komunizm etnicznie polski”.

Nie pada wogóle nazwisko Moczara. Za to odradzający się endecki antysemityzm przypisuje Stalinowi:
„STALINOWSKI ANTYSEMITYZM w Polsce w 1968 zmienił życie dziesiątek tysięcy ludzi, oraz zakończył wiarę w marksizm wielu inteligentnych młodych ludzi we wschodniej Europie”.



Jakim prawem nam, Polakom, katolikom, którzy wyssysają antysemityzm z piersi matki, którzy słyną z żydowskich pogromów, którzy juz w II RP wysyłali Żydów na Madagaskar, którzy za wszelkie niepowodzenia obwiniają żydokomunę bądż „Żydów, masonów i cyklistów”, którzy za wroga nr. 1 mają Żyda Michnika, taki SNYDER zabiera godność nazywając nasz swojski, narodowy, nauczany przez Kościół antysemityzm - STALINOWSKIM. Bóg, Honor, Ojczyzna. Nikt antysemityzmu polskiego kołtuna uczyć nie będzie.





Tuesday, 19 November 2013

PROGRAM PALIKOTA

PROGRAM PALIKOTA
/8.02.2011/

UWAGA /19.11.2013/: Dwa i pół roku temu, postępowa część polskiego społeczeństwa z nadzieją czytała program Palikota. I cóż, „dobre” chęci były, a wyszło jak zawsze. Dziś o tym programie nikt nawet nie wspomina, a popularność partii Palikota, mimo zmiany nazwy, spadła do granicy progu wyborczego. Mimo to, decyduję się na umieszczenie mego entuzjastycznego tekstu na temat proponowanych zmian, gdyż moja ówczesna naiwność świadczy ino o moim „wishful thinking”, a merytoryczne uwagi wydają mnie się godne uwagi.

Tekst z lutego 2011 przepisuję bez poprawek, dodać tylko chcę, dziś tj 18.12.2011 r., uwagę, że wyniki wyborów w dużym stopniu przewidziałem /1.09 typowałem PSL 10%, Palikot 9%, SLD 7%/, że biblijne, zasiane ziarno gorczycy tj antyklerykalizmu, przyniosło rewelacyjne owoce Ruchowi Palikota, w postaci 41 mandatów w Sejmie i stania się trzecią siłą polityczną w Polsce oraz, że ten sukces stał się gwożdziem do trumny skrajnej prawicy. Dodam jeszcze, że w dniu 15.12, w Sejmie, Palikot wypowiedział istotne słowa, skierowane do posłów PISu i Solidarnej Polski, pod którymi JA obiema rękami się podpisuję: „Wolałbym mieć za ziomków Francuzów czy Niemców, niż was”. Oczywiście, populistyczny antyklerykalizm musi być uzupełniony teraz ciężką pracą nad realizacją poniższego programu.

W dniu 3.02 „NIE” wydrukowało program Palikota. Ustosunkowałem się do niego bez zwłoki.

*KONIEC Z FINANSOWANIEM KOŚCIOŁA Z BUDŻETU PAŃSTWA.
To stanowczo za mało. Konieczne jest księgowanie dochodów, i co za tym idzie, płacenie podatków, dalej - kontrola opłacania ZUS przez „czarnych” za siebie i zatrudnianych pracowników takich, jak kościelny, gospodyni, organista oraz za pracowników najemnych. Księża winni otrzymywać pensję i od niej płacić wszelkie świadczenia, a kwoty przekazywane do KURII, winny być opodatkowane jako DAROWIZNA. Również „taca” winna być skrupulatnie księgowana.

Skoro jesteśmy przy podatkach i ZUS-ie - wszystkich dochody winny być opodatkowane i wszyscy winni płacić świadczenia ZUS. Chodzi mi tu m.in. o parlamentarzystów i służby mundurowe. W przypadku tych ostatnich obciążenia zrekompensować podwyższeniem płacy nominalnej. Co to da? Ano przejrzystość i ogromne, bezpośrednie wpłaty do ZUS-u, co radykalnie zmniejszy ewentualne dofinansowywanie ze Skarbu Państwa. O rolnikach - póżniej.

*POWRÓT LEKCJI RELIGII DO SAL KATECHETYCZNYCH.
Nie. Istotne jest zaprzestanie finansowania katechezy z budżetu państwa, natomiast użyczenie klas lekcyjnych na katechezę, prowadzoną PO zajęciach obowiązkowych DLA ZAINTERESOWANYCH uważam za DOPUSZCZALNE, tak jak dla kółek przedmiotowych typu kółko fizyczne, chemiczne czy biologiczne.

*LEGALIZACJA ZWIĄZKÓW PARTNERSKICH I MIĘKKICH NARKOTYKÓW.
Tak, ale co do narkotyków słuszne wydaje mnie się ograniczenie wiekowe, jak przy zakupie alkoholu i papierosów.

