Saturday, 13 November 2021

Marta KISIEL - „Dywan z wkładką”

 Po  długiej  przerwie  czytam  piątą  książkę  spadkobierczyni  poniekąd  Chmielewskiej,  w  dodatku  lepszej  bo  polonistka  zwykle  lepsza  od  architektka.  Wszechstronna  Kisiel  próbuje  zmierzyć  się   po  raz  pierwszy  z  kryminałem….      I tu  spotkał  mnie  spory  zawód.  Nie  mam  pretensji,   że  to  opowiastka   raczej  obyczajowa,  a  wątek  kryminalny  nieistotny  i  niezbyt  wyrafinowany.  Gorzej,  że  autorka,  której  trzykrotnie  dałem  10/10,  robi wrażenie  wyczerpanej.  Zdolności  pozostały,  lecz  poczucie  humoru   zawiodło.  W  rezultacie  relaksujące  czytadło,  któremu  daje  7/10  tylko  ze  względu  na  sympatię  do  autorki  za  poprzednie  książki

Friday, 12 November 2021

Julian TUWIM - „Kwiaty polskie”

Wśród  2368  moich  opinii   nie  ma  słowa  o  tym  arcydziele,  po  prostu  przeoczyłem,  toteż  nie  mogę  narzekać,  że  na  LC  jest  tylko  21  opinii.  A   może  i  lepiej,  że  tak  mało,  bo  wszystkie  można  przeczytać.  Mnie  najbardziej  odpowiada  oznaczona  godłem  MarWinc  choć  nie  rozumiem  dlaczego  jej  autor  dał 9/10,  a  nie  10/10:

Sięgnąłem po ten poemat jako po lek na wszelkie -izmy naszych czasów – demonicznych naszych prześladowców: kaczyzmy, ziobryzmy, faszyzmy i katolicyzmy… Tu się człowiek nadyszał i ojczyzny napił! Uspokoił rozedrgane zmysły.
A tu: podmiot skacze z kwiatka na – nomen omen – kwiatek: od scen z dzieciństwa, po wspomnienia ważnych epizodów życiowych, a wszystko łączone luźnym biegiem skojarzeń. Poezja poematu na miarę największych dzieł literatury. Ale dlaczego na miarę, skoro to polszczyzna najpierwszego sortu! I chyba trzeba tu zmilczeć dalej, nie opowie się tego wszak miłośnikom disco polo, a innym opowiadać nie trzeba: znają i czasem wracają…”

Uzupełniam  powyższą  opinię  pytaniem  z  sąsiedniej  recenzji:   dlaczego  „księdza  Pudra  policzkowano przed ołtarzem",     bo  to  obecnie   wyjątkowo  aktualne.   Ocena  10/10

Sunday, 7 November 2021

Przemysław SEMCZUK - „Cyklon”

Nie  czytałem  nic  Semczuka,   zdziwiłem  się  rozbieżnością  ocen  na  LC,  postanowiłem  sam  przeczytać,  by  wydać  niezależną  opinię   i  żeby  nie  marudzić  powiem  krótko:  jako  stary,  złośliwy  zrzęda  zwykłem  autorom  wytykać błędy,  brak  znajomości  epoki  czy  też  inne  niedorzeczności.   Semczuk   wydawał  się  łatwym  kąskiem  na  pożarcie,  bo  co  on  może  wiedzieć  o  życiu   w  PRL-u,  skoro  urodził  się  prawie   30  lat  po  mnie.  I  tu  wielka  niespodzianka  i  jego  wygrana,   bo  w  całym  tekście  nie  znalazłem  ani  jednej  sytuacji  wątpliwej   tzn.  że  osoby  i  zdarzenia     wiarygodne.  Również  dialogi  charakteryzujące  się  zwięzłością  robią  wrażenie  autentycznych. 

