Saturday, 12 April 2014

Sergiusz PIASECKI - "Zapiski oficera Armii Czerwonej"

Sergiusz PIASECKI - “Zapiski oficera Armii Czerwonej”

Trudno uwierzyć, że parę dni temu, piałem peany na cześć Piaseckiego, a jego wspaniałej książce pt „Siedem pigułek Lucyfera” z przyjemnością dałem 10 gwiazdek, a dziś pozostaję zniesmaczony niestrawną lekturą PRYMITYWNEJ groteski, napisanej, by wzbudzić rubaszny rechot „rusofobów” i tych z Polaków, którzy pogardzają Rosjanami.

Nie ja wymyśliłem prawdę, że POLACY MAJĄ KOMPLEKS NIŻSZOŚCI WOBEC ZACHODU I KOMPLEKS WYŻSZOŚCI WOBEC WSCHODU.

Miłosz wielokrotnie pisał o swoim rozmiłowaniu w literaturze i muzyce rosyjskiej, a ja biorę do ręki, leżący na moim biurku „The WORLD ALMANAC 2007” i w dziale „Noted Personalities”, w rubryce „Writers of the Past” z adnotacją /Russ/ kolejno znajduję: Achmatową, Aleichema, Babla, Błoka, Brodskiego, Bułhakowa, Czechowa, Dostojewskiego, Erenburga, Gogola, Gorkiego, Lermontowa, Mandelstama, Majakowskiego, Nabokowa, Pasternaka, Puszkina, Randa, Szołochowa, Tołstoja, Turgieniewa - razem 21, wobec „naszych” 3 - Herberta, Miłosza i Singera. W rubryce „Composers of Classical and Avant Garde Music” widzę: Borodina, Glinkę, Chaczaturiana, Musorgskiego, Prokofiewa, Rachmaninowa, Rymskiego-Korsakowa, Szostakowicza, Strawińskiego, Czajkowskiego - dziesięciu, wobec „naszych” znów trzech: Chopina, Paderewskiego i Pendereckiego. A może w nauce mamy kogoś porównywalnego z np Mendelejewem? Więc troszkę ostrożniej z tym rechotem.

Zacofanie cywilizacyjne Wschodniej Europy ciągnie się przez całą historię, a wraz z nim historia wszy. W szkole nas uczono jak Piotr I, po powrocie z Holandii, obcinał bojarom zawszone brody, ale ja dobrze poznałem jak wszy gryzą, i to w Polsce. Po raz pierwszy pogryzły mnie w 1944 r, „na wygnaniu” tzn gdy w panice przed zbliżającymi się do Warszawy wojskami sowieckimi, w wyniku szerzącej się rusofobii, wyniesiony /bo miałem rok/ zostałem przez rodziców do zawszonej wsi. Gdy poszedłem w WARSZAWIE /a nie kołchozie/, do szkoły w 1949, co miesięczna kontrola zawszenia w klasie dawała pozytywny rezultat od 10 do 50% /to 50 - po koloniach, obozach etc,/. Na wielu koloniach golono łby /mnie w Bukowinie w 1953/ przymusowo. A ponad wszystko, Drodzy Czytelnicy, proponuję wystukać PLICA POLONICA bądż POLISH PLAIT tzn kołtun, to dowiecie się z jakim narodem kojarzy się na całym świecie ta JEDNOSTKA CHOROBOWA.