*ZAKAZ UDZIAŁU DUCHOWNYCH W UROCZYSTOŚCIACH ŚWIECKICH.
Postulat żle sformułowany, bo duchowny, jak każdy obywatel, ma prawo do uczestniczenia we wszelkich uroczystościach. ZAKAZ winien dotyczyć rytualnych religijnych celebracji w trakcie uroczystości świeckich.

*LIBERALIZACJA USTAWY ANTYABORCYJNEJ.
TAK. Aborcja winna być dostępna „na żądanie” do 12-ego tygodnia ciąży, tak jak w całym cywilizowanym świecie; póżniej tylko w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia matki oraz defektu płodu. /por. tekst „ABORCJA”/. Równocześnie musi zostać przeprowadzona likwidacja „podziemia” aborcyjnego. Lekarz mógłby skrobać prywatnie spełniając dwa warunki: pierwszy - rejestracja dochodu z zabiegu w kasie fiskalnej; drugi - zagwarantowanie, poświadczonej pisemnie przez szpital, pomocy w przypadku komplikacji, np krwotoku.

*FINANSOWANIE „IN VITRO” Z BUDŻETU PAŃSTWA.
Oczywiście tak.

*RÓWNE PŁACE KOBIET I MĘŻCZYZN.
Oczywiście tak, pod warunkiem zachowania zdrowego rozsądku. Np jeśli na danym stanowisku pracy wymagane jest, choćby niezwykle sporadycznie, podnoszenie ciężarów powyżej 40 kg, czego, w myśl obowiązujących przepisów, kobiecie robić nie wolno, to równość płacy nie powinna obowiązywać.

*DOSTĘP DO ŚRODKÓW ANTYKONCEPCYJNYCH ZA DARMO I DO INTERNETU TEŻ.
Nie stać nas na to. Prezerwatywy winny być tanie, dostępne szeroko i bez skrępowania /np w automatach, kioskach „Ruchu”/; darmowy internet winien być dostępny w szkołach, bibliotekach czy kawiarenkach internetowych. Bez internetu naprawdę można żyć. Pilniejsze są darmowe posiłki dla biednych dzieci i młodzieży.

*W URZĘDACH OŚWIADCZENIA ZAMIAST ZAŚWIADCZEŃ.
Tak właśnie jest w Kanadzie. Również likwidacja archaicznych pieczątek. Aby to zadziałało potrzebny jest silny, sprawny system represyjny wobec kłamców.

*KARNA ODPOWIEDZIALNOŚĆ URZĘDNIKÓW ZA WADLIWE DECYZJE.
Populistyczne, nieprzemyślane i nie do wyegzekwowania. ODPOWIEDZIALNOŚĆ WINIEN PONOSIĆ URZĄD I JEGO KIEROWNIK, a kogo on obarczy winą, to wewnętrzna sprawa urzędu.

*LIKWIDACJA SENATU.
Oczywiście tak. Już w referendum 3xTAK, w 1947 r. społeczeństwo wypowiedziało się pozytywnie. Przypomnę, że nieprawdą jest twierdzenie obecnych oszołomów, że wyniki owego referendum były całkowicie sfałszowane; po prostu pytania były tak sformułowane, że każdy rozsądny Polak głosował na „TAK”. Te pytania pozwalam sobie przypomnieć: I. Czy jesteś za REFORMĄ ROLNĄ?; II. Czy jesteś za UPAŃSTWOWIENIEM DUŻYCH PRZEDSIĘBIORSTW PRZEMYSŁOWYCH?; III. Czy jesteś za JEDNOIZBOWYM PARLAMENTEM?

*OGRANICZENIE LICZBY POSŁÓW DO 360.
Absolutnie NIE, ograniczyć należy do maksimum 100. Przecież nie ma żadnego znaczenia ilość, lecz tylko proporcje między klubami /kołami/ partyjnymi. I tak, jeśli /w przyblizeniu/ wyglądają one obecnie tak: 240:150:40:40:30, to po proponowanej przeze mnie redukcji wyglądałyby tak: 48:30:8:8:6 i status quo zostałby zachowany.

*DWUKADENCYJNOŚĆ FUNKCJI POLITYCZNYCH, W TYM PARTYJNYCH.
„Jestem za, a nawet i przeciw”. Pierwsza część tak i to poszerzona o wysokie stanowiska administracyjne, natomiast funkcje partyjne są wewnętrzną sprawą partii.

*PODATEK LINIOWY TRZY RAZY 18 PROCENT.
Absolutnie NIE. Ten CHORY pomysł wynikł z bezradności wobec faktu, iż mało kto płaci należne, wyższe podatki wskutek powszechnej praktyki korzystania z „wybiegu korporacyjnego” Należy uściślić prawo, uzdrowić system, a nie akceptować szkodliwe zjawisko. Konieczna SANACJA!!!