Semczuk  dokonał  dużej  sztuki,  bo  poruszając  w  gruncie  rzeczy  tematy  oklepane,  przedstawił  je   ciekawie  do  tego  stopnia,  że  wypełnił  mnie  niedzielę,  uniemożliwiając  inne  zajęcia,  lecz  jest  dopiero  19,   to  jeszcze  zdążę  coś  w  domu  samotnika  zrobić.  Brawo  Semczuk,  dobra  książka!!   8/10

  

Saturday, 6 November 2021

Chelsea PITCHER - „To kłamstwo cię zabije”

 Po  półtora  roku  ta  książka  ma  na  LC  6.43 (76 ocen i 15 opinii),  czyli  raczej  słabo.  Nie  rozumiem  czytelników,  którzy   dali  8, 9  czy  nawet  10/10   tej  nudzie.  Szczęśliwie  przetłumaczono  tylko  tę  pozycję,   a  więc  jest  szansa  na  zakończenie  mojej  znajomości  z  autorką.  

Pierwsze  obawy  co  do  wartości  tej  pozycji  budzi  określenie   „literatura  młodzieżowa”,  bo  nie  ma  takiej,  podobnie  jak  literatury  kobiecej.   Takie  określenia  obrażają  wymienionych,  a służą  jedynie  podkreśleniu,  ze  dana  książka  jest  słaba,  choć  kobiety  i  młodzież  czytają  wybitne  pozycje  często  ze  zrozumieniem  większym  niż   ogół  czytelników.  Ponadto  beletrystykę  dzieli  się  na  literaturę  wybitną,  wartościową,  bezwartościową  i  chłam.

Ta  pozycja    jest  sztuczna  i  bezwartościowa,   ale jeśli  ktoś   lubi  marnować  czas,  to  niech  se  czyta,  mimo  moich  ostrzeżeń.  Bo  dla  mnie  to  nuda  i  stracony  czas.  3/10.  A  jeszcze:  gdyby    uszczuplić   do  1/3  to  może  byłaby  zjadliwa.

Friday, 5 November 2021

Mia MARCINÓW - "Bezmatek"

 Marcinów  (ur.1985)   – polska filozofka i pisarka, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Laureatka Paszportu „Polityki” 2020 w dziedzinie literatury.  Wykształcona,  inteligentna,  wrażliwa  i   wiele  innych  walorów,    a  to  wiem,  bo  lektura  tego  jej  debiutu  literackiego  wywołała  wypieki  zachwytu  na  moim  licu.   Toż  to  konkuruje  w  pewnym  sensie  z  „Matka  odchodzi”  Różewicza,  czego  autorka  jest   świadoma,  bo  w  połowie  książki  o  tym  utworze  wspomina.  Tylko,  że  Różewicz   wydał  swój  utwór  w  wieku  78, a  Marcinów – 35.

Mam  szczęście,  bo  również   ten  utwór  recenzował  mój  ulubiony  profesjonalista  Jarosław  Czechowicz,  którego  recenzję  gorąco  polecam 

http://krytycznymokiem.blogspot.com/2020/05/bezmatek-mira-marcinow.html

A  ja  stawiam  8/10,  tyle  samo  co  Różewiczowi

Wednesday, 3 November 2021

Bernhard SCHLINK - „Olga”

 Schlink  to  autor  jednej  dobrej  książki,  której  popularności  pomógł  film  z   Kate Winslet, David Kross i Ralph Fiennes w rolach głównych. Gwoli  ścisłości  dodam,  że  chodzi  o  „Lektora”,  który  na  LC  ma  7.2 (5377 ocen i 465 opinii) ,     a  ode  mnie  dostał  5/10.   Recenzowałem  jeszcze  jego  „Kobietę  na  schodach”  z  podobnym  wynikiem.  Omawiana  obecnie  „Olga”  ma  na  LC  6.51 (105 ocen i 32 opinie),   ode  mnie   maksimum  4/10,  a   zamiast  recenzji  cytuję   recenzję  na  LC  oznaczoną  godłem  Ola;

Nie doczytałam tej książki. …        …. "Olga" zaskoczyła mnie swoją przewidywalnością i przeciętnością. Czytałam, i czytałam i miałam wrażenie, że ta książka jest pusta, banalna, przewidywalna. …         …. Moje poczucie czytania czegoś bezwartościowego kazało mi "Olgę" odłożyć. Szkoda mi czasu na takie lektury, jak tyle innych, przyciągających mnie książek czeka w kolejce. Poległam.” 