Nie mam zamiaru bronić sowieckiej „dziczy”, która rabowała i gwałciła, m.in. bliską mojej rodzinie osobę, z którą najpierw opłakiwali śmierć jej 17-letniego syna w Powstaniu Warszawskim, by za chwilę w ponad 20 zgwałcić. Nie bronię też smakoszy pasty do podłóg „Dobrolin”, którzy nie usłuchali przestróg, znajomego mnie, kierownika firmowego sklepu i spożyli ją jako „sało”, a dostawszy krwawej biegunki wskutek zawartej w niej terpentyny, chcieli go rozstrzelać. Pamiętam też doskonale przygodę rosyjskiego generała podejmowanego na przyjęciu, we Lwowie, który znalazwszy się w łazience z porcelanowymi utensyliami, nie śmiał ich zbrukać, więc przykucnął w samym rogu, po czym, zobaczywszy sznurek rezerwuarowy, pociągnął go, a w lecącej wodzie, opłukał ręce. Mam też przed oczami „ruskich” obwieszających się orderami i zegarkami, lecz w beztroskim rechotaniu nad wszawicą, złotymi zębami, nieznajomością pasa do pończoch czy bananów przeszkadza mnie pamięć.
Pamięć warszawiaka z ekskluzywnej dzielnicy - Saskiej Kępy, wychowanego w inteligenckiej rodzinie, który dopiero na emigracji, w Kanadzie uczył się z mozołem spożywania większości „południowych” owoców. Ze swojej pamięci nie potrafię też wymazać rozmowy z Holendrem w Interklubie „Dziekanka” /kluby studenckie na okres wakacji przemianowywano na Interkluby otwarte do 2 w nocy, i w których codziennie grano jazz/, w końcu lat 60-tych, który nie mógł się nadziwić, że Polki nie depilują ,nóg, a i często, włosy spod pach im sterczą. A zęby? Do lat 90-tych, trudno było znależć Polaka z pełnym, zdrowym uzębieniem, a złotymi zębami niektórzy świecą do dziś.
Wybitnie zdolny Piasecki, znający wyjątkowo dobrze rzeczywistość ze względu choćby na swoją bogatą przeszłość kryminalną, wypisuje dyrdymały, by się przypodobać rusofobicznej londyńskiej emigracji wśród ktorej żyje, po ucieczce z kraju w 1946 roku, a dzisiejszy zachwyt nad książką jest wynikiem nawrotu tejże rusofobii.
Wskutek „poprawki” z 10-ej do maturalnej klasy, z rosyjskiego, którego ostentacyjnie nie uczyliśmy się, /co za głupota, przecież „wroga” język lepiej znać, co udowodniła niedawna okupacja niemiecka/, zmuszony byłem do nauczenia się kilku wierszy rosyjskich. I dziemu stałem się miłośnikiem Błoka i Jesienina, a potem z własnej inicjatywy - oczarowanie Achmatową, Cwietajewą czy Mandelsztamem. A z modą na brząkanie na gitarze WSZYSCY kochaliśmy Wysockiego, Wertyńskiego czy Okudżawę, co nie przeszkadzało nam coraz silniej buntować się przeciw zwierzchności Moskwy.
Piszę o tym, bo żeby było zabawnie musi być zachowana krztyna prawdy, a zbyt daleko posunięty radykalizm powoduje utratę wiarygodności. A to obserwujemy u Piaseckiego, np w sprawach religijnych. O ile możemy się uśmiechnąć, z reakcji naszego bohatera na widok, jak i przesłuchanie księdza katolickiego, mimo, że o nim dużo czytał /str.54/, to absolutnie niewiarygodne jest nazywanie Matki Boskiej - „damą z koroną” /str.73/. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje twierdzenia, że Kult Maryjny zawsze był silny u Rosjan i że mimo SIEDEMDZIESIĘCIOLETNICH restrykcji przetrwał, jak i umiejętność PISANIA IKON, jako, że Rosjanie byli, są i będą IKONODULAMI. Spójrzcie na dzisiejszą Rosję; jej wielkomocarstwowość jest głoszona przez dysydenta Sołżenicyna na bazie zrewitalizowanego Kościoła Prawosławnego.
Ale i cała perfekcyjna indoktrynacja, która doprowadziła bohatera do bezgranicznej wiary w Stalina, staje się u Piaseckiego niewiarygodna, gdy z powodu niesprawdzonej plotki zostaje zniweczona: /str.123/
„Więc ja portret jego ze ściany zdjąłem i patrzę w tę fałszywą gruzińską mordę.. i przemówiłem:... ..rozumu na to miałeś za mało, więc wygnali ciebie z seminarium jak sobakę. A teraz znów durniem okazałeś się!”
Pamiętam 1956 rok i referat Chruszczowa na XX Zjeżdzie KPZR, obalający mit Stalina. Wielu ludzi nie przeżyło utraty tego „boga”, wielu trafiło do klinik psychiatrycznych; i to nie tylko w Rosji, również w Polsce, znam to z autopsji.
Ta cała dotychczasowa krytyka, to małe piwo, wobec najważniejszej kwestii. Otoż Piasecki, w ramach sianej nienawiści, zaprzecza niepodważalnej opinii, że Rosjanin ostatnią kromką się podzieli, że koszulę z grzbietu ściągnie, by pomóc potrzebującemu. Świadectwo temu dają we wspomnieniach m.in. SYBIRACY, pensjonariusze gułagów i łagrów, „turyści” zwiedzajacy Tajgę... W wielu polskich wspomnieniach czytamy, jak biedni Rosjanie pomagali przeżyć katorgę. Nie można NKWD, działalności rożnych funkcjonariuszy wrzucać do jednego wiadra z uciemiężoną duszą rosyjską. Autor delektuje się wymyślonym brakiem empatii u Rosjan: str 127, 128, 132 ; np:
„U nas to by nikt mnie pomocy nie okazał”.
No i finał. Za ponad dwa lata pomocy, jak się odwdzięczył. Proszę samemu przeczytać, dla mnie zbyt drastyczne. .... A to wredny kacap.
Dla panów z Londynu, którzy nie przeżyli okupacji w kraju, którym nie podobał się układ Sikorski-Majski, i tym obecnym, co plują w twarz WIĘŻNIOM ŁAGRÓW I GUŁAGÓW, którzy nie zdążyli wyjść z Andersem, więc przyszli z Berlingiem, na „SOWIECKICH CZOŁGACH”, książka może się podobać. MNIE NIE. Bo chociaż moja rodzina szczęśliwie przeżyła niemiecką okupację, a w PRL-u mój Ojciec został przez słynną „krwawą Lunę” Brystygierową wyrzucony na bruk z uczelni, to dalej wyznaję Jego dewizę, że „LEPIEJ RUSKIEGO W D..Ę POCAŁOWAĆ, NIŻ NIEMCOWI RĘKĘ PODAĆ”. Tylko ci ostatni nas nazywali Untermenschen.
A czytelnikom lubiącym dobrą satyrę na temat ZSRR polecam Erenburga „Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca”, Ilfa i Pietrowa „Złoty Cielec” i „Dwanaście krzeseł” oraz wszystko Bułhakowa.
PS Wyścigi w donoszeniu do NKWD Piasecki „zapożyczył” z Erenburga, gdzie Lejzorek stara sie ubiec /i vice versa/ towarzyszkę Pukie.