*OBNIŻENIE DEFICYTU BUDŻETOWEGO W DWA LATA O POŁOWĘ.
Hasło populistyczne, bez wskazania konkretnych działań. WISHFUL THINKING. Bierz, drogi Palikocie, przykład z nowego burmistrza Toronto - Forda. Który w dwa miesiące „znalazł” 200 mln CDN, a to dopiero początek. Tym pierwszym krokiem musiała być głęboka i szeroka redukcja zatrudnienia, nie tylko w administracji, lecz również w firmach kooperujących, świadczących usługi na rzecz miasta. Bezwarunkowe żądania obniżki cen tych usług i grożby znalezienia innego wykonawcy doprowadziło do rewelacyjnych wyników.

*ZMIANA MINISTERSTWA GOSPODARKI NA MINISTERSTWO PRZEDSIĘBIORCZOŚCI.
Chwyt PR-owski. Należy zlikwidować połowę ministerstw i dublujące się instytucje, jak: NFZ wobec Min. Zdrowia, Agencja Rolna wobec Min. Rolnictwa, dalej KRUS, Fundusze Emerytalne wobec ZUS, oraz Rady Nadzorcze Spółek Skarbu Państwa wobec Min. Skarbu itd. Itd.

*PROMOCJA POLSKI.
POPULIZM. Jak promować, gdy kraj DZIKI. Najpierw trzeba ucywilizować CIEMNOGRÓD, a to trudne.

*WYDŁUŻENIE WIEKU EMERYTALNEGO PRZEZ WZROST ŚWIADCZEŃ ZA DŁUŻSZĄ PRACĘ.
Oczywiście tak, lecz przede wszystkim przebudowa całego systemu emerytalnego. Nie można obłudnie dyskutować o beneficjentach emerytur 1000 –złotowych i w tym samym momencie pokazywać spasionego, młodego, w pełni sił /bo kandydata na posła/ prokuratora pobierającego 15 000 tysięcy emrytury. Co do „zwykłych”, pracujących/?!/ emerytów wystarczy skopiować system kanadyjski, w którym zarobki progresywnie zminejszają emeryturę. System ten krótko wyjaśnię. Np emeryt ma emeryturę 3000 zł i podejmuje pracę również za 3000 zł. Wskutek progresywnej stawki chroniącej interesy państwa czyli ogółu obywateli, emeryt dostanie emeryturę obniżoną o: od zarobionych pierwszych 500 zl - brak obniżki; od następnych 1000 zł - 50% tj 500 zł, a od wszystkich zarobionych powyżej 1500 zł - 80%, tj w naszym przypadku 1500 -80% od 1500 daje 1200 zł. Tym sposobem emeryt zarabiający 3000 zł dostanie emeryturę 1300 zł, a 1700 pozostanie w kasie ZUS. Oczywiście od zarobionych 3000 zł musi zapłacić podatek, ZUS i inne świadczenia /ok.1200 zł/, a przy wypełnianiu PIT-u podać dochód 4300 zł, a o konsekwencjach tego URZĄD zadecyduje.

*ZMNIEJSZENIE WYDATKÓW NA WOJSKO.
Oczywiście TAK, przede wszystkim likwidacja misji zagranicznych, szczególnie ze względu na całkowitą dewastację jedynego sprawnego sprzętu jaki posiadamy. Likwidacja kapelanów, a jeśli to niewykonalne, ograniczenie awansów ich do stopnia chorążego. Wyrzucenie na zbity pysk 80% kadry generalskiej i wprowadzenie stałych, nienaruszalnych proporcji: wyższych oficerów do niższych, tychże do podoficerów, a tych do żołnierzy. Likwidacja floty.

*ZWIĘKSZENIE WYDATKÓW NA KULTURĘ.
Zdecydowanie NIE. Najpierw konieczna jest weryfikacja, bo obecnie obserwuję marnowanie społecznych pieniędzy na nieudane filmy, głupawe seriale telewizyjne czy przez nikogo nieczytane bzdurne książki. Jednocześnie artyści, którzy mają coś do powiedzenia, przebijają się bez mecenatu państwa.

Reasumując program niezły, choć wiele tematów nieporuszonych, które niniejszym sygnalizuję:

I. Prywatyzacja służby zdrowia, a przy okazji wprowadzenie zasady jednoetatowości lekarzy. Likwidacja „dyżurów” i wprowadzenie systemu pracy zmianowej, przez co m.in. trzykrotnie lepsze wykorzystanie aparatury i wyposażenia laboratoriów analitycznych. II. Zwiększenie nakładów na naukę i wprowadzenie bezwarunkowej jednoetatowości kadry dydaktycznej. III. Likwidacja IPN, a właściwie przeniesienie naprawdę istotnych zagadnień do PANu. IV. Likwidacja bezpłatnego szkolnictwa wyższego, przez wprowadzenie kredytowania na wzór kanadyjski.