Tak  więc,  po  trzech   książkach  tego  autora,  które  oceniłem  5, 5, 4,  nie  zostanę  jego  fanem

Tuesday, 2 November 2021

Vigdis Hjorth – „Song nauczycielki”

 W przeciwieństwie  do  innych   recenzentów  nic   jej  nie  czytałem,  nawet  często  przywoływanego  „Spadku”,  więc  moje  spojrzenie  jest  niewinne,  można  rzec dziewicze.  Na  LC  7.17 (60 ocen i 16 opinii).   Powiem  krótko:  niewątpliwie  książka  jest   ciekawa,  autorka  inteligentna,  choć   dla  większości  z  nas,  borykających  się  z   problemami  egzystencjalnymi, trudno  przyswajalna,  bo  akcja  rozgrywa  się  w  społeczeństwie  bogatym,   a  polskiemu  czytelnikowi  nasuwa  się  pytanie:  „Czy  autorka (bądź  bohaterka)  nie  ma  większych  zmartwień?”

Mój  ulubiony  krytyk  Jarosław  CZECHOWICZ    pisze:   http://krytycznymokiem.blogspot.com/2020/03/song-nauczycielki-vigdis-hjorth.html

 

„…. Lotte jest doskonałą obywatelką doskonale uporządkowanego kraju. Czytając „Song nauczycielki”, będziemy świadkami odsłaniania wszelkich niedoskonałości. Tych związanych z norweskością, ale także bardzo symbolicznych. To bowiem powieść o kwestii perspektywy. Opowiada, co może się wydarzyć, jeśli ktoś zechce się nam przyjrzeć innymi oczyma, zaprezentować nasze życie i poczynania z dystansu, na jaki nigdy nas nie stać.

Hjorth prowadzi nas przez codzienne życie Lotte Bøk w taki sposób, że odsłaniane są nam najbardziej intymne elementy tego życia. Przy tym wszystkim narracja jest stale surowa, zdystansowana. Bohaterka jest całkowicie poświęcona pracy. Wykłada, usiłuje zainteresować studentów pozornie archaicznymi tematami, zależy jej na przeniesieniu omawianych dramatów do codziennego życia. W wolnych chwilach ucieka do lasu, znajduje sobie bezpieczną przestrzeń innej aktywności, zwiększa dystans wobec ludzi, buduje sobie życie pełne rytuałów. Codziennie w drodze do pracy wypić cappuccino z mlekiem sojowym. Nie siorbać, pijąc smoothie przez rurkę. Nie lizać lodów na patyku. Zaprosić do swojego domu obcego człowieka dopiero wówczas, gdy przekona samą siebie, iż jest to absolutnie bezpieczne.

 

Tym obcym jest Tage Bast. Student, który kręci materiał filmowy. W ramach projektu chce przyjrzeć się związkom życia zawodowego z osobistym. Lotte zgadza się, by ją nagrywał. I kiedy myśli się, że zaraz będzie mieć miejsce romans rujnujący tę powieść, pojawia się przyjemne zaskoczenie, bo od momentu spotkania się tej dwójki nic w tej książce nie będzie oczywiste i jednoznaczne. Student nie wydaje się inwazyjny, ale narzędzie jego pracy już tak. Pojawiają się napięcia związane z czymś, czego Lotte do tej pory nie doświadczała. Życie w obiektywie zaczyna mieć inny kształt albo bohaterka chciałaby ten kształt zmienić, polepszyć. Kamera deprymuje Lotte. Okazuje się, że przy jej udziale bohaterka po raz pierwszy doprowadzi do pewnego rodzaju konfrontacji ze sobą. To będzie dynamiczny i dramatyczny proces. Oko kamery nie tylko spowoduje, że pewna siebie i swojej wartości jako nauczycielki Lotte zacznie widzieć pewne elementy codziennego życia inaczej. Ono zmusi ją, by przedefiniowała samą siebie. Przede wszystkim uporządkowany sens życia, w który tak doskonale wrosła, bo Norwegia jak mało które państwo na świecie pozwala bezpiecznie zakorzenić się w strefie własnego komfortu.