Tuesday, 8 April 2014

Henry David THOREAU - "WALDEN"

Henry David THOREAU - “WALDEN”

PRZECZYTANE Z OBOWIĄZKU, a jak ja, to i inni winni przeczytać. A że tematyka bogata i twierdzeń dyskusyjnych sporo, siedem aż gwiazdek daję, poniekąd wbrew sobie.

Jako stary dziad, sceptyczny i złośliwy muszę zapytać: „PO COŚ PAN WRACAŁ, PANIE THOREAU?”.

Z jego życiorysu wiemy, że był ekscentrykiem i samotnikiem, że niewątpliwie był pod silnym wpływem, starszego o 14 lat Ralpha Valdo EMERSONA, o którym Wikipedia pisze:

„...nie stworzył SPÓJNEGO systemu filozoficznego..” /podk.moje/

Dalej, że w 1841 roku, zamieszkał u Emersonów i pełnił rolę korepetytora dla dzieci, ogrodnika i człowieka do wszystkiego, że spowodował pożar 1,2 km kw. lasu WALDEN Woods w 1844, no i że w 1845 r, jego rówieśnik, poeta Ellery Channing /1817-1901/, przekładajac „na nasze” powiedział tak: „Chłopie, masz 28 lat, nie masz żadnej dziewczyny, siedzisz za służącego u Ralpha, czego tu się będziesz pętał? Śmigaj do lasu, chałupę se postaw i zastanów się nad samym sobą”. No i 4 lipca 1845 roku Thoreau rozpoczął życie eremity nad emersonowskim stawem Walden. Wiemy o dwóch przerwach w tym pobycie; jedna - z powodu wycieczki na Mount Katadhin w Maine, a druga - mniej przyjemna, bo w areszcie z powodu niepłacenia przez 6 lat podatków. Ciotka za nieudacznika zapłaciła, a on wrócił do buszu. W dniu 6 września 1847 roku zakończył happening i zamieszkał ponownie u Emersonów, skad się wyniósł ostatecznie w 1849 r., by resztę życia /13 lat/ spędzić na łonie rodziców i siostry. Żadnej kobitki, żadnych dzieci, całe życie NIEPRZYSTOSOWANY. No i moment, w którym decyduje się na erem; ma 28 lat, za dwa lata trzydziestka, a więc granica między zbijaniem, a czerpaniem z jakiegokolwiek zdobytego dotąd kapitału.

Ta książka jest właśnie pocieszającą, podtrzymującą na duchu i pozwalającą na snucie nierealnych marzeń lekturą, przeznaczoną dla sfrustrowanych, mających problemy z asymilacją w cywilizacji XXI wieku. Książka ta odżyła obecnie, dzięki działaniom propagandowym i marketingowym Billa McKibbena, „leading environmentalist”, specjalisty od organizowania „zadym” związanych z „global warming, alternative energy, risks associated with human genetic engineering”. Nie wiem, jak w polskim wydaniu, ale amerykańskie był uprzejmy „obciążyć” swoją nudną przedmową, w której instrumentalnie traktuje książkę dla propagowania własnych idei, i potwornymi przypisami-komentarzami służącymi do urabiania opinii czytelników w materii poglądów przez siebie lansowanych. Przykład - już na stronie 6 rozpisuje się na temat „symptoms of ”, które objawia OBECNIE 71 % robotników czując się „used up” pod koniec dnia roboczego. Nie po to czytam XIX-o wiecznego Thoreau, by XXI-o wieczny McKibben psuł mnie lekturę.

A jeszcze jedno moje zwarcie z McKibbenem. Najpierw w przedmowie oświadcza:

„Understanding the whole of the book is a hopeless task”

a w przypisie na str.1 mnie poucza:

„You will get very little from „Walden” if you read it hunting for contradictions..”

McKibben, WAL SIĘ, jak mawia dzisiaj młodzież, bo ja czytam książki, by m.in. móc polować na sprzeczności, czyli wychwytywać głupoty.
.
Nim przejdę do książki, czuję się zobowiązany wyjaśnić, że czując się uczniem ks. J. TISCHNERA, powtarzam za nim, że człowiek realizuje się, tylko i wyłącznie, przez drugiego człowieka, więc ciągoty alienacyjne są dla mnie z innej bajki. Gdy byłem młody było nas 1,8 mld i katastrofiści wróżyli koniec świata, gdy ludność Ziemi przekroczy 2,5 mld; dzisiaj, zdaje się, jest nas ponad 7 mld..... Nauczmy się żyć wśród ludzi, a nie uciekać od nich.

Osiemnaście różnorodnych tekstów, ktore łączy poza intelektualisty i infantylizm. Widocznie ukończenie studiów w wieku 20 lat było przedwczesne, a i brak jakiegokolwiek normalnego zajęcia skrzywiło osobowość. W niektórych kwestiach trudno zrozumieć o co mu chodzi. Np zglasza pretensje, że klasyczna literatura grecka i łacińska, czytana w tłumaczeniu na język angielski nie pozwala na dokładne zrozumienie idei. No to po co, chłopie, siedzisz w lesie? Wracaj na Harvard, poducz się łaciny i greki, i studiuj originały. Ale to nie zadziała, bo język pisany różni się od mówionego, a ponadto dużą rolę odgrywają dialekty. A w ogóle, niespełniony w życiu między ludżmi, ucieka do pustelni, by współżyć z naturą, a znalazwszy się tam, filozofuje i otoczony licznymi książkami, wyszukuje w nich liczne cytaty, tracąc czas, który miał poswięcić naturze.

Bardzo staranną, profesjonalną analizę, wraz z uwagami Tadeusza SŁAWKA warto przeczytać w polskiej Wikipedii, pod hasłem WALDEN; ja z niej się dowiedziałem, że podobno „Iliadę” Thoreau czytał w oryginale.

Na koniec zdemaskuję go w kwestii zarobków. Twierdzi, że tak sobie ustawił życie, że wystarczy mu pracować 6 tygodni w roku. Jak to ma się do rzeczywistości?. Przecież całe życie spędził na łasce Emersona, a póżniej rodziców i siostry. Jak miał pracować 6 tygodni, skoro był służącym, ogrodnikiem i korepetytorem? Studia skończył w 1837 r, do Emersona wprowadził się w 1841 r., a w lipcu 1846 trafił do więzienia za niepłacone podatki. A swoje wiekopomne dzieło wydał własnym sumptem i w ciągu 8 lat sprzedał niecałe 2000 egzemplarzy. Dodajmy, że szybko zostało zapomniane, na równi z autorem, a prawdziwa rewitalizacja nastąpiła obecnie, by służyć jako manifest , nazwijmy to skrótowo, - zielonym.


Sunday, 6 April 2014

Zbigniew HERBERT - "Mistrz z Delft"

Zbigniew HERBERT - “Mistrz z DELFT”

Bardzo ciekawy zbiór szkiców, tak różnorodnych, że czuję się zmuszony do spokojnego odnotowywania, co mnie one dały. Pośmiertne opracowanie tego zbioru jest tamże dokładnie opisane, więc ja podkreślę tylko najcenniejszy w nim udział Barbary Toruńczyk.
I tak w „Hamlecie na granicy milczenia” spodobało mnie się określenie myślenia „jako pewnej luksusowej formy życia”, jak i odróżnienie „myśli myślanej” od „myśli myślącej”, rozumianej jako intelektualnej formy przeżywania rzeczywistości. Trafne jest też nazwanie kwestii, zaczynającej się od „być albo nie być” - „monologiem o metafizycznym ryzyku samobójstwa”. Dalej kapitalne wykazanie różnic między Werterem a Hamletem, jak i Orestesem a Hamletem, aby w końcu wytłumaczyć różnicę między wyborem a świadomym losem.
W „Holy Iona” Herbert zauważa napis na rzeżbie przedstawiającej Madonnę:
„Leo Lipschitz - Żyd wierny wyznaniu swoich przodków - wyrzeżbił tę Madonnę, aby ludzie porozumieli się między sobą i aby duch zapanował na ziemi”.
I stwierdza: „Wtedy uświadomiłem sobie, że podróżuję po Europie po to, aby z długich i dramatycznych dziejów ludzkich wydobyć ślady, znaki utraconej wspólnoty”.
W „Diariuszu greckim”, obok stwierdzenia, że..
„Wszystko, co lepsze w dziedzinie sztuki, przypada na czasy, kiedy warunki materialne były liche..”
- poznajemy poczucie humoru Herberta, który opowiada, jak znużony całodziennym zwiedzaniem starożytnych zabytków, zostaje zaskoczony przez dwie „leciwe Amerykanki, że nie widział rzeczy najważniejszej - grobu Ewy Palmer, a co gorsza nie wie, kim była ta istota”.
Cztery następne szkice, w tym tytułowy o Vermeerze, dotyczą malarzy holenderskich i dzięki erudycji Herberta mają wielką wartość poznawczą. Z przyjemnością się poduczyłem i „no comments”
Tak, to omówiliśmy jedną z pięciu części książki, ale najistotniejszą z punktu widzenia recenzenta. Bo II części, zawierającej wybór wierszy, nie śmiem omawiać, skoro zyskały najwyższe miejsce w poezji światowej, a dalsze trzy są króciutkie.
W trzeciej – „Prywatnej historii świata” Herbert, najpierw, porusza kwestię świadomości historycznej:
„Świadomość historyczna to taka postawa myślowa i moralna, która akceptuje przeszłość jako rozległe pole ludzkich doświadczeń: błędów, zbrodni, ale także przykładów męstwa i rozsądku, i która zakłada, że nasze czyny tutaj i teraz znajdą przedłużenie w przyszłości... ...ludzkość nie powinna się /jej/ wyzbywać za niską cenę pragmatycznych sukcesów politycznych..”.

Fascynację „własną wyjątkowością, poczuciem, że żyjemy w czasach nieporównywalnych, bez żadnej analogii do tego, co było przedtem” nazywa delikatnie „swoistym narcyzmem cywilizacyjnym”, podczas, gdy to głupota i chucpa.

Z dalszych szkiców wyłowiłem piękne zdanie o naiwnej nadziei naukowców:
„Chcemy wierzyć, że istnieją królestwa intelektu poza dobrem i złem, nieskażone politycznym obłędem, wolne od zbrodni epoki. Wydaje się, że w dzień Sądu Ostatecznego ci, którzy zajmowali sie astronomią, heraldyką czy entomologią - przejdą gładko na stronę zbawionych, automatycznie niejako, z samej racji wykonywanego zawodu”.
W podziękowaniu za Nagrodę Eliota, Herbert mówi o roli literatury, o jej „suwerennym władaniu czasem” :
„Najtrafniej wyraził to Eliot, odkrywając pod regułami gramatyki nurt poezji:
Time present and time past
Are both perhaps present in time future,
And time future contained in time past..”


Część czwarta została zatytułowana “Herbert o swoich wierszach” i przynosi autokomentarz „Dlaczego klasycy?”, poprzedzony wierszem o tym samym tytule i niewykonane słuchowisko radiowe pt „Dotknąć rzeczywistości”. W autokomentarzu czytamy:
„Sądzę,,,, że czarna tonacja literatury współczesnej ma swoje żródło w postawie, jaką zajmują twórcy wobec rzeczywistości. I właśnie tę postawę starałem się w wierszu zaatakować.
Romantyczna koncepcja poety obnażającego swoje rany, opowiadającego o własnym nieszczęściu, ma dziś wielu zwolenników mimo przemian stylów i gustów literackich. Uważa się powszechnie, że świętym prawem artysty jest jego ostentacyjny subiektywizm, manifestowanie obolałego „JA” .”
Przygotowane słuchowisko radiowe to ponad dwadzieścia wierszy komentowanych przez poetę. Znajdujemy tam uwagę odnoszącą się do Nauczyciela Herberta - prof. Henryka ELZENBERGA, z którym poeta pozostawał w bardzo bliskim stosunku:
„Mój profesor filozofii, ucząc mądrości greckiej, wpajał nam entuzjazm dla stoików. W czasach, kiedy to się działo, amor fati ratował od szaleństwa. Czytaliśmy. Czytaliśmy tedy Epikteta, Marka Aureliusza i ćwiczyliśmy się w sztuce ataraksji, wypędzając z duszy wzburzenia i namiętności. Życie w zgodzie z naturą, to znaczy z rozumem, pośród szalejącego świata i wrzasków nienawiści było trudnym doświadczeniem”.
Herbert jest znawcą historii starożytnej i mitologii, więc bezlitośnie je obie wykorzystuje w komentarzach, by mówić o problemach świata współczesnego.

Ostatnia, krótka część, zatytułowana „Charaktery” to pięć szkiców, w ogóle ze sobą niepowiązanych, lecz idea chęci ocalenia ich od zapomnienia, jest jak najbardziej słuszna, a ja ze szczególną przyjemnością czytam słowa o Jerzym Ficowskim i Josifie Brodskim.

Mariusz SZCZYGIEŁ - GOTTLAND

Mariusz SZCZYGIEŁ - „Gottland”

GOTTLAND - od Karela Gotta, ktory dla mojego pokolenia był socjalistycznym ELVISEM PRESLEYEM.

Gdzieś mnie umknął ten Szczygieł i choć słyszałem o zdobytych przez niego licznych prestiżowych nagrodach, to /wstyd przyznać/ dopiero teraz, tj w kwietniu 2014 r. zaczynam go czytać. I z tej właśnie przyczyny, nie będę piał peanów, na jakie niewątpliwie zasługuje, bo byłoby to nudne. Postanowiłem nadać mojej opinii charakter refleksji, jakie nachodzą mnie po każdej jednej powiastce.

I tak zaczynamy od FASCYNUJĄCEJ historii imperium Bata, a tam credo funkcjonujące i obecnie w Stanach Zjednoczonych:

„Bierzmy pracę, jaką dają, pracę za każdą cenę. Uznajmy, że przyjmowanie zasiłków jest hańbą. Zasiłek nie jest przejawem człowieczeństwa, to jest zabicie duszy człowieka. To jest korumpowanie słabych”.

Dodałbym jeszcze kwestię wstydu ze znalezienia się wśród nieudaczników, stanowiących circa 8% ogółu chętnych do pracy. Spotkałem się z tym w czasie kryzysu – w 1990 r., w Toronto, gdy mój sąsiad, pochodzący z białostockiego, odmówił przyjęcia „welfare’a”, ze wstydu przed żoną i dziećmi. Co do historii „amerykańskiego kapitalizmu” w Czechach, naszło mnie pytanie: czy Bacie /!! co na to prof. Miodek?/ udałoby się w Polsce ? Mam wątpliwości, choćby ze względu na tkwiącą w pamięci „Ziemię Obiecaną”.

Epitafium dla aktorki Lidy Baarovej, kochanki m.in. Goebbelsa, jest dla mnie kompletnie NIEZROZUMIAŁE, ze względu na zakończenie:

„...ci, którzy doprowadzili ją do upadku, byli tylko mężczyżnami”.

A kim mieli być? Bo, jeśli kobietami to z zazdrości... Lecz przede wszystkim - JAKI UPADEK? Luksusowe długie życie, nawet w wieku 83 lat miała troszczącego się o nią 52-letniego abstyfikanta, „chadzała na swoją prywatną plażę nad jeziorem”, a jedynym jej problemem było, że „nie umiała gotować, ani sprzątać”. Nawet niechęć Hitlera to ZALEDWIE nakaz opuszczenia Pragi na trzy dni, w czasie wizyty tam Goebbelsa. A wyjście z praskiego więzienia kochanki, nie tylko faszystów, lecz i amerykańskich agentów jest ewenementem /żeby nie powiedzieć, że wzbudza we mnie dziwne podejrzenia/. I ta pani przekazana władzom Czechosłowacji, gdyż „znalazła się na liście przestępców wojennych”, zostaje zwolniona z więzienia, gdyż..

„...śledztwo wykazało, że kontaktowała się z nazistami wyłącznie w sprawach kariery”.

Niespójne to jest z obrazem „komunistycznych więzień”, jaki staramy się wcisnąć młodym /jak pan Szczygieł/, lecz również z moją pamięcią i losami wielu niewinnie aresztowanych, które znam z autopsji. Mało tego: w areszcie śledczym odwiedza ją NIEZNANY jej Kopecky, tóry chwilę póżniej, organizuje ucieczkę ich do Austrii. Ewentualne tłumaczenie, że było to przed komunistycznym puczem 1948 roku nie wydaje mnie się być wiarygodne. Tak, czy inaczej, kobieta sukcesu, wielkich pieniędzy i licznych kochanków, która zawsze spadała na cztery łapy. To o jakim upadku mowa? Również jej koleżanka Mandlowa, kochanka hitlerowskiego ministra Franka, wyszła cało z więzienia. Dziwny to kraj, dziwni ludzie, a zdziwienie pogłębia fakt, że to tam doszło do pierwszej zagłady CAŁEJ WSI w 1942 r, za zgładzenie Heydricha/.

Jeszcze pozostaje sprawa Polski. Szczygieł pisze o

„kraju, który został ograbiony z ziemi przez sąsiadów, w tym Polskę”

- w kontekście sugerującym czas końca wojny, a przecież wtedy nie mieliśmy nic do powiedzenia. Wypada dopowiedzieć, że chodzi o aneksję Zaolzia w ramach kooperacji z Hitlerem.

Teraz tragiczna historia Otokara Sveca, autora największego pomnika Stalina. ŚWIETNIE przedstawiony strach przed odpowiedzialnością, choć mnie naszła refleksja, że rzeżbiarz szukał zapomnienia w alkoholu i dziwkach, a NAWET NIE SPRÓBOWAŁ skorygować obliczeń dotyczących wytrzymałości podstawy pomnika.

Z kolei historia pisarza Jana Prohazki przypomina klimat „Zniewolonego umysłu” Miłosza. To samo dotyczy przedstawionego dalej Eduarda Kirchbergera vel Karela Fabiana. I tu zaczyna się NAJCENNIEJSZA CZĘŚĆ GOTTLANDU przedstawiająca KONFORMIZM zdecydowanej większości społeczeństwa /podobnie jak w Polsce/ oraz wiarę istotnej części społeczeństwa w ideologię komunistyczną /przeciwnie niż w Polsce/.

Medialnie ciekawe są ceny kariery tuzów muzyki rozrywkowej, w tym najpopularniejszych w Polsce: Gotta i Vondraczkowej, lecz PERFEKCJĘ SZCZYGŁA odnajduję w naświetleniu atmosfery, przeszłej i terażniejszej, wobec KARTY 77 i ANTYKARTY. Niesie to niesamowitą wartość poznawczą.

Jeszcze krótki szkic pt „Kafkarnia”, z którego dowiedziałem się szczegółow o powieści Radoslava NENADALA „Tędy chodził K” oraz końcowe opowiadanie o samospaleniu, podane w interesującej formie.

Reasumując: NIEZWYKLE CIEKAWA LEKTURA zachecająca mnie do innych książek tego NIEZWYKLE UTALENTOWANEGO reportażysty /małymi literami, bo wydaje mnie się, że nie jest to słowo adekwatne do określenia całości talentu Szczygła/.

Saturday, 5 April 2014

Dorota MASŁOWSKA - "Kochanie, zabiłam nasze koty"

Dorota MASŁOWSKA - „Kochanie, zabiłam nasze
koty”

ABSOLUTNIE GENIALNA!! Na okładce wychwala ją Sławomir MROŻEK. I słusznie, pewnie przewidział rozwinięcie się talentu przewyższającego krajowych mistrzów egzystencjalizmu i absurdyzmu, czyli Gombrowicza i jego samego. Czym ich przerosła ? Wyjściem z „polskości”, z polskich opłotków, w których oni tkwili „po uszy”. Gombrowicz, na dalekiej emigracji, nie potrafił zapomnieć o „sprawach polskich”, a Mrożkowi, najlepszy przyjaciel - Jan Błoński, radził wracać do kraju, bo bez jego atmosfery, nie jest on w stanie efektywnie tworzyć.

Za sprawą tej, właśnie omawianej książki, weszła do kręgu Sartre’a, jak i Ionesco, Becketta, Jarry’ego. Ale, to nie wszystko. Czułem, że nie mogę uchwycić przyczyny swojego zachwytu nad jej pisaniem. Dlaczego już na pierwszych stronach tej książki zwijam się w paroksyzmach śmiechu? I nagle przyszło olśnienie: toć to humor z najlepszych kawałków Joanny Chmielewskiej. A więc perfekcyjne połączenie Mrożka, /jak i Różewicza/, Gombrowicza i Chmielewskiej.

I tu konieczna dygresja na temat tworzenia „literatury popularnej” przez ludzi wielkiego intelektu. Na pewno przykładów jest więcej, ja skupię się na dwóch: Ireny Kuhn i Macieja Słomczyńskiego. Ta pierwsza to bijąca rekordy popularności Joanna Chmielewska, a ten drugi to autor kryminałów - Joe Alex. Każdy może ich czytać i każdy będzie ich przyswajał „wedle własnego rozumu”, lecz „perełki” wychwyci tylko czytelnik erudycyjnie przygotowany. To tak, jak, w skrajnym przypadku, z „Ulissesem”, którego notabene tłumaczył Słomczyński, czytać każdy może, ale zrozumieć nieliczni.

Siłą tej lektury jest zwięzłość opisu i skojarzenia. Przykład: kino – „ciemność, cola, popcorn..”, czy też stan osamotnienia - „bele matowych godzin”. Aby pokonać samotność postanawia „otworzyć się na bogactwo istnienia”. Acha, a to osamotnienie było skutkiem zachowania dotychczasowej „bratniej duszy”, w której zachowaniu: „perfidne było, ze robi to, kiedy nie robi tego Farah”. Dodajmy jeszcze, że tak nasza bohaterka, jak i jej przyjaciółka „niczym się nie interesowała i było jej z tym dobrze”.

I to ostatnie zdanie jest sednem powiesci. Bo bohaterki są bardzo „busy”. Przeglądają sterty kobiecych pism, chodzą po sklepach i studiują ulotki reklamowe. I marzą o miłosci, choć zgadzają się z opinią, że..

„..nie istnieje miłość, zaś to, co za nią zwykliśmy uważać, to jedynie niedorzeczna nadzieja, że druga jednostka jest w stanie uwolnić nas od samych siebie, inkorporować nas, wchłonąć, zwolnić z uciążliwego obowiązku bycia nami”.

Czytelnikom nieprzekonanym do Masłowskiej, proponuję ponowną, ale POWOLNĄ lekturę, bez POGONI ZA AKCJĄ, KTÓREJ NIE MA i filozoficzną zadumę nad jej błyskotliwymi, często „nieuczesanymi” myślami - fajerwerkami umiejętności obserwacji.

Friday, 4 April 2014

Amos OZ - "Czarownik swojego plemienia"

Amos OZ - “Czarownik swojego plemienia”

PRAWDA nie popłaca. Dwóch wielkich pisarzy pomijanych przy Nagrodzie Nobla: KUNDERA i OZ. Z tym „noblem” znajduję współwyznawcę w Stefanie Bratkowskim, który w „Posłowiu” do tej książki, wyznaje nadzieję, iż doczeka przyznania go Oz-owi..

Ojciec z Wilna, matka z Równego, kształceni w polskich gimnazjach, przywlekli do Palestyny /tak się nazywał protektorat brytyjski do 1948 r./:

„..model polskiego patriotyzmu wywodzący się z tradycji romantycznej. Owego heroizmu połączonego z poczuciem misji, samoudręczenia, tragizmu i kompleksu ofiary.... /polscy Żydzi/ ..przyłączali się.. ..do skrajnej prawicy, odnosząc się do Arabów dokładnie tak, jak endecy w Polsce traktowali Żydów.. ...Żydzi z Polski stali się endekami, przypisując Arabom rolę „Żydów”. Tak to ofiara staje się prześladowcą, imitując jego zachowanie”.

Oz, pracę w kibucu dzielił z pisaniem, które uważa za rodzaj misji. W różnych miejscach książki definiuje problemy piętrzące się przed pisarzem:

„Ludzie oczekują, by poeci i pisarze byli przewodnikami duchowymi, wskazywali drogę... Pisarz może mieć pewną wrażliwość...., ..jeśli jednak ubrda sobie, że jest prorokiem - grozi mu, że stanie się pośmiewiskiem...
Gdzie indziej:
„Pisarz powinien rozpoznać, że wszędzie tam, gdzie istotę ludzką nazywa się pasożytem albo zarazkiem, wcześniej czy póżniej pojawią się szwadrony śmierci i nastąpi eksterminacja”.

Bardzo klarownie odpowiada na pytanie dręczące mnie od ponad pół wieku: „przypadek czy konieczność ?:
„...PRZYPADEK nie odgrywa w świecie żadnej roli. To, co się wydaje ślepym trafem, jest po prostu skutkiem naszej ograniczonej percepcji, braku wyobrażni, niemożności przewidzenia następnego kroku, który jest zawsze KONIECZNY i nieunikniony..” /podk.moje/

Nie jestem przekonany do Oza „teorii zmierzchu”, ale z obowiązku ja sygnalizuję. Otóż pisarz twierdzi, że zdecydowana wiekszość arcydzieł powstała w okresach zmierzchu. I tak Dante „stoi w pół drogi między średniowieczem a renesansem”, Cervantes i Szekspir u progu epoki nowożytnej, a Gogol, Tołstoj, Dostojewski i Czechow tworzą „przy akompaniamencie dzwonów zwiastujących koniec prawosławnej, carskiej Rosji”. A jeszcze Mann i Kafka – to schyłek „przytulnej mieszczańskiej Europy”.

Oz pisze o życiu w kibucach, o wojnie Jom Kipur, lecz najwiecej czasu poświęca syjonizmowi, a w tym m.in. wpływowi twórczosci Turgieniewa, Tołstoja i Dostojewskiego na doktrynę syjonistycznego socjalizmu. Analizuje izraelski tygiel, w którym ścierają się poglądy przyniesione z najodleglejszych zakątków diaspory. Omawia różnice w mentalności Żydów sefardyjskich /z Afryki Północnej/ i aszkenazyjskich /z Europy Wschodniej/, a przede wszystkim różnice w mentalności pokoleniowej, co objawia się możliwością łatwiejszego porozumienia się z dziadkami, niż z rodzicami. Ale to już NIE TYLKO u ŻYDÓW !

W sumie arcyciekawa publicystyka, której daję dziewięć gwiazdek, podobnie jak jego „Panterze w piwnicy” i urokliwej bajce „Nagle w głębi lasu”.



Tuesday, 1 April 2014

Orhan PAMUK - "Nowe życie"

Orhan PAMUK - “Nowe życie”

KOSZMAR!!! Przeżyłem KOSZMAR, który zaczął się od lektury opisu tej książki na „moim” portalu „lubimy czytać”. Portal podaje jako żródło opisu Wydawnictwo Literackie 2008. I to - „LITERACKIE” - woła o pomstę do nieba!!. Dowiedziałem się z niego, że oprócz katastrof i wypadków, istnieją „katastrofalne wypadki” oraz, że książka jest pełna „SUSPENSÓW”.Do tej pory przekonany byłem, że suspensa czyli kara kościelna ew. prolongata, zwłoka, w dopełniaczu liczby mnogiej brzmi SUSPENS; no cóż, pomyślałem, może to jeden ze strasznych „amerykanizmów” zachwaszczających język polski, wywodzący się od „suspense” znaczącego- zawieszenie, niepewność, ale z kontekstu można wysnu
przypuszczenie, że zdolnemu Panu Redaktorowi /albo Pani/ chodzi o podejrzenie /SUSPICION/ bądż zaskoczenie /SURPRISE/.

Następnie, wyczytałem w anglojęzycznej Wikipedii, że Pamuk od wielu lat jest wykładowcą Uniwersytetu Columbia oraz, że Nagrodę Nobla dostał z PRZYCZYN POLITYCZNYCH. Tak uodporniony wziąłem się do czytania. Z okładki zaliczyłem opinię „Wall Street Journal”:

„Dziwna, hipnotyzująca powieść.. Raz bliższa intelektualnym paradoksom i zagadkom Borgesa, raz żywiołowa i liryczna niczym proza Marqueza”

Kiepsko: ani jednego, ani drugiego fanem nie jestem. Ale otworzyłem książkę i zachwyciłem się już pierwszym zdaniem:

„Przeczytałem kiedyś pewną książkę i całe moje życie się zmieniło”.

Yes!! Yes!! - wrzasnąłem, niczym premier Marcinkiewicz. Znalazłem!! To JA, po przeczytaniu „Tako rzecze Zaratustra”. Jeszcze dwie strony pozostawałem w amoku, a potem już tylko stygłem, stygłem, pewnie dlatego, że w podróż się nie udałem; aż przysnąłem. Obudziłem się z wyrzutami sumienia wobec autora i usiłowałem czytać dalej. Niestety, wyjątkowość tej książki wywołała, nieznaną mnie dotychczas, przypadłość mego organizmu: po dwóćh, trzech, góra - dziesięciu stronach, zapadałem w jakiś stan kataleptyczny, przeto to poszukiwanie z autorem i jego bohaterem „prawdziwej miłości, sensu życia i nowego, wspaniałego świata”, trwałoby do dziś, gdybym się nie wybudził. Młynarski śpiewał: „bo miewamy w życiu piękne sny..” , ale ten mój do nich nie należał; to był KOSZMAR

Konkretnie: sam pomysł idealistycznego poszukiwania lepszego świata jest tak wykorzystany w mitach, legendach i literaturze, że niezmiernie trudno jest wymyślić coś atrakcyjnego, by nie popaść w banał. A jeśli komuś, np Panukowi, wydaje się, że coś ma, to niech się tego kurczowo trzyma, bo rozdrabniając się na wielowątkowość zatraci się i wyjdzie KNOT czyli CHAŁA .
No to wracam do „Don Kichota”, bośmy z tej samej kultury.