Robert HUGHES - "Barcelona"
Robert Hughes (1938 – 2012) - australijski historyk sztuki, autor wielu wspaniałych publikacji m.in. o Goi, o Rzymie i tej omawianej z 1992 roku, o Barcelonie.
Wspaniała monografia katalońskiej stolicy, w której (niestety) nie byłem, lecz dzięki tej lekturze wiem więcej niż duża część moich znajomych, których zachwyt sprowadza się do jednego słowa "Gaudi!!!".
Skoro wspomniałem o Gaudim, to warto przytoczyć fragment „Przedmowy”:
„.....Truizmem jest powiedzenie, że wszystkie miasta kształtuje polityka. A przecież to prawda – i w spektakularnej mierze dotyczy to również Barcelony. Antoni Gaudi to kataloński architekt, o którym każdy chyba słyszał. Aby właściwie odczytać dzieło tego wybitnego twórcy, trzeba wziąć pod uwagę nie tylko jego specyficzne rozumienie katalońskiej przeszłości, ale także poczucie katalońskiej odrębności oraz żarliwy i patriarchalny konserwatyzm religijny. W tym tkwi rozwiązanie pozornej zagadki: dlaczego Gaudi pozyskał sobie bogatych mecenasów, w szczególności Eusebiego Güella. Chodziło bowiem nie tylko o geniusz architektoniczny Gaudiego, lecz także o zgodność ideowych przekonań. Polityczne i gospodarcze dzieje Barcelony są wypisane na jej budowlach i planie urbanistycznym. Nie sposób więc zrozumieć architektury katalońskiej – zwłaszcza wieku XIX, gdy tak silnie wyrażała ona narodowe aspiracje – jeśli nie pamięta się o lokalnej historii i kulturze, które leżą u jej podstaw. To, co zagraniczny turysta bierze na pierwszy rzut oka za „zwykłe” fantazje, ma głębokie korzenie...”
Lokalną tj katalońską historią raczy nas autor przez pierwsze 500 stron, wspominając po raz pierwszy Gaudiego przy opisie Plaça Reial na str 465 (e-book):
„...W 1879 roku młody Antoni Gaudi zaprojektował misterne, sześcioramienne latarnie, zwieńczone atrybutami Hermesa: kaduceuszem (czyli laską oplecioną parą węży) i skrzydlatym hełmem. Katalońskie kręgi gospodarcze przed wiekami wybrały sobie na patrona Hermesa, boga handlu i bogactwa...”
Hughes szeroko omawia historię kultury katalońskiej o której nie mam pojęcia, a prawie wszystkie nazwiska słyszę po raz pierwszy Oczywiście, to nie jego wina, tylko moje ograniczenie. Uczę się z przyjemnością, lecz potrzebną ulgę odczuwam dopiero po stronie 700, gdy przygotowania do Barcelońskiej Wystawy Światowej w 1888 roku ruszają. Niemniej moja ignorancja powoduje znużenie, które pokonuję cytatem o wąsach (s. 750)
„...Wąsy podlegały temu samemu prawu bujności. Każdy mężczyzna je nosił, często tak długie, że wyglądały jak doklejone. Przybierały trzy podstawowe formy. Jeśli rosły poziomo, zawijano je na końcach w spiralki i przypominały suflety z włosów. Jeżeli wąs miał tendencję do rośnięcia pionowo, był czesany, zakręcany w dwa pionowe kolce i usztywniany pomadą. Z takimi wąsami, tyle że dłuższymi, wyglądającymi jak antenki, paradował Filip IV, a po 1920 roku Salvador Dali. Ale jeśli zarost na górnej wardze rósł w różne strony albo cechował się wiotkością, wychodził z tego zwisający bigoti, co przy odpowiedniej długości sugerowało melancholię i smutek jego właściciela. Wrażenie to wprowadzało w błąd, jeśli ów właściciel był bankierem lub inżynierem, jak to się często zdarzało. Na przykład Ildefons Cerdà nosił takie właśnie wąsy...”
O tytułowej Barcelonie autor zauważa (s. 101.5):
„.....Barcelona jest dziś metropolią, lecz nie da się ukryć, że to nadal bardzo prowincjonalne miasto. Poczucie katalońskiej wyjątkowości rodzi niepewność co do nowych inicjatyw kulturalnych (czy da się nimi przyćmić Madryt?) i skłania do przeceniania własnej kultury (a kogo obchodzi Madryt?)....”
Piękna i ciekawa lektura wszechstronnie opisująca Barcelonę okraszona licznymi anegdotami i ciekawostkami, do czytania przez wiele wieczorów, bo pośpiech nie jest wskazany. Zachwycony tym dziełem, na pewno sięgnę po inne pozycje tego autora. Dla mnie bomba!! - ale tylko 8 gwiazdek, bo dla mnie - za dużo i nieznanych mnie nazwisk, i szczegółów historii.
Saturday, 24 June 2017
David HEWSON - "Dochodzenie 2"
David HEWSON - "Dochodzenie 2"
Czytając recenzje na LC wnioskuję, że mam szczęście zaczynając znajomość z Sarah Lund od drugiego tomu, bo ponoć pierwszy - słabszy. Dowiaduję się też, że książka powstała na bazie serialu telewizyjnego Sørena Sveistrupa „Dochodzenie”, czyli odwrotna kolejność niż zwykle. Na LC wynik bardzo dobry 7,78 (379 ocen i 57 opinii).tego typu lektur
Dałbym maksymalną ocenę w dziale kryminałów, gdyby nie political correctness, czyli zakłamanie i obłuda władców i polityków wszystkich krajów o tzw wysokiej cywilizacji. Bo jaki „wyższy cel”. „wyższa racja” przemawia za wysyłaniem Duńczyków do Afganistanu, skoro biernie reagują na wzajemne mordowanie się Tutsi i Hutu ? Ponadto wysiłek włożony w zamordowanie paru osób wydaje się być niewspółmierny do efektów, bo wystarczyło dźgnąć każdą z ofiar nożem i zostawić karteczkę z napisem „Allahu Akbar”.
Z jednej strony czytało się dobrze, z drugiej - objętość (700 stron) przekracza moją tolerancję dla lektur tego typu, w efekcie - 7 gwiazdek
Czytając recenzje na LC wnioskuję, że mam szczęście zaczynając znajomość z Sarah Lund od drugiego tomu, bo ponoć pierwszy - słabszy. Dowiaduję się też, że książka powstała na bazie serialu telewizyjnego Sørena Sveistrupa „Dochodzenie”, czyli odwrotna kolejność niż zwykle. Na LC wynik bardzo dobry 7,78 (379 ocen i 57 opinii).tego typu lektur
Dałbym maksymalną ocenę w dziale kryminałów, gdyby nie political correctness, czyli zakłamanie i obłuda władców i polityków wszystkich krajów o tzw wysokiej cywilizacji. Bo jaki „wyższy cel”. „wyższa racja” przemawia za wysyłaniem Duńczyków do Afganistanu, skoro biernie reagują na wzajemne mordowanie się Tutsi i Hutu ? Ponadto wysiłek włożony w zamordowanie paru osób wydaje się być niewspółmierny do efektów, bo wystarczyło dźgnąć każdą z ofiar nożem i zostawić karteczkę z napisem „Allahu Akbar”.
Z jednej strony czytało się dobrze, z drugiej - objętość (700 stron) przekracza moją tolerancję dla lektur tego typu, w efekcie - 7 gwiazdek
Tuesday, 20 June 2017
Juliusz MACHULSKI - "Hitman"
Juliusz MACHULSKI - "Hitman"
Juliusz (ur. 1955), syn Jana (1928 – 2008), wydał tych 48 felietonów w 2012 roku. Felietony były pierwotnie drukowane w magazynie "Bluszcz" i niewątpliwie mogły się podobać, l wydane w formie książki przyniosły mnie srogi zawód. Bo np "Marcin" na LC pisze o nich entuzjastycznie:
"...Zbiór kilkudziesięciu felietonów dla magazynu BLUSZCZ wydany w formie książki. Wybitny reżyser komedii , przedstawia szereg wydarzeń ze swojego życia: absurdy socjalizmu i życia w PRL, pierwsze wyjazdy na zachód,kulisy powstania filmów, niespełnione marzenia o karierze filmowej w Hollywood, i wiele innych interesujących tematów. Wszystko doprawione inteligentnym, niesztampowym poczuciem humoru, który znany jest od lat z filmów Machula Juniora. Czyta się świetnie."
.....lecz daje zaledwie 6 gwiazdek. Ja mam słabość do Machulskiego, szczególnie za jedną z najlepszych komedii jakie w moim długim życiu oglądałem tj za "Seksmisję", lecz jako starszy od niego o 12 lat, znam więcej takich anegdotek, dykteryjek, facecji czy purnonsensów o życiu w obozie KDL niż autor.
Dlatego też doceniając wartość i urok pojedynczych felietonów, jak i ukierunkowanie ich na ściśle określonego czytelnika (magazynu "Bluszcz'), w formie skomasowanej, książkowej, przynoszą rozczarowanie i poczucie déjà vu czy jak kto woli - odgrzewania starych kotletów. Nihil novi sub sole.
Na LC, po 5 latach od wydania (2012) dochrapał się oceny 6,75 i zaledwie 9 recenzji, co odbieram jako klęskę. Powinienem czas tej lektury poświęcić na oglądanie jego wspaniałych filmów. Mimo sympatii nie mogę dać więcej niż 5 gwiazdek.
Juliusz (ur. 1955), syn Jana (1928 – 2008), wydał tych 48 felietonów w 2012 roku. Felietony były pierwotnie drukowane w magazynie "Bluszcz" i niewątpliwie mogły się podobać, l wydane w formie książki przyniosły mnie srogi zawód. Bo np "Marcin" na LC pisze o nich entuzjastycznie:
"...Zbiór kilkudziesięciu felietonów dla magazynu BLUSZCZ wydany w formie książki. Wybitny reżyser komedii , przedstawia szereg wydarzeń ze swojego życia: absurdy socjalizmu i życia w PRL, pierwsze wyjazdy na zachód,kulisy powstania filmów, niespełnione marzenia o karierze filmowej w Hollywood, i wiele innych interesujących tematów. Wszystko doprawione inteligentnym, niesztampowym poczuciem humoru, który znany jest od lat z filmów Machula Juniora. Czyta się świetnie."
.....lecz daje zaledwie 6 gwiazdek. Ja mam słabość do Machulskiego, szczególnie za jedną z najlepszych komedii jakie w moim długim życiu oglądałem tj za "Seksmisję", lecz jako starszy od niego o 12 lat, znam więcej takich anegdotek, dykteryjek, facecji czy purnonsensów o życiu w obozie KDL niż autor.
Dlatego też doceniając wartość i urok pojedynczych felietonów, jak i ukierunkowanie ich na ściśle określonego czytelnika (magazynu "Bluszcz'), w formie skomasowanej, książkowej, przynoszą rozczarowanie i poczucie déjà vu czy jak kto woli - odgrzewania starych kotletów. Nihil novi sub sole.
Na LC, po 5 latach od wydania (2012) dochrapał się oceny 6,75 i zaledwie 9 recenzji, co odbieram jako klęskę. Powinienem czas tej lektury poświęcić na oglądanie jego wspaniałych filmów. Mimo sympatii nie mogę dać więcej niż 5 gwiazdek.
Anna Dziewit - Meller - "Góra Tajget"
Anna Dziewit – Meller - "Góra Tajget"
Anna Dziewit – Meller (ur. 1981), żona Marcina Millera (ur.1968), liderka zespołu "Andy", reporterka, pisarka, wydała m.in. (z mężem) "Guamardżos. Opowieści z Gruzji", zebrała dobre opinie za "śląską" "Górę Tajget", bazującą na T4 w Lublińcu.
Wikipedia o T4:
"..Akcja T4.. - nazwa programu realizowanego w III Rzeszy w latach 1939 – 1944 polegającego na fizycznej "eliminacji życia niewartego życia" (niem. "Vernichtung von lebenswurtem Leben")... ..Action T4 była pierwszym masowym mordem ludności dokonywanym przez niemieckie państwo nazistowskie, podczas którego opracowano "technologię" grupowego zabijania, zastosowaną później w niemieckich obozach zagłady. Akja ta była nazywana 'eutanazją' osób upośledzonych - stąd skrót E – Aktion, natomiast szerzej znany skrót T4 pochodzi od adresu biura tego przedsięwzięcia mieszczącego się w Berlinie przy Tiergartenstraße 4....
......Śląski Zakład Psychiatryczny w Lublińcu / sierpień 1942 – listopad 1944 / 221 (dzieci)..."
Jeszcze tytuł. Góry Tajget to pasmo na południowym Peloponezie, którego nazwa pochodzi od Tajgete, która była jedną z nimf Plejad tj córek tytana Atlasa i Plejony. Spartanie wrzucali do tamtejszych rozpadlin i czeluści chore albo słabe niemowlęta (wg Kopalińskiego), i per analogiam do lublinieckiej zagłady autorka wybrała ten tytuł.
Książka przypomina Krall, bo to bardziej publicystyka niż powieść. Czyta się z zapartym tchem, szczególnie obecnie, gdy pod płaszczykiem "żołnierzy wyklętych" stawia się pomniki różnym bandziorom, a godni uczczenia tego nie zaznają, bo nie mieszczą się w aktualnej "political correctness".
Autorka wprowadza dodatkowe wątki, które łączy jedno słowo - trauma. A jakie nie powiem, bo książka jest krótka i warto samemu poczytać. Dodatkową atrakcją książki jest gwara śląska, bo autorka jest „krojcokiem” („mieszańcem polsko – śląskim”).
Udana pozycja, czekam na więcej (7 gwiazdek)
Anna Dziewit – Meller (ur. 1981), żona Marcina Millera (ur.1968), liderka zespołu "Andy", reporterka, pisarka, wydała m.in. (z mężem) "Guamardżos. Opowieści z Gruzji", zebrała dobre opinie za "śląską" "Górę Tajget", bazującą na T4 w Lublińcu.
Wikipedia o T4:
"..Akcja T4.. - nazwa programu realizowanego w III Rzeszy w latach 1939 – 1944 polegającego na fizycznej "eliminacji życia niewartego życia" (niem. "Vernichtung von lebenswurtem Leben")... ..Action T4 była pierwszym masowym mordem ludności dokonywanym przez niemieckie państwo nazistowskie, podczas którego opracowano "technologię" grupowego zabijania, zastosowaną później w niemieckich obozach zagłady. Akja ta była nazywana 'eutanazją' osób upośledzonych - stąd skrót E – Aktion, natomiast szerzej znany skrót T4 pochodzi od adresu biura tego przedsięwzięcia mieszczącego się w Berlinie przy Tiergartenstraße 4....
......Śląski Zakład Psychiatryczny w Lublińcu / sierpień 1942 – listopad 1944 / 221 (dzieci)..."
Jeszcze tytuł. Góry Tajget to pasmo na południowym Peloponezie, którego nazwa pochodzi od Tajgete, która była jedną z nimf Plejad tj córek tytana Atlasa i Plejony. Spartanie wrzucali do tamtejszych rozpadlin i czeluści chore albo słabe niemowlęta (wg Kopalińskiego), i per analogiam do lublinieckiej zagłady autorka wybrała ten tytuł.
Książka przypomina Krall, bo to bardziej publicystyka niż powieść. Czyta się z zapartym tchem, szczególnie obecnie, gdy pod płaszczykiem "żołnierzy wyklętych" stawia się pomniki różnym bandziorom, a godni uczczenia tego nie zaznają, bo nie mieszczą się w aktualnej "political correctness".
Autorka wprowadza dodatkowe wątki, które łączy jedno słowo - trauma. A jakie nie powiem, bo książka jest krótka i warto samemu poczytać. Dodatkową atrakcją książki jest gwara śląska, bo autorka jest „krojcokiem” („mieszańcem polsko – śląskim”).
Udana pozycja, czekam na więcej (7 gwiazdek)
Monday, 19 June 2017
Peter HELLER - "Gwiazdozbiór Psa"
Peter HELLER - "Gwiazdozbiór psa"
Peter Heller (ur. 1959) zafundował nam postapokaliptyczną wizję o samotności, która stała się bestsellerem w Stanach, a na naszym LC zyskała dotychczas 7,18 (807 ocen i 145 opinii).
Niestety ja do niej nie dojrzałem, bo odebrałem ją tak:
-Po apokalipsie w postaci rodzaju grypy przechodzącej w jakąś chorobę krwi typu AIDS, pozostał nasz bohater, zabijający ludzi w myśl dewizy "nie chcem, ale muszem", jego koleś Bangley, który strzela nim pomyśli i pies. Poza ty są bliżej nieokreśleni bandyci i kolonia chorych. Mimo apokalipsy naszemu bohaterowi powodzi się dobrze: łowi ryby, zabija zwierzynę leśną, ma chałupę, kupę broni i amunicji, a nawet samolot. Brakuje mu coca-coli i kobity, bo nie ciupciał już 9 lat. Coca- colę zdobywa zabijając paru konkurentów do łupu, a po śmierci psa (karmionego ludzkim mięsem!!) leci szukać szczęścia. Ujrzawszy z samolotu niezłą kobitkę ląduje i po drobnych perypetiach, zamieszkuje na hamaku u kobity i jej ojca. Teraz zaczyna się Harlequin, w którego we wstępnym etapie bohater cierpi (s.559):
"...Serce wyrywało mi się z piersi, a mój kutas rozkurczył się i rozprostował i wydłużył, a później to był prawie ból...."
Szczęśliwie dochodzi do zbliżenia, a ze względu na ejaculatio precox bohater zadowala partnerkę na sposób francuski. Po zakończeniu igraszek seksualnych, para i tatuś lecą samolotem. Przy próbie lądowania nacinają się na znany wiejski obyczaj rozciągania liny stalowej w poprzek szosy. Tu mamy odmianę, bo z niewyjaśnionych przyczyn para staruszków rozciąga linę na pasie startowym. Bohater ląduje poza liną, tatuś zabija staruszków i następuje powrót na stare śmieci. Ratują ciężko rannego Bangleya, a oblubienica, z zawodu lekarka, leczy dzieci z kolonii chorych. Aby osiągnąć happy end w pełni, okazuje sie, że apokaliptyczną chorobę krwi świetnie się leczy witaminą D, którą lekarka zakupuje w Walmarcie.
Nie podlegające dyskusji 10 gwiazdek wśród najbzdurniejszych szmir!!
Peter Heller (ur. 1959) zafundował nam postapokaliptyczną wizję o samotności, która stała się bestsellerem w Stanach, a na naszym LC zyskała dotychczas 7,18 (807 ocen i 145 opinii).
Niestety ja do niej nie dojrzałem, bo odebrałem ją tak:
-Po apokalipsie w postaci rodzaju grypy przechodzącej w jakąś chorobę krwi typu AIDS, pozostał nasz bohater, zabijający ludzi w myśl dewizy "nie chcem, ale muszem", jego koleś Bangley, który strzela nim pomyśli i pies. Poza ty są bliżej nieokreśleni bandyci i kolonia chorych. Mimo apokalipsy naszemu bohaterowi powodzi się dobrze: łowi ryby, zabija zwierzynę leśną, ma chałupę, kupę broni i amunicji, a nawet samolot. Brakuje mu coca-coli i kobity, bo nie ciupciał już 9 lat. Coca- colę zdobywa zabijając paru konkurentów do łupu, a po śmierci psa (karmionego ludzkim mięsem!!) leci szukać szczęścia. Ujrzawszy z samolotu niezłą kobitkę ląduje i po drobnych perypetiach, zamieszkuje na hamaku u kobity i jej ojca. Teraz zaczyna się Harlequin, w którego we wstępnym etapie bohater cierpi (s.559):
"...Serce wyrywało mi się z piersi, a mój kutas rozkurczył się i rozprostował i wydłużył, a później to był prawie ból...."
Szczęśliwie dochodzi do zbliżenia, a ze względu na ejaculatio precox bohater zadowala partnerkę na sposób francuski. Po zakończeniu igraszek seksualnych, para i tatuś lecą samolotem. Przy próbie lądowania nacinają się na znany wiejski obyczaj rozciągania liny stalowej w poprzek szosy. Tu mamy odmianę, bo z niewyjaśnionych przyczyn para staruszków rozciąga linę na pasie startowym. Bohater ląduje poza liną, tatuś zabija staruszków i następuje powrót na stare śmieci. Ratują ciężko rannego Bangleya, a oblubienica, z zawodu lekarka, leczy dzieci z kolonii chorych. Aby osiągnąć happy end w pełni, okazuje sie, że apokaliptyczną chorobę krwi świetnie się leczy witaminą D, którą lekarka zakupuje w Walmarcie.
Nie podlegające dyskusji 10 gwiazdek wśród najbzdurniejszych szmir!!
Sunday, 18 June 2017
Witold BEREŚ, Krzysztof BURNETKO - "Andrzej Wajda. Podejrzany"
Witold BEREŚ, Krzysztof BURNETKO -
"Andrzej Wajda. Podejrzany"
Zaczynam od bardzo istotnej deklaracji autorów na początku książki (s.16 - e-book):
„. Nie godzimy się na taką wizję, według której czas PRL to okres sowieckiej okupacji, a wszyscy komuniści to łajdacy. Że tylko ten, kto w PRL siedział z założonymi rękami, jest czysty, a ten, kto tworzył czy działał na większą skalę – automatycznie kolaborował z systemem. Że na pewno zniewolony był ten, kto z racji swej profesji musiał kontaktować się z władzą....”
Bereś (ur.1960) i Burnetko (ur.1965) mają tak bogaty dorobek, tak z osobna, jak i razem, że nie miejsce tu, aby go omówić, przeto podaję jedynie malutki fragment z Wikipedii związany z omawianym dziełem:
„...W 2009 wspólnie z m.in. Arturem Więckiem i Krzysztofem Burnetką założył Fundację „Świat ma Sens”, promującą pozytywne myślenie oraz dorobek Polski i Polaków. Do jej głównych osiągnięć należy portal „Polska ma Sens”, filmy dokumentalne "Bartoszewski. Droga" i "Z marmuru, żelaza i nadziei…", płyta Magdy Brudzińskiej "Colorovanka" (wspólnie z Polskim Radiem) oraz książki: "Obywatel KK. Krzysztofa Kozłowskiego zamyślenia nad Polską" , "Krąg Turowicza. Tygodnik, czasy, ludzie: 1945–99" i wydane wspólnie z Agorą "Marek Edelman. Życie do końca" i "Andrzej Wajda. Podejrzany..."
Nie można pominąć słów samego Wajdy, które są uczciwą, przejrzystą odpowiedzią na ataki gęgaczy na jego osobę:
".....– Nie mieliśmy złudzeń: wojna się skończyła i nie wierzyliśmy, że w lesie przeczekamy do następnej. Starsi mieli jakieś porachunki, my nie. I nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia, bo nie było szans na inną drogę. Może, gdyby żył mój ojciec, mówiłby mi coś innego? Tego nie wiem. W każdym razie byłem bardzo rozczarowany tym, że ta przedwrześniowa Polska rozpadła się jak domek z kart. Nie tylko ja tak myślałem. Jan Rodowicz, legendarny „Anoda”, żołnierz grup szturmowych „Szarych Szeregów”, nie bez powodu od razu zapisał się na architekturę i nie myślał o żadnym sprzeciwie. Tak: nie wiązaliśmy się z tym, co było, tylko z tym, co będzie...."
A co dalej? Fascynująca historia nie tylko drogi życiowej i osiągnięć wybitnego reżysera, lecz przede wszystkim rzetelny obraz epoki młodym nieznany, bo obecnie perfidnie fałszowany i zakłamany. (Ku jasności: walczę z obłudą, że wszyscy walczyli z komuną, tj z nieliczną grupą kolaborantów, bo społeczeństwo cechował powszechny konformizm, a ja przez 45 lat znałem, i to tylko ze słyszenia, trzech odważnych: Michnika, Kuronia i Modzelewskiego).
Wajda się tłumaczy i logicznie argumentuje, bo "warszawka" krytykowała go za wszystko, i za "Pokolenie" zrobione pod czujnym okiem wszechwładnego protektora Forda, jak i śmierć Maćka na śmietniku. "Prawdziwa cnota krytyki się nie boi", więc Wajda wychodzi obronną ręką, a całą książkę określam z amerykańska - "Good job!!".
Niepoprawnym opluwaczom mówię: z najsławniejszego Polaka zrobiliście Bolka, z Wajdą podobny numer wam nie wyjdzie, bo to uznany światowy artysta.
"Andrzej Wajda. Podejrzany"
Zaczynam od bardzo istotnej deklaracji autorów na początku książki (s.16 - e-book):
„. Nie godzimy się na taką wizję, według której czas PRL to okres sowieckiej okupacji, a wszyscy komuniści to łajdacy. Że tylko ten, kto w PRL siedział z założonymi rękami, jest czysty, a ten, kto tworzył czy działał na większą skalę – automatycznie kolaborował z systemem. Że na pewno zniewolony był ten, kto z racji swej profesji musiał kontaktować się z władzą....”
Bereś (ur.1960) i Burnetko (ur.1965) mają tak bogaty dorobek, tak z osobna, jak i razem, że nie miejsce tu, aby go omówić, przeto podaję jedynie malutki fragment z Wikipedii związany z omawianym dziełem:
„...W 2009 wspólnie z m.in. Arturem Więckiem i Krzysztofem Burnetką założył Fundację „Świat ma Sens”, promującą pozytywne myślenie oraz dorobek Polski i Polaków. Do jej głównych osiągnięć należy portal „Polska ma Sens”, filmy dokumentalne "Bartoszewski. Droga" i "Z marmuru, żelaza i nadziei…", płyta Magdy Brudzińskiej "Colorovanka" (wspólnie z Polskim Radiem) oraz książki: "Obywatel KK. Krzysztofa Kozłowskiego zamyślenia nad Polską" , "Krąg Turowicza. Tygodnik, czasy, ludzie: 1945–99" i wydane wspólnie z Agorą "Marek Edelman. Życie do końca" i "Andrzej Wajda. Podejrzany..."
Nie można pominąć słów samego Wajdy, które są uczciwą, przejrzystą odpowiedzią na ataki gęgaczy na jego osobę:
".....– Nie mieliśmy złudzeń: wojna się skończyła i nie wierzyliśmy, że w lesie przeczekamy do następnej. Starsi mieli jakieś porachunki, my nie. I nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia, bo nie było szans na inną drogę. Może, gdyby żył mój ojciec, mówiłby mi coś innego? Tego nie wiem. W każdym razie byłem bardzo rozczarowany tym, że ta przedwrześniowa Polska rozpadła się jak domek z kart. Nie tylko ja tak myślałem. Jan Rodowicz, legendarny „Anoda”, żołnierz grup szturmowych „Szarych Szeregów”, nie bez powodu od razu zapisał się na architekturę i nie myślał o żadnym sprzeciwie. Tak: nie wiązaliśmy się z tym, co było, tylko z tym, co będzie...."
A co dalej? Fascynująca historia nie tylko drogi życiowej i osiągnięć wybitnego reżysera, lecz przede wszystkim rzetelny obraz epoki młodym nieznany, bo obecnie perfidnie fałszowany i zakłamany. (Ku jasności: walczę z obłudą, że wszyscy walczyli z komuną, tj z nieliczną grupą kolaborantów, bo społeczeństwo cechował powszechny konformizm, a ja przez 45 lat znałem, i to tylko ze słyszenia, trzech odważnych: Michnika, Kuronia i Modzelewskiego).
Wajda się tłumaczy i logicznie argumentuje, bo "warszawka" krytykowała go za wszystko, i za "Pokolenie" zrobione pod czujnym okiem wszechwładnego protektora Forda, jak i śmierć Maćka na śmietniku. "Prawdziwa cnota krytyki się nie boi", więc Wajda wychodzi obronną ręką, a całą książkę określam z amerykańska - "Good job!!".
Niepoprawnym opluwaczom mówię: z najsławniejszego Polaka zrobiliście Bolka, z Wajdą podobny numer wam nie wyjdzie, bo to uznany światowy artysta.
Henning MANKELL - "Grząskie piaski"
Henning MANKELL - "Grząskie piaski"
Henning Mankell (1948 -2015) - szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i dramaturg. W Polsce, podobnie jak w większości krajów poza rodzinną Szwecją, popularność przyniosła mu seria powieści kryminalnych, których bohaterem jest komisarz policji Kurt Wallander. W roku 2014 Henning Mankell ujawnił, że zdiagnozowano u niego raka płuc. Zainspirowało to jego do napisania tej właśnie powieści autobiograficznej.
Nie czytałem ani jednej jego książki, co ułatwia mnie obiektywne podejście do tej autobiografii, a z Wikipedii dowiedziałem się, że to zięć Ingmara Bergmana.
I tutaj muszę skorygować swoje dwukrotne określenie tej książki autobiografią, bo jeśli nawet dowiadujemy się coś niecoś o życiu autora to niejako „przy okazji”. Jest to natomiast zbiór refleksji autora na najprzeróżniejsze tematy. To jest remanent szuflad mózgowych w obliczu śmierci, podyktowany troską i chęcią przekazania swoich przemyśleń przed odejściem. I nie ma znaczenia merytoryczna wartość tych zwierzeń, bo należy uszanować, wysłuchać i docenić szczerą chęć umierającego człowieka do podzielenia się z nami, tym co go nurtuje, zastanawia czy bawi. Obok tematów mniej lub bardziej związanych z chorobą, powtarza się troska o odpady jądrowe tzn niechlubne dziedzictwo, które przekazujemy następnym pokoleniom, a przekaz różnorodnej, szerokiej tematyki ułatwia forma anegdot, dykteryjek i facecji.
No i Mankell zafascynował mnie od pierwszej strony, bo jak nie pokochać faceta cierpiącego wskutek raka z przerzutami, który tak wspomina portret rodzinny z lat 70. XVIII wieku (s.16 e-book):
„...Kompozycja obrazu jest typowa dla tamtego czasu. Chłopcy, żywi i umarli, zebrani są wokół ojca po lewej stronie, dziewczynki otaczają matkę po prawej. Żywe dzieci spoglądają w oczy oglądającemu portret, martwe mają twarze odwrócone w bok lub skrywają je do połowy za plecami rodzeństwa. Jednemu z umarłych chłopców widać tylko kawałek czupryny i jedno oko. Zupełnie jakby bezsilnie próbował dostać się na bliższy plan. W kołysce obok matki leży do połowy zakryte niemowlę. W tle widać kilka dziewczynek. Można doliczyć się w sumie sześciorga umarłych dzieci. Na tym obrazie czas się zatrzymał, podobnie jak na fotografii...”
Autor ironicznie zauważa, że ten obraz „przedstawia tragizm naszego życia. Jest na nim wszystko”. Dla mnie - bomba! Szczególnie, że akurat u mnie stojącego (raczej siedzącego) nad grobem podejrzewają 127 chorobę - niejakiego lupusa („homo homini lupus”) tj po polsku „nefropatię toczniową”, ha, ha!!
Tytuł nawiązuje do artykułu niegdyś przeczytanego przez autora, w którym...(s.30):
„... pewien mężczyzna, ubrany w mundur w kolorze khaki, ze strzelbą przewieszoną przez ramię i ekwipunkiem, wszedł prosto w zdradliwy piasek i utknął w nim, bez cienia szansy na uwolnienie. Powoli zapadał się coraz głębiej i głębiej. W końcu piasek zasypał mu usta i nos. Mężczyzna był skazany na śmierć. Dusząc się, znikał pod piaskiem, aż przestał być widoczny nawet czubek jego głowy...”
Autor doznał tego uczucia, dowiedziawszy się o swojej chorobie:
„...Kiedy dowiedziałem się, że mam raka, odżył we mnie ten dawny lęk. Myśląc teraz o tej chwili, dochodzę do wniosku, że lęk nie tylko we mnie odżył, ale też zaatakował z całą siłą. Ogarnęło mnie absurdalne przerażenie na myśl właśnie o grząskim piasku. Wyobrażałem sobie, że mnie pochłania, a ja rozpaczliwie próbuję się z niego wydostać. Paraliżował mnie strach przed śmiertelną chorobą. Zmaganie się z paniką, która odbierała mi siłę do życia, trwało dziesięć dni i dziesięć ledwie przespanych nocy.....”
No i szczęśliwie dla siebie i czytelników autor wygrzebał się z tych piasków i niezwykle ciekawie przekazał co w nim siedzi.
Bogactwo tematyki nie pozwala na podjęcie dyskusji, nie jest ona zresztą potrzebna, bo najważniejsze jest podejście autora do życia, przemijania i śmierci. Niewątpliwie jest to lektura wzbogacająca i wzmacniająca psychikę czytelnika. Polecam!!
Henning Mankell (1948 -2015) - szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i dramaturg. W Polsce, podobnie jak w większości krajów poza rodzinną Szwecją, popularność przyniosła mu seria powieści kryminalnych, których bohaterem jest komisarz policji Kurt Wallander. W roku 2014 Henning Mankell ujawnił, że zdiagnozowano u niego raka płuc. Zainspirowało to jego do napisania tej właśnie powieści autobiograficznej.
Nie czytałem ani jednej jego książki, co ułatwia mnie obiektywne podejście do tej autobiografii, a z Wikipedii dowiedziałem się, że to zięć Ingmara Bergmana.
I tutaj muszę skorygować swoje dwukrotne określenie tej książki autobiografią, bo jeśli nawet dowiadujemy się coś niecoś o życiu autora to niejako „przy okazji”. Jest to natomiast zbiór refleksji autora na najprzeróżniejsze tematy. To jest remanent szuflad mózgowych w obliczu śmierci, podyktowany troską i chęcią przekazania swoich przemyśleń przed odejściem. I nie ma znaczenia merytoryczna wartość tych zwierzeń, bo należy uszanować, wysłuchać i docenić szczerą chęć umierającego człowieka do podzielenia się z nami, tym co go nurtuje, zastanawia czy bawi. Obok tematów mniej lub bardziej związanych z chorobą, powtarza się troska o odpady jądrowe tzn niechlubne dziedzictwo, które przekazujemy następnym pokoleniom, a przekaz różnorodnej, szerokiej tematyki ułatwia forma anegdot, dykteryjek i facecji.
No i Mankell zafascynował mnie od pierwszej strony, bo jak nie pokochać faceta cierpiącego wskutek raka z przerzutami, który tak wspomina portret rodzinny z lat 70. XVIII wieku (s.16 e-book):
„...Kompozycja obrazu jest typowa dla tamtego czasu. Chłopcy, żywi i umarli, zebrani są wokół ojca po lewej stronie, dziewczynki otaczają matkę po prawej. Żywe dzieci spoglądają w oczy oglądającemu portret, martwe mają twarze odwrócone w bok lub skrywają je do połowy za plecami rodzeństwa. Jednemu z umarłych chłopców widać tylko kawałek czupryny i jedno oko. Zupełnie jakby bezsilnie próbował dostać się na bliższy plan. W kołysce obok matki leży do połowy zakryte niemowlę. W tle widać kilka dziewczynek. Można doliczyć się w sumie sześciorga umarłych dzieci. Na tym obrazie czas się zatrzymał, podobnie jak na fotografii...”
Autor ironicznie zauważa, że ten obraz „przedstawia tragizm naszego życia. Jest na nim wszystko”. Dla mnie - bomba! Szczególnie, że akurat u mnie stojącego (raczej siedzącego) nad grobem podejrzewają 127 chorobę - niejakiego lupusa („homo homini lupus”) tj po polsku „nefropatię toczniową”, ha, ha!!
Tytuł nawiązuje do artykułu niegdyś przeczytanego przez autora, w którym...(s.30):
„... pewien mężczyzna, ubrany w mundur w kolorze khaki, ze strzelbą przewieszoną przez ramię i ekwipunkiem, wszedł prosto w zdradliwy piasek i utknął w nim, bez cienia szansy na uwolnienie. Powoli zapadał się coraz głębiej i głębiej. W końcu piasek zasypał mu usta i nos. Mężczyzna był skazany na śmierć. Dusząc się, znikał pod piaskiem, aż przestał być widoczny nawet czubek jego głowy...”
Autor doznał tego uczucia, dowiedziawszy się o swojej chorobie:
„...Kiedy dowiedziałem się, że mam raka, odżył we mnie ten dawny lęk. Myśląc teraz o tej chwili, dochodzę do wniosku, że lęk nie tylko we mnie odżył, ale też zaatakował z całą siłą. Ogarnęło mnie absurdalne przerażenie na myśl właśnie o grząskim piasku. Wyobrażałem sobie, że mnie pochłania, a ja rozpaczliwie próbuję się z niego wydostać. Paraliżował mnie strach przed śmiertelną chorobą. Zmaganie się z paniką, która odbierała mi siłę do życia, trwało dziesięć dni i dziesięć ledwie przespanych nocy.....”
No i szczęśliwie dla siebie i czytelników autor wygrzebał się z tych piasków i niezwykle ciekawie przekazał co w nim siedzi.
Bogactwo tematyki nie pozwala na podjęcie dyskusji, nie jest ona zresztą potrzebna, bo najważniejsze jest podejście autora do życia, przemijania i śmierci. Niewątpliwie jest to lektura wzbogacająca i wzmacniająca psychikę czytelnika. Polecam!!
Subscribe to:
Posts (Atom)