 

Vigdis Hjorth opowie o tym, co się dzieje, kiedy ta strefa zostaje naruszona. Doskonale pokazuje to poprzez codzienne czynności, które przestają być rytualne, rozpadają się, Lotte ma wrażenie niepanowania nad codziennością, wkrada się do jej duszy także kilka rodzajów niepewności. Można oczywiście chwilami odnieść wrażenie, że bohaterka hamletyzuje, ale całość – opisywana bardzo metodycznie, bez emocji – świata przedstawionego tej książki robi ogromne wrażenie. Zwłaszcza gdy orientujemy się, że jest to bardzo inteligentna opowieść o demaskacji, ale także skierowana do wewnątrz bohaterki opowieść o rozliczeniu z tym, co znaczy być dobrym i prawym człowiekiem.

 

Ciekawe są relacje bohaterki ze studentami. Między nimi a nią Brecht. Przesłania i symbole, które nie mogą być odczytane zgodnie z tym, czego oczekuje prowadząca zajęcia. W tej intrygującej interpretacji twórczości Brechta kryje się wciąż na nowo zadawane pytanie o to, gdzie leży granica między wytworzonym przez twórcę uczuciem czy emocją a tym, co przeżywa się na co dzień, doświadcza intensywnie i z pewną dozą niepewności, gdy każde doświadczenie jest gotowe nas zmienić. Czy „Song nauczycielki” to powieść o przemianie? W pewnym stopniu tak, ale chyba bardziej jest to zbiór fantazji o tym, w jaki sposób zabezpieczamy się przed światem, dopasowując się do niego na wygodnych dla nas zasadach. Dobry oraz uporządkowany kraj jak Norwegia pozwala wieść dobre i uporządkowane życie. Co jednak z nierównościami, krzywdą, z tym wszystkim pokazującym mroczne odbicie świata? Czy można w tym naprawdę uczestniczyć, kiedy tkwi się w codzienności stworzonej niczym bańka mydlana?

 

Hjorth fantazjuje o sferze złudzeń, dzięki którym możemy naprawdę poczuć się dobrze. O tym, że czasem nie my dopasowujemy się do świata, lecz on – dzięki szaleńczej pracy naszej wyobraźni – dopasowuje się do nas. Ta książka zwraca uwagę na to, jak wiele energii możemy poświęcić tworzeniu wspomnianych złudzeń. Jak bardzo sprytna, a jednocześnie niesamowicie krucha jest taka myślowa konstrukcja. Ta książka świetnie pokazuje, że cały uporządkowany świat może ujawnić swoje niepewne fundamenty, kiedy pojawi się niespodziewana okoliczność. Tutaj jest nią ujrzenie siebie w taki sposób, w jaki nigdy nie można byłoby się ujrzeć. To też interesująca historia o tym, co to znaczy zmieniać świat. Najwygodniej robić to bez obciążenia samego siebie, bez jakiegokolwiek dyskomfortu. Norweska pisarka pyta również o to, za co w życiu powinniśmy wziąć pełną odpowiedzialność. Studenci Lotte wydają się bierni i niegotowi na żaden rodzaj odpowiedzialności. Ona sama przyjmuje na siebie bardzo wiele, ale czy tak naprawdę nie tkwi w pewnej hipokryzji? Podoba mi się to, że „Song nauczycielki” bardzo powoli, ale konsekwentnie odsłania kolejne dylematy bohaterki, dając jej coraz mniej przestrzeni i powietrza. Jakby pięknie uporządkowany świat miał runąć. Ale tu nie o to chodzi. Chodzi o zmianę perspektywy życia poprzez to, kim się jest w tym życiu. Hjorth jest bezkompromisowa i nie oszczędza Lotte. Ale dzięki temu sugestywnie opowiada o tym, że potrzebą człowieka jest pewność siebie, a rzeczywistością wokół niego ciągła wątpliwość i konieczność zadawania trudnych pytań. Dlatego ta książka, nie oddziałująca aż tak silnie jak „Spadek”, to kolejny dowód pisarskiej inteligencji Vigdis Hjorth, a także jej umiejętności odsłaniania tego, co niewygodne, i prezentowanie tych odsłon bez nadmiernej emocjonalności. Naprawdę dobra książka.”

 

Podzielam  opinię  Czechowicza  i  zamierzam  przeczytać  „Spadek”,  a   tej  książce  daję  8